Cień ponurego wschodu: Władcy morza (9)

Władywostok był bardzo dogodnem miastem dla średniowiecznej imprezy piratów. Było to kresowe miasto o charakterze wojennym, miasto wysunięte przeciwko Japonji i stopniowo fortyfikujące się. Przed 30-35 laty podróż z Moskwy do Wladywostoku trwała 3 miesiące, była to głucha i beznadziejna dziura. To też na oficerskie i urzędnicze stanowiska jechali tu ludzie o bardzo ciemnej przeszłości, o charakterze przedsiębiorczym, ale najczęściej występnym.

Obok tego objawu życia wschodnich kresów rosyjskich istnieje jeszcze inny bardziej, ponury, tchnący dzikim romantyzmem. Jest to morski bandytyzm. Przed 35 laty ten proceder był uprawiany przez kilku cudzoziemców i Rosjan, którzy później stali się najbogatszymi kupcami oraz właścicielami olbrzymich terenów w obrębie miast.

Obecnie znikli z horyzontu, po części wyjechawszy zagranicę, poczęści zmarłszy. Byli to ludzie obeznani z morzem. Zbudowali sobie kilka żaglowych statków, bardzo mocnych i zwinnych, wynajęli załogę z przeróżnych, występnych elementów, które się zbierały w portach, i rozpoczynali akcję. Polegała ona na tropieniu na morzu Żółtem, Japońskiem, oraz otwartym Pacyfiku żaglowców japońskich, amerykańskich i chińskich, w napa­dach na nie i w rabunku, po którym ludzi zabijano, a statki topiono. Zdobyty łup stanowił towar, który później sprzedawano w sklepikach portowych. Na tem robiono ogromne interesy, które były podwalinami przyszłych majątków, honorów i stanowiska społecznego. O wyprawach tych piratów na Dalekim Wschodzie do tego czasu przechowały się legendy. Była to międzynarodowa banda prawdziwych „konkwistadorów”, złożona z Rosjan, Finlandczyka, Holendra, Szweda i Niemców.

Na całym wybrzeżu Pacyfiku znane były żaglowce tych strasznych, morskich bandytów, którzy napadali na napotkane na Oceanie statki cudzoziemców oraz na osady rosyjskich kolonistów, położone w pobliżu morskiego wybrzeża.

Wyspy komandorskie, gdzie pozostały liczne stada fok nad którymi była rozpostarta opieka rządu petersburskiego nieraz były widownią zbrojnych utarczek piratów z nieliczną garstką żołnierzy, ochraniających drogocenne foki. Piraci zwykle zwyciężali i bez litości tępili setki tych rzadkich już zwierząt, sprzedając ich skórki do Ameryki lub Niemiec.

Na morzu Ochockiem i Berynga banda ta napadała znienacka zabijała i rabowała nielegal­nych kolonistów z Japonji i Alaski, którzy pro­wadzili handel zamienny z tubylcami Kamczatki, Anadyra i półwyspu Czukotskiego.

Wody tych mórz skryły na zawsze ofiary po­nurych dramatów, których głównymi aktorami by­li członkowie tego rozbójniczego stowarzyszenia. Po zabiciu cudzoziemców, piraci zwykle robili wy­cieczkę w głąb kraju i odbierali od koczowników mongołów złoto, futra, drogie kamienie i wszystko co miało znaczniejszą wartość.

W małej zatoce na północ od Władywostoku bandyci mieli swoją główną kwaterę, gdzie się dzielono zdobyczą, przepakowywano ją i wywożono do Władywostoku, dla sprzedaży na cudzoziemskie przeważnie niemieckie okręty, które utrzymywały z piratami stałe stosunki handlowe.

Administracja rosyjska w porcie Władywostockim wiedziała o działalności tej bandy lecz bandyci nie byli skąpi i płacili policji znaczny pro­cent od swych zysków.

Wszyscy o tem wiedzieli, a więc do Peter­sburga posyłano raporty i denuncjacje, po których wyżsi urzędnicy byli usuwani ze swych sta­nowisk, lecz nie porzucali miasta, gdzie wkrótce nabywali sobie tereny, domy i majątki i prowadzili życie szerokie i wesołe.

Władywostok był bardzo dogodnem miastem dla średniowiecznej imprezy piratów.

Było to kresowe miasto o charakterze wojen­nym, miasto wysunięte przeciwko Japonji i sto­pniowo fortyfikujące się. Przed 30-35 laty podróż z Moskwy do Władywostoku trwała 3 miesiące, była to głucha i beznadziejna dziura. To też na oficerskie i urzędnicze stanowiska jechali tu ludzie o bardzo ciemnej przeszłości, o charakterze przedsiębiorczym, ale najczęściej występnym.

Ohydne było życie we Władywostoku lecz doprawdy najgorszą i najbardziej ponurą ilustracją jego było „Stowarzyszenie Łancepupów”. Pochodzenia słowa „łancepup” nie znam, ale treść sto­warzyszenia i jego program znam dokładnie.

Było to, mówiąc sciśle, stowarzyszenie najbardziej beznadziejnych pijaków. Był to klub zamknięty, liczący tylko 50 członków. Pito tu homerycznie. Pito wyłącznie albo czysty alkohol albo najmocniejszy arak, pito te trunki dużemi szklankami od herbaty. Pito na komendę, którą wydawał budzik nakręcany co pięć minut przez Chińczyka boy’a.

Trunek przekąsywano suchym chlebem.

Czasem pito przy każdem szczekaniu psa, przy każdym turkocie przejeżdżającego powozu, przy każdym odgłosie, który dochodził z ulicy, a że klub mieścił się na jedynej w mieście ulicy „Swietlance” o powody nie było trudno. Ludzie się spijali szybko, dochodząc do szaleństwa, delirium tremens, samobójstwa, rozbestwienia komple­tnego.

Pod wpływem alkoholu członkowie „klubu łancepupów” zrobili szalony wynalazek. Była to „gra w tygrysa”. Wszyscy obecni członkowie usadawiali się na drabinach, lub szafach, stojących w sali, pozostawiając tylko dwóch „graczy”, jeden miał w ręku nabity rewolwer i odgrywał rolę myśliwego, drugi — dzwonek i był „tygrysem”.

Gdy wszystko było przygotowane, gaszono światło i w sali zapadała ciemność zupełna, gdyż okna były szczelnie zasłonięte czarnemi, grubemi firankami.

Na komendę: „Zaczynaj” — gracze rozcho­dzili się w różne strony. Po chwili rozlegało się ciche dzwonienie i szmer kroków biegnącego lub skaczącego człowieka. Tym dźwiękom odpowia­dał strzał z rewolweru.

To „myśliwy” strzelał do „tygrysa”.

Czasem, a było to bardzo często, wystrzałowi wtórował jęk ranionego człowieka, lub głuchy łos­kot padającego ciała.

„Zapalić światło” — rozlegała się komenda.

Wnoszono lampy i badano teren polowania. Ranionego odwożona do szpitala, zabitego wyrzu­cano na brzeg morza. Jeśli zaś ,,myśliwy” chybił, wtedy „tygrys” zmieniał się w „myśliwego” i gra trwała dalej…

Na takiem to ponurem tle rozwijała swoją krwawą robotę banda piratów, którzy w krótkim czasie stali się „władcami morza”.

Gdy na Dalekim Wschodzie wprowadzono zreformowany sąd, gdy przyszli tam nowi, prawdzi­wi, kulturalni prokuratorzy i sędziowie śledczy, na chwilę niebezpieczeństwo odpowiedzialności zawisło przed „władcami morza”, którzy wtedy już od dawna porzucili swój zawód i stali się bardzo czynnymi obywatelami różnych miast kresowych.

Pierwszy prokurator sądu we Władywostoku, Buszajew rozpoczął dochodzenie w sprawie bandytów morskich. Wszystkie dowody ich licznych zbrodni posiadał już w swych rękach, już pisał akt oskarżający ich i pociągający do sądowej odpowiedzialności. Głuche pogłoski o tem krążyć zaczęły po Władywostoku i innych miastach. Pew­nego dnia prokurator, który był namiętnym myś­liwym, został zaproszony przez towarzystwo spor­towe na polowanie na jelenie. Odbyło się ono na wyspie Askold, położonej o 45 kilom. od Wła­dywostoku w zatoce „Piotra Wielkiego”.

Polowanie udało się świetnie, gdyż zabito — 2 jelenie. Już się rozległa trąbka zwołująca myśliwych na statek, lecz gdy wszyscy się zebrali na pokładzie, brakowało tylko prokuratora. Znaleziono go z kulą w czole. Został zabity a „władcy mo­rza” pozostali bezkarni. (cdn.)

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Cień ponurego wschodu: za kulisami życia rosyjskiego, Wydawnictwo Biblioteki Dzieł Wyborowych, Warszawa 1923.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz