Polesie: Nieznany Kraj (1)

Zrozumiałem staje się duchowe oblicze Poleszuka, gdy się ogarnia wzrokiem całe życie jego w przeszłości dalszej i bliższej. Jego to surowy, chwilami burzliwy lub tragiczny los wytworzył tak oso­bliwy typ człowieka bagien i puszczy, pełnej zdradzieckich trzęsa­wisk.

W środku Europy, w dwudziestym wieku — tak bardzo dziwny, egzotyczny kraj!

Uczeni badacze i chciwi poznania naszej pla­nety podróżnicy przeniknęli wszędzie niemal. Himalaje i ponura „równina tysiąca dymów”; odgrodzony od świata, tajemniczy Tybet; dżungla nad Amazonką i Nigrem; mroźna pustynia pobrzeża północnego oceanu Lodowatego i An­tarktyda; Nowa Gwinea i rozrzucone na połu­dniowym Pacyfiku pojedyńcze lub zgrupowane wyspy, — wszędzie dotarł już zwalczający wszy­stko biały człowiek, zbadał i opisał szczegółowo.

I rzecz dziwna — we własnej siedzibie jego pozostał kraj małoznany, pod wielu względami zagadkowy, trudno dostępny i w znacz­nej swej części — prawie niezaludniony!

Jest to — Polesie.

Pełna uroczych tajemnic kraina, opisana przez naszego poetę, Władysława Syrokomlę:

Nieprzemierzone okiem trzęsawisk obszary,

Snują mi się niekiedy, jakby senne mary.

Lasy ciemne i gęste, jakgdyby jaskinie;

Rzeka, co między łozą, a sitowiem płynie;

Uprzykrzonych owadów drużyna skrzydlata

I zielony motylek, co nad wodą lata;

I ta cisza powietrzna, rzadko przerywana

Ostrym krzykiem żórawia, klekotem bociana,

Albo pluskaniem czółna po spokojnej fali,

Kiedy rybak z więcierzem przemknie się w oddali.

Tajemny jakiś urok w mych oczach obwiewa

Żółte Polesia piaski i ponure drzewa,

Czarne, podarte chatki na piasku lub mszarze,

Słomą kryte cerkiewki i wiejskie cmentarze,

Ozdobione jedliną lub sosną pochyłą,

Gdzie sterczy mała chatka nad każdą mogiłą.

Sama nazwa Polesia wzbudza spory. Jedni twierdzą, że oznacza ona kraj lasów, drudzy — połać bagienno-leśną, za pasmem prawdziwych borów się rozpościerającą; inni znów dowodzą, iż nazwę tę nadano ziemi, gdy człowiek w walce o byt wytrzebił wysoko­pienne olbrzymy niedostępnych, błotnistych puszcz i na „po-lesiu” się osadził. Toczy się jednocześnie spór o ścisłe określenie geo­graficznych granic Polesia, wchodzącego w skład Rzeczypospolitej Polskiej i Rosji Sowieckiej. Podobna też rozbieżność poglądów istnieje co do etnograficznych i językowych odrębności Polesia, a wszystko razem wytwarza urok tajemniczości tego kraju, po­między Polską niegdyś Litwą i Rusią zaczajonego. Wschodni od­cinek polskiej krainy Wielkich Dolin nigdy prawie nie miał ściśle wytkniętych granic państwowych, chociaż geograficzne granice te sama natura wyrzeźbiła dość wyraźnie. Kotlina poleska zniża się ku wschodowi, w stronę Dniepru, odcinając się od pozostałej części krainy Wielkich Dolin, czyli pochyłej ku zachodowi Brózdy Środkowej, — nieznacznem wzniesieniem podlaskiem, na północy odgradzając się od pojezierza Litewskiego i pogórza Mińskiego granicami swych błot i odmiennych gleb, na południu zaś — pas­mem moren czołowych i progiem płyty czarnomorskiej, gdzie nie­gdyś zatrzymał się lodowiec.

Polesie więc wbija się klinem pomiędzy jeziorną krainę Litwy i wyżynę Białoruską — od północy; od południa — graniczy z płytą podolską i wyżyną Wołynia, na wschodzie zaś, zrzadka przekracza­jąc Dniepr, — dociera do koryta jego — od Mohilewa niemal aż po daleki Kijów. Kraj ten po wojnie polsko-rosyjskiej r. 1920-go zo­stał prawie w połowie przecięty nową granicą państwową. Polska posiadła trójkąt, równy powierzchni Belgji, z wierzchołkiem w Brze­ściu nad Bugiem a podstawą, opartą o linję graniczną; trójkąt poleski ma jako swoją oś — dolinę rzeki Prypeć, głównej arterji Po­lesia, — matki, do której się garną wpadające z lewej i prawej strony — Jasiołda, Pina, Stochód, Styr, Horyń, Słucz i setki innych — drobniejszych, na mapach nieraz nieoznaczonych rzeczu­łek, potoków, strumieni. Na nieprzenikalnem dla wody podłożu rozparł się ten kraj. Na pierwotnej bowiem płycie granitowej, two­rzącej się w zaraniu życia naszej planety, i na osadach kredy zaległo Polesie, pełne bagien, moczarów, grząskich łąk i żałosnych już resztek puszczy. Skały różowego i szarego granitu, wulkanicznych porfirytów i „gabbro” występują tam i sam na powierzchnię kraju. Jakie twórcze lub burzące kataklizmy przewalały się nad Polesiem — tego dokładnie nie wiemy, bo brakuje nam jeszcze szczegółowych badań geologicznych; przeprowadza je obecnie polska nauka. Zdaje się jednak, że poleska płyta na początku okresu paleozoicznego pod­niosła się ponad fale morza młodszych er i tem się zapewne tłumaczy, że nie pozostało tu osadów epok wcześniejszych, bo zmyła je woda, uniosły i przekształciły inne potęgi żywiołów. W tych to okresach część granitowego podłoża Polesia została przerwana i zburzona — znikła, a wtedy właśnie wytworzyła się kotlina, — owa „niecka poleska, wszystkiemi właściwościami swemi przeznaczona dla wypełnienia jej utworami młodszych okresów. Lodowce, sunące od pół­nocy, uformowały w najważniejszych zarysach oblicze współczes­nego Polesia. Lodowiec wyrównywał, niwelował powierzchnię kraju, zasypywał doliny niesionym w swem lodowem łonie materjałem skal­nym, a, topniejąc, gromadził moreny denne, piaski i gliny, pozo­stawiając na miejscu swej śmierci — równinę, a na niej — niby kurhany mogilne — zwały głazów i piargów. Zryte potworną mocą skały podłoża kiedyś utworzą tysiące jezior — odcieki wodne żłobią szerokie koryta prarzek.

W granicach całego Polesia najniżej leżące płaszczyzny usta­lone zostały w okolicach kanału Królewskiego, nad dolnym biegiem Ptycza i w pobliżu ujścia Berezyny, wpadającej do Dniepru. Jednakże Polesie posiada w znacznej swej części teren dość falisty. Rzecz zna­mienna, że im dana okolica odznacza się większemi różnicami wy­sokości, tem gęściej bywa zaludniona. Człowiek oddawna, zapewne, szukał takich miejsc o łatwiejszym spadku wód i stopniowem naturalnem wysychaniu bagien. Lecz znaczniejszych wyniosłości terenu kraj ten nie otrzymał od natury-macochy. W obwodach Łohiczyńskim, Owruckim i Mozyrskim, nad Szczarą, Horyniem i Słuczą wzniesienie terenu wzrasta miejscami od pięćdziesięciu metrów do stu kilkudziesięciu, a dokoła rozpiera się bagnista płaszczyzna, haszcze i lasy, sieć rzeczna, smętne, umierające jeziora i — topiel. Topniejący lodowiec wytwarzał tu niegdyś olbrzymią ilość wody, co żłobiła szerokie nieraz pradoliny. Niezmierzoną bezkresność ich możemy podziwiać przy wiosennem wód wezbraniu, rozlewie Prypeci i jej dopływów. Woda polodowcowa niosła miał mineralny, osadzała go, zasypywała nim wszelkie wgłębienia te­renu, tworzyła ogromne jeziora, lub, być może, jedno — cały nie­mal kraj ogarniające słodkowodne „morze poleskie”, łączące pra-Prypeć przez Bug z pra-Wisłą, czego po tysiącach wieków i miljonach zmian dokonał znów człowiek, zrozumiawszy całą doniosłość drogi wodnej od Morza Czarnego do Bałtyku.

Jakie tu płynęło życie w dawnych epokach? Czy wynurzały się tu z głębokich mórz potworne gady i płazy? Czy pasły się tu stada ogromnych ssaków? Na te pytania nie dają odpowiedzi milczące tajemnicze mo­czary, błotniste „olosy” i trzęsawi­ska poleskie, porosłe grążelem, sito­wiem i tatarakiem lub okryte rdzawą „niecieczą”. Być może że sczasem dragi i ekskawatory odsłonią przed nami zagadkę minionych epok, a wtedy naszym oczom przedstawią się szczątki nie tylko dotąd naj­starszych trylobitów, lecz i mezozoicznych po­tworów, jak ichtiozaur, pterodaktyl, dimorfodon, iguanodon i brontozaur, najwięk­szy mocarny gad lądowy, przypo­minający rucho­my pagórek lub olbrzymi głaz, to­czący się po zie­mi! Z pod torfo­wisk, piachów i glin wynurzą się zapewne kości ol­brzymów słonio­watych — współ­czesnych już czło­wiekowi pierwot­nemu. Kiedy zjawił się tu ten przed­stawiciel rodzaju ludzkiego? Musiał przybyć w zaraniu życia ludzkości, gdy na ziemi wrzała surowa, nielitościwa walka o byt z siłami natury, z potężnemi zwierzętami, no — i po­między ludźmi, gdyż wschodząca jutrzenka przyszłej świetności czło­wieka podszepnęła mu okrucień­stwo, bezwzględność i egoizm — to źródło wojny i szybko dążącego naprzód rozwoju rodziny, szczepu, na­rodu i społeczności.

Musiały pociągnąć go tu oddawna — łatwość ukrycia się i obrony przed wrogiem, obfitość ryb, zwierza i ptactwa wszelakiego, możli­wość przerzucania się z miejsca na miejsce drogą wodną na małej, zwinnej tratwie, a później w łodzi, prawdopodobnie zupełnie po­dobnej do współczesnych „szuhalej” i „obijaników” poleskich, drą­żonych lub wypalanych z jednego pnia. Czy człowiek mieszkał wy­łącznie w sadybach, pobudowanych na palach, czy też szukał, jak to czyni i teraz, „ostrowów”, wydm piasczystych i innych miejsc, panujących nad niziną rozległych wokół bagien, „pustaci” i „mszarników?” — Milczy i o tem Polesie.

Wykryją to przyszłe badania; one też opowiedzą ludziom czy owa długa „truba” drewniana, używana przez pastuchów na „hałach” poleskich, nie pochodzi z tych czasów, gdy pierwotny człowiek taką surmą zwoływał do swej siedziby rozpierzchłych po moczarach i puszczy członków rodziny, przestrzegał sąsiadów przed niebez­pieczeństwem, albo posyłał w mgłę, wiszącą nad bagnami, i w mroźną ciszę oszronionych lasów ponury zew i błaganie o pomoc — „S. O. S.” mieszkańca bagienno-leśnego pra-Polesia, rybaka i my­śliwca? Potwierdzą one też domysł, że mierzenie przestrzeni „klikowiszczem”, t. j. odległością, z której dobiega głos ludzki, jest pozostałością zamierzchłych czasów, o tysiąclecia całe starszych od dziejów Mendogowego syna, Wojsiełla, który, kryjąc się przed postrzyżynami, — w bagnach poleskich szukał schronienia, ponuremi tonami „truby” i dobiegającym z ostrowów krzykiem uprzedzany o pościgu surowego a ciemnego, jak noc listopadowa, „kłobucznego” ihumena-Greczyna. Sto tysięcy kilometrów kwadratowych ogarnęło sobą Polesie a połowę tego zawarła w granicach swoich Polska! Kraj ten, dotychczas jeszcze ostatecznie niezbadany, znany był już w starożytności, — coprawda nieściśle, najczęściej ze słuchów, nieraz nawet zgoła bałamutnych. Herodot, naprzykład, przekazał potomności wieść o morzu poleskiem, które prawdopodobnie było zborowiskiem istniejących tu jeszcze wielkich prajezior; tenże histo­ryk, geograf i podróżnik wspominał o trzech ludach, zamieszkujących obszary teraźniejszego Polesia; mieli to być Budynowie, Getonowie i Neurowie, przyczem tych ostatnich, osiadłych nad zachodnim Bugiem i zachodniem dorzeczem Prypeci, niektórzy współcześni uczeni zaliczyli w poczet Słowian, pochodzących z serca kolebki prasłowiańskiej. W trzysta lat po Herodocie wielki Ptolomeusz wykreślił mapę Polesia ze stolicą jego i handlowym ośrodkiem Leinum, które miało być grodem identycznym z Pińskiem. Starożytny uczony rozmieścił na tej mapie różne szczepy Słowian-Wenetów, Kostoboków i Stawanów, czyli Snowenów a obok nich — Gilionów, którzy od fińskiego, podobno, pochodzili trzonu.

Plinjusz i Tacyt, zarówno jak już w II-im w. Ptolomeusz, wspo­minając o tych szczepach, pierwsi ustalili kolebkę Słowiańszczyzny w szerokich granicach Polesia. Potwierdzają to też anonimowi dziejopisowie wczesnego średniowiecza, a prawdziwości tego dowiedli współcześni uczeni, umieszczając najstarszą siedzibę szczepów sło­wiańskich pomiędzy Wisłą a środkowym Dnieprem. Stąd po­wędrowali Słowianie na północ, wschód i zachód po nowe losy, jak to uczynili Kostobocy, wkraczając do Dacji i walcząc obok Ger­manów przeciwko Rzymowi, poto tylko, aby w ciągu niespełna stulecia zniknąć na zawsze z widowni dziejowej. Stawanowie ze­tknęli się z gockim wodzem i królem Hermanarychem i ulegli mu. Wtłoczeni w obręb jego ogromnego, luźnie scementowanego pań­stwa, rozpościerającego się od Odry do Oceanu Lodowatego i Pontu, zostali podbici przez Atyllę, który jednak nie mógł ich wytępić, gdyż nie zdołał przebrnąć gęstej sieci rzek i niedostępnych bagien Polesia. Ogniem i mieczem nawiedzili pewne połacie jego Awa­rowie, podbijając słowiański lud Dulębów i z niezwykłem okrucieństwem znęcając się nad tym nieszczęsnym szczepem.

Z tej samej kolebki przed w. VII-ym naszej ery, wyłoniły się trzy rozgałęzienia Słowiańszczyzny — Wenetowie na zachodzie. Sło­wianie — na południu i Antowie — na wschodzie. Z tych ostatnich na obszarach Polesia osiedlili się Krywiczanie a także Drewlanie, których potomkami są Poleszucy — mieszkańcy Polesia, gdzie znaleźć można byłoby niejeden kurhan drewlański, a wśród zabo­bonów, obyczajów i gadek ludowych dotrwał do czasów radja i samolotów nieufny, mroczny, przerażony brzemieniem życia duch Drewlan — podstępnych, milczących zacięcie, chciwych ludzi pu­szczy, moczarów i labiryntu im tylko znanych szlaków wodnych. O nich to napisał w swej kronice dziejopis Rusi kijowskiej: „żyją jak zwierzęta, zabijają jeden drugiego, jedzą wszystko w nieczystości, nie znają małżeństw, tylko porywają dziewczyny przy wodzie”.

Od czasów Drewlan, których podbili Igor i Olga, krocie przy­byszów przechodziło i osiadało na Prypeci, Horyniu, Słuczy i Teterewie, wikłając coraz bardziej zagadnienia pierwotnych przodków ludu leśno-bagiennego. Dwa miljony Poleszuków oczekuje zatem ostatecznego wyroku o swem pochodzeniu ciemnem i tajemniczem dotychczas nierozwikłanem. Mozolą się nad rozwiązaniem tej za­gadki uczeni, kroczący po żmudnych drogach badania do niebli­skiego jeszcze ostatecznego celu.

Jedni uważają ich za Białorusinów, inni odnoszą ich do grupy małoruskiej. Prawdopodobnie — jest to mieszany typ etniczny, a w żyłach jego płynie krew prasłowiańska z domieszką sarmackiej, litewskiej i, być może, poczęści — skandynawskiej. Jakkolwiek-bądź — Poleszuk stanowi osobliwy, zupełnie odrębny typ, jest — Poleszukiem. Nic dziwnego! W okresach, gdy od wschodu sunęła na Europę fala wielkiej wędrówki narodów, któryż z nieznanych ludów nie zaglądał nad Prypeć i albo podbijał i tępił tubylców, albo pozostawiał wśród nich swoich synów?

Czyż później nie zaglądały tutaj w w. XIII-ym luźne watahy Tatarów Batyjowych, o czem bają zapożyczone z nad Dniepru pogwarki ludowe z pod Mozyrza i Turowa? Szczególnie zaś zarubieżna Ruś Nowogrodzka, Kijowska i Moskiewska, Litwa ościenna i Pol­ska, jaśniejąca duchowemi zdobyczami kultury zachodniej, wy­wierały przez wieki całe wpływ moralno-polityczny i etniczny. Wpływ ten wyraził się najwidoczniej w mowie poleskiej, złożonej z gwary Rusi północnej i południowej z domieszką słów polskich.

Czyż nie dowodzi tego każda niemal pieśń obrzędowa lub oby­czajowa, chociażby ta — znana powszechnie na Polesiu a śpiewana po Wielkiej Nocy:

Cerez pole szyrókieje,

Cerez more hłybókieje,

Stojać stouby zołotyje,

Mościać mosty srebranyje.

Na tajemniczej ziemi poleskiej, przeciętej setkami rzek, obwaro­wanej trzęsawiskami i mokradłami, porosłej sitowiem, wonnym „ajerem”, gąszczem wiklin i wierzb, nad któremi tam i sam, na miejscach wyżynnych podnoszą swe korony bory iglaste i lasy, z dębów, olch i brzóz złożone — te smętne niedobitki słowiańskiej prapuszczy — opiekunki, o której gwarzy współczesna puszcza Szereszewska, pędzi ciężkie i ciemne życie mieszkaniec tej krainy — Poleszuk. Niepomny swych przodków, z nieświadomym, a tra­gicznym uporem przechowuje on ich dawne wierzenia, obyczaje, zabobony, czary, charakter i sposoby walki o twardy, żałosny byt.

Zrozumiałem staje się duchowe oblicze Poleszuka, gdy się ogarnia wzrokiem całe życie jego w przeszłości dalszej i bliższej. Jego to surowy, chwilami burzliwy lub tragiczny los wytworzył tak oso­bliwy typ człowieka bagien i puszczy, pełnej zdradzieckich trzęsa­wisk. On też — ów los nieprzychylny zmusił Poleszuka do nieufności, co stała się drugą jego naturą, i — do nawyków drapieżcy, bo one zabezpieczały mu dzień jutrzejszy i rozpraszały blade widmo głodu, chorób i śmierci, które, niby mgły nad „bielami”, snują się nieprze­rwanie wokoło ostrowów, chutorów i słomą krytych poleskich chat. (cdn.)

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Polesie, Wydawnictwo Polskie R. Wagnera, Poznań 1934.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz