Gruzy i popioły

Pierwszy sierpnia nieuchronnie stawia przed oczyma gruzy miasta. Gruzy dwudziestowieczne. Natychmiast przychodzą na myśl staropolskie popioły miast. Ale, jak wiadomo, gruzy są jałowe, a popioły żyzne.

Przypomnę, że to w „Potopie” książę hetman Janusz Radziwiłł usprawiedliwiał swoją zdradę koniecznością pomszczenia (ze szwedzką pomocą) „popiołów Wilna”, które – czego już pod rosyjskim zaborem Sienkiewicz nie dopisał – zostało doszczętnie spalone przez Moskali. Przypominam też sobie, że ongi właśnie obraz owych wileńskich popiołów, tym razem z Paskowych „Pamiętników”, robił na mnie największe wrażenie; opis, a właściwie praktyczna wzmianka o tym, jak wyglądał wileński „krajobraz po bitwie”. Gdy Jan Chryzostom wędrował nocnym przedmieściem – oczywiście w ucieczce przed krewniakami posieczonego przez się szlachcica – była to wyprawa przez „piwniczyska”, które „po spaleniu moskiewskim… pozarastały były pokrzywami, ostami” (widać namacalnie, że popioły są żyzne) „a do tego noc była ciemna, to zaraz w owe doły albo koń, albo czeladnik który, albo ja sam wpadł… i nie pamiętam przez cały wiek mój, żebym miał tak wiele piwnic wizytować, jako przez tę jednę noc w Wilnie…”

Niemniej Pasek niespecjalnie jakoś Wilna żałuje. Rejestruje stan litewskiej stolicy i tyle. Co najwyżej szkoda mu, że piwnice spalonych domostw są puste – i „w żadnej nie było się czem posilić”. Bo polska szlachta miasta wprawdzie lubiła, chwaliła się nimi, bywała, bawiła i chroniła się w ich murach, kościoły w nich fundowała, ale też miastami i „łyczkami” pogardzała. Jedyny szczery staropolski lament nad spalonym miastem, jaki przychodzi mi w tej chwili do głowy (bo oczywiście nie jedyny w ogóle) to krótka relacja hetmana Żółkiewskiego, który wspomniał, jak to w zrewoltowanej przeciwko Polakom Moskwie Polacy uczynili wielką rzeź, „płacz, wrzask niewiast, dzieci, sądnemu dniowi coś podobnego”, uprzednio umyślnie ją podpaliwszy, tak że Moskwa „spłonęła z wielkim krwi rozlaniem i nieoszacowaną szkodą”, a przy tym „siła” Moskwicinów „z żonami, z dziećmi miotali się w ogień…”

Od razu jednak nasuwa się kolejne porównanie. Popioły Wilna i Wazowskiej Warszawy, i spalonej Moskwy, i gruzy Warszawy powstańczej 44 roku znikły przecież wkrótce po klęskach. I chyba właśnie ze względu na to, jak znikały, pamięć polska inaczej traktuje klęski staropolskie i drugowojenne; bo popioły okazały się żyzne, a gruzy – w znacznej części jałowe. Pasek powiada o Wilnie: „musiałem tedy stanąć w domu pustym, nowo zaczętym i jeszcze nieskończonym, bo sam tylko wzrąb izby bez drzwi stał”. Odbudowa zaczęła się błyskawicznie. Ale przede wszystkim nasz pamiętnikarz wjechał do miasta na fali zwycięstwa. Z ruin przedmieścia, na popiołach którego zamieszkał, wstępował na „schody” rezydencji zwycięskiego już hetmana, zaś rąbanina szablami, przez którą musiał nocą uciekać, była burdą braterską, pomiędzy triumfującymi kawalerami Obojga Narodów. W ciągu najbliższych stu pięćdziesięciu lat Wilno zyskało kształty znane nam do dzisiaj, a tak kochane. Na miejscach „wyczyszczonych” przez moskiewski kataklizm i obok tych miejsc wyrosły budowle, które są chlubą sztuki Wielkiego Księstwa i tworzą ową bajkową, wileńską krainę późnego baroku, która aż po rok 1989 przypominała Rosjanom, a potem Sowietom, że Wilno to miasto europejskie, a nie azjatyckie. Także Warszawa właśnie po szwedzkiej pożodze przyodziała się w delię „oświeconego sarmatyzmu”, a jej nowe pałace i kościoły podziwiano później i w Berlinie, i w Petersburgu. Nie mówię już o Moskwie, której działo się dobrze aż do Napoleona, który znów ją spalił, i która dzięki naszemu „hultajstwu” (to określenie Żółkiewskiego) miała na co zamienić wstydliwe święto Rewolucji Październikowej (jak wiadomo, zamieniono je na rocznicę wypędzenia Polaków) oraz czym zastąpić „Czapajewa” (filmem o czasach polskiej Dymitriady).

Tymczasem odbudowa Warszawy po 1944 roku, choć niewątpliwie entuzjastyczna i heroiczna, przyniosła nam w końcu – nie licząc malowniczej, lecz niewielkiej Starówki i Traktu Królewskiego – jedną z najbrzydszych stolic Europy, stalinowsko-bierutowsko-gomułkowską, architektonicznie zachwaszczoną, nieuporządkowaną. Naznaczoną piętnem Sowietów, piętnem równie trwałym, jak trwałe okazało się piękne piętno sarmatyzmu na ziemiach zagarniętych przez Sowietów. Tę Warszawę, której nie lubię w takim samym stopniu, w jakim kocham moich przyjaciół, Prawdziwych Warszawiaków, pozbawionych Prawdziwej Stolicy.

Jacek Kowalski

forma płatności