Cień ponurego wschodu: Widma z Apokalipsy (12)

Podczas wrzącej, zaciętej walki sił reakcyj­nych z siłami rewolucyjnymi, walki, w której za­równo reakcja, jak i rewolucja przeoczyły zjawienie się nowego ogólnego wroga: — komunizmu, — na horyzoncie politycznym Rosji wyrastały jakieś widma, które zrodzić się mogły tytko w wyobraźni twórcy Apokalipsy.

Pierwszym z nich był dawny złodziej koński, pijak i rozpustnik — Griszka Rasputin. Samo nazwisko Rasputina, — co znaczy „rozpustny” już się zdawało nie nadawać do tej roli, jaką odegrał tajemniczy awanturnik, i do tych przydomków, jakie sobie wkrótce zdobył: święty starzec, duchow­ny ojciec, cudotwórca, „czara błogości” etc.

Chłop z gub. tobolskiej na Syberii, niepiśmienny i nałogowy pijak, Rasputin trudnił się wraz z bandą cyganów kradzieżą koni i był kilka razy ścigany i przez chłopów i przez policję. Nareszcie, pewnego razu, po nieudanej wyprawie, był już pra­wie schwytany, lecz w ostatniej chwili wymknął się i skrył się w odosobnionym klasztorze, gdzie był przeorem surowy, ascetyczny i niezupełnie normal­ny psychicznie mnich Pimen.

W klasztorze trochę nauczono „brata Grze­gorza” czytania i pisania, lecz do kapłaństwa z bra­ku wykształcenia, a także z braku pociągu do oby­czajów powściągliwych dopuszczony jednak nie był.

Istniały legendy o romantycznych wyprawach Rasputina do okolicznych wsi, o jego powodzeniu u kobiet i o jego umiejętności przemówienia do każdego w zupełnie odmienny sposób.

Gdy przeor Pimen czuł potrzebę zasiłków pieniężnych, to zwykle posyłał do bogobojnych a bogatych kupców tobolskich i tarskich Rasputina, który zawsze potrafił namówić ich do ofiarności. To bardzo ceniono w rozpustnym „braciszku” i posługiwano się nim jako dyplomatą klasztornym.

Jednakże wieści o pijaństwie, hazardowej grze w karty i rozpuście Griszki nadchodziły ze wszech stron. Opowiadano o całych orgjach, urządzanych przez „braciszka” po każdem pomyślnem zakończeniu dyplomatycznej wyprawy po pieniądze dla klasztoru; mówiono o udziale Rasputina w śmia­łych napadach złodziei końskich za Uralem.

Nareszcie buchnęła wieść, że podczas jakiejś miłosnej wyprawy do wsi wynikła bójka na noże, i że Griszka Rasputin zabił jednego z napastników. Po tej historji Rasputin już do klasztoru się nie zjawił, lecz w ubraniu mnicha długo błąkał się po Syberji, aż się dostał nareszcie nad Wołgę, gdzie wkrótce zasłynął jako „święty” „Boży człowiek” śród przestarzałych dewotek z klasy bogatych kupcowych.

Oczywiście nie można było odmówić temu człowiekowi niektórych nadzwyczajnych zdolności. Jego przenikliwe, ostre, jak u żbika, pałające oczy zaglądały, zdawało się, do mózgu i wdzierały się do duszy.

Mógł zrozumieć i ocenić każdego człowieka z pierwszego rzutu oka. Był wielkim znawcą ludzi, ich charakterów, psychologji i życzeń. Nadto był bardzo silnym hypnotyzerem, miał nieprzepartą władzę sugestjonowania innych i wywierał wpływ zarówno na pojedyncze osoby, jak też na większe ilości ludzi. Miał siłę władzy i przekonania w gło­sie, w tym głuchym, groźnym głosie, podobnym do ponurego szmeru drzew w dziewiczym lesie syberyjskim, w którym tak romantycznie i burzli­wie spędził swoją młodość.

Kiedyś w Petersburgu jechałem tramwajem. Była godzina poranna i publiczności było mało. Czytałem gazetę i naraz poczułem wprost fizyczne uderzenie w głowę. Szybko obróciłem się na pra­wo i spotkałem się z oczyma wysokiego, chudego człowieka o ascetycznej nieruchomej twarzy. Był ubrany bogato, we wspaniałe futro sobolowe i ta­kąż czapkę, lecz krój ubrania był dziwny i przy­pominał sutannę mnichów. Nie wiedziałem co myś­leć, gdyż spostrzegłem wysokie buty z cholewami, a gdy, wyjmując chustkę do nosa, rozpiął futro, mignęła na chwilę zwykła rosyjska koszula z czer­wonego jedwabiu. Znowu uczułem potrzebę pa­trzenia w oczy dziwnego człowieka. Naraz z prze­rażeniem zauważyłem, że te oczy znikły, a na ich miejscu krzyżowały się i jeżyły jakieś świetlane promienie, zasłaniające odemnie jego oczy i część twarzy.

Naraz oczy znowu się ukazały i na twarzy nieznajomego zjawił się pogardliwy i szyderczy uśmiech. Zrozumiałem, że robił na mnie doświad­czenie swej hypnotycznej siły. Postanowiłem więcej na niego nie patrzeć i wytrwałem. Gdy wychodziłem, musiałem przejść obok nieznajomego.

Dotknął mię ręką i rzekł:

— Wiem, źe jesteś literatem! A tymczasem nie chcesz patrzeć na mnie? Przecież jestem Rasputin, Grzegorz Rasputin—,,Boży człowiek”!

Takie było moje pierwsze spotkanie się z Rasputinym. Drugie było „półmistyczne”. Została otwarta wystawa obrazów w Akademji Sztuk Pięk­nych w Petersburgu. Całe tłumy gromadziły się i cisnęły do smutnego niedokończonego obrazu znanego w Anglji malarza rosyjskiego, Mikołaja Rajewskiego. Portret wyobrażał wysokiego, chude­go człowieka w czarnym półmnisim ubraniu, o su­chej, wynędzniałej twarzy, o długich czarnych wło­sach, spadających na czoło i o powichrzonej czar­nej brodzie. W katalogu było oznaczone „Nr. 144. Portret nieznajomego”.

Lecz nie ubranie, nie twarz, nie czarne wło­sy i nawet nie jakaś nieokreślona tajemniczość portretu przykuwały do niego uwagę tłumu. Wszys­cy patrzyli w czarne przenikliwe oczy, żywe i czuj­ne, jak u zwierza, przygotowanego do napadu niespodziewanego i niebezpiecznego. Gdy spojrza­łem z kolei, podszedłszy bliżej do portretu, oczy znikły za świetlną zasłoną, która wynurzyła się z czarnej tajemniczej głębi tych przenikliwych źrenic.

— Djabeł, a nie człowiek! — wykrzynął ktoś z widzów.

— To Rasputin! — objaśnił ktoś inny. — Czegóż chcecie?

— Czarna siła! — westchnęła jakaś bogoboj­na dama.

— Święty potężny, „boży człowiek”! — zaprotestowało naraz kilka głosów. Tłum zaczął się spraszać. Podchodzili inni widzowie.

Trzecie spotkanie moje z Rasputinym było przy fatalnych dla niego okolicznościach.

Reporter dziennika, który redagowałem, zatelefonował do mnie i oznajmił, że zabito Rasputina i, że zwłoki jego są poszukiwane przez władze. Po paru godzinach dowiedziałem się, że zwłoki zostały wykryte. Pojechałem na miejsce wypadku. Właśnie w tej chwili z przerębla na powierzchni zmarzniętej rzeki Newy wydobyto ciało Rasputina. Był ubrany we wspaniałe futro i w czarną jedwabną koszulę; na jednej nodze na lakierowanym bu­cie spostrzegłem wysoki, wojłokowy kalosz. Był bez czapki. Miał rozbitą twarz, uszkodzone oko i wyraźne ślady palców, duszących go za gardło. Była to ofiara politycznej, a może i osobistej zem­sty, jaką dokonali wielki książę Dymitr, hr. Sumarokow-Elston i poseł do dumy państwowej, Włodzimierz Puryszkiewicz.

Artysta malarz Rajewski, który malował por­tret Rasputina[1], bardzo się interesował tą tajem­niczą osobistością i dużo opowiadał mi o „bożym człowieku”. Z tych opowiadań można było wyw­nioskować, że Rasputin posiadał dla kobiet nieprzeparty urok. O jego miłosnych awanturach mówio­no wszędzie. Ten złodziej koński przedostawał się do alkowy najwybitniejszych arystokratek peters­burskich z taką samą łatwością, z jaką romanso­wał w skromnych mieszkaniach podstarzałych wdów kupieckich lub z artystkami „Variete” w „Willi Rode”. Umiał być porywającym, płomiennym, żywiołowym. Często mawiał:

— Kobieta jest stworzona dla przyjemości i sławy mężczyzny!

Ludzie nabożni opowiadali, że Rasputin po­siadał niezrównany talent modlenia się. Modlił się w prostych, niekulturalnych nawet słowach, modlił się płomienną namiętnością, poezją i natchnie­niem. Zdawało się, że widzi przed sobą oblicze Boga i, że mówi do niego ludzkiemi, prostackiemi zrozumiałemi słowami. Nerwowe drżenie ramion, rąk, spazmy w głosie, pełne męki i prośby kur­czowe ruchy twarzy, łzy i ogień oczu wywierały straszliwe wrażenie na nabożnych, mistycznie nastrojonych widzach. Głuchy, groźny głos tego złodzieja końskiego nabierał takich tonów, dźwięczał z taką namiętnością i siłą, że wydawało się, iż ktoś inny, czysty i pełen błogości, mówi ustami tego człowieka.

Często zwracał się do świętego obrazu, wyciągał ręce i mówił błagającym i rozkazującym zarazem głosem.

— Zwróć Twe oczy ku nam i daj znak, iż słyszysz!

I modlącym się wydawało, że oczy obrazu poruszały się i patrzyły na tłum.

Rajewski opowiadał, że pewnego razu, gdy Rasputin pozował mu do portretu, ktoś z bardzo znanych arystokratów zajechał samochodem i, wbiegając do pracowni, zawołał, padłszy na kolana przed Rasputinym:

— Ojcze, brat mój umiera! Ratuj…

Rasputin natychmiast wstał i, nie narzucając futra, zaczął zbiegać schodami na dół, szepcąc:

— Boże, Boże, Twórco życia, pozwól zdążyć na czas!

W pałacu Rasputin znalazł już starszego czło­wieka w straszliwym ataku astmy, wzmożonym przez atak sercowy. Chory był już bez przytomności. Rasputin długo wpatrywał się mu w twarz, a po­tem zawołał, czy ściślej mówiąc, zawył, jak wyje przerażony pies w długie, zimowe noce:

— Dlaczego nie wołasz o pomoc Boga?! Dla­czego nie prosisz Go: „Odwróć odemnie chorobę moją i daj mi, Twórco, siły, chwalić Imię Twoje przesławne”! Obudź się i powtórz te słowa modlitwy mojej! Obudź się!

— Czy może pan sobie wyobrazić? — opowia­dał Rajewski, — że hrabia poruszył się, otworzył zdziwione oczy, przycisnął ręce do serca i słowo w słowo powtórzył tę krótką, lecz niezupełnie zwykłą modlitwę. Co do mnie byłem zdumiony!

Inny znowu mój znajomy, znany rosyjski kry­tyk i poeta A. A. Izmajłow opowiadał mi tak:

„Z wielkim trudem udało mi się dotrzeć do Rasputina, chciałem mieć z nim interwiew, ale oznajmiłem, że chcę pomówić o wspólnych znajo­mych z Wołgi. Gdy wszedłem, siedział w fotelu i badawczo patrzył na mnie. Uśmiechnął się po­błażliwie i szepnął:

— Dziennikarz? Poco chcecie mnie oszukać?

Zamikł. Milczałem też, gdyż widziałem nienawiść Rasputina dla dziennikarzy, którzy psuli mu dużo krwi.

Co miałem mówić, gdyż po jego słowach zdradziłem się swojem zmieszaniem?

O żadnych moich sprawach nie będę z tobą rozmawiał — odezwał się nareszcie Raspu­tin — lecz chcę mówić o tobie. Gdy miałeś 11 lat śmierć groziła ci tuż ponad ziemią. Widzę to wy­raźnie. Powiedz, jak to było?

Oczywiście — opowiadał Izmaiłow — gdy miałem lat 11, wraz z bratem staraliśmy się upo­lować zająca, który przychodził do naszego ogro­du warzywnego. Brat miał strzelać, ja zaś wypło­szyć zająca. Gdym szedł pomiędzy grzędami, za­wadziłem o coś nogami i upadłem. To mi urato­wało życie, gdyż jednocześnie wyskoczył zając, brat strzelił i nabój przeleciał nademną nie zraniwszy mię tylko dlatego, że uchroniła mię wyso­ka grzęda…

Gdy Rasputin wysłuchał mię, rzekł:

— Strzeż się małej ulicy, gdzie stoi czerwo­ny dom o dwóch wieżach. Pamiętaj o tem, a te­raz idź sobie”.

Nie wiem czy skorzystał Izmajłow z przestro­gi Rasputina, czy nie. Nie mam żadnej wiado­mości o nim, pozostał w Sowieckiej Rosji i mógł z łatwością zginąć w jej krwawym wirze.

Alfred Rode, właściciel słynnej „Willi Rode”, i paru oficerów byłej carskiej gwardji opowiadali mi o orgjach, urządzanych przez Rasputina, o ich wyuzdaniu, cynizmie i grubiaństwie. Często po­zwalał sobie obrażać biesiadników, wyśmiewać ich przekonania i sposób zachowania się. Pewne­go razu, chełpiąc się bliskim stosunkiem do dworu Carskiego, pokazał wyszytą jedwabiem koszulę i zawołał ze śmiechem i urąganiem:

— To „Saszka” [2] wyszywała.

Wybuchnął straszny skandal. Jeden z oficeów gwardji rzucił się na Rasputina i rozpoczęła się bójka, w której oficer butelką zranił „bożego człowieka” w głowę.

Gabinety „Willi Rode” były świadkami ohyd­nych orgji Rasputina i jego towarzystwa, kompromitujących arystokratyczne panie i panny, skandalów, tajnych rozmów politycznych, zamachów, spis­ków. Była to jakaś tajemnica „Dworu Madryckiego” w XX wieku, a w centrum tej tajemnicy stał „koniokrad” „święty” Griszka Rasputin.

Rasputin wiedział o przygotowujących się na niego zamachach, kilka z nich przeżył, wiedział, że czeka na niego prędka śmierć i bał się jej straszliwie. Kiedyś w napadzie tej strasznej tęskno­ty w oczekiwaniu śmierci, siedząc przy łożu caro­wej, wyjącej z bólu i męki, otoczonej przez łka­jące córki, zawołał w uniesieniu:

— Włos wam z głowy nie spadnie do czasu, aż będą z wami moje portrety i część mego ubrania. Pamiętajcie!

Musiało to tak być, bo w połowie 1916 r. po zamachu na Rasputina nagle kazano fotografo­wi Ocupowi przybyć do mieszkania Rasputina i zrobić siedem [3] dużych zdjęć portretowych „starca” i w obecności sekretarza Rasputina dokonać, wszystkich operacyj i oddać mu kliszę. W tym sa­mym czasie z pałacu Carskosielskiego wyszła wia­domość, która wprawiła wszystkich w zdumienie. Dowiedziano się bowiem, że po długiej rozmowie z carową i jej córkami, Rasputin we łzach opuścił apartamenty Aleksandry i udał się do swoich po­kojów gdzie się przebrał, a później powrócił, nio­sąc porwaną na siedem kawałków swoją jedwabną, czarną bluzę.

Mistyka, gra na nastrojach i przeczuciu bliskiej klęski, sugestja, wprawne wykorzystanie sytuacji, w tem była siła Rasputina. Na Syberji, gdzie nie­nawidzono Griszki, obecnie już za panowania bolszewików szepczą:

— Pies był Rasputin, a silny, niesamowity człowiek! Przepowiedział Mikołajowi czarne dnie po swojej śmierci i — stało się! Przepowiedział, że będą żyli Romanowie do chwili póki będą przy nich jego portrety i skrawki bluzy — i żyli, a gdy komisarz Jurowskij odebrał to od nich, — zostali zamordowani. Silny, niesamowity był Griszka! An­tychryst, sługa djabła…

Zamachów na Rasputina było kilka. Lecz bez żadnego rezultatu. Najważniejsze były dwa. Jeden na Syberji, kiedy mnich Heliodor posłał do niego jakąś półobłąkaną kobietę wiejską, która zadała mu kilka ran nożem w brzuch. Rany były dość poważne, lecz Rasputin wyżył.

Za drugim razem, gdy jechał sankami z Pe­tersburga do Carskiego Sioła razem z przyboczną damą Carowej i jej najbliższą przyjaciółką, panią Wyrubową, sanki zostały wywrócone przez jakiś samochód, któremu udało się zbiec. Wyrubowa mia­ła po tym wypadku połamane nogi, Rasputin był tylko lekko potłuczony.

Na czele organizacji, walczącej z Rasputinem stali metropolita Moskiewski Makary, biskup Samarski Pimen i mnich Heliodor, mając za sobą paczkę wpływowych i bogatych ludzi z prawdzi­wie nacjonalistycznych sfer.

Po ostatnim zamachu, który się zakończył śmiercią Griszki, rozpacz carowej i córek nie mia­ła granic. Noszono nawet żałobę po nim. Zwłoki „starca” były pochowane we wspaniałej kaplicy, wzniesionej z tego powodu w parku Carskosielskim, a codzienne pielgrzymki rodziny cara dowodziły głębokiej żałoby po „świętym ojcu”, którego życie tak mistycznyczne związane było z losami dynastji.

Mówiąc o jakimś tajemniczym łączniku pomiędzy dynastją Romanowych, a Grzegorzem Rasputinem, przypominam sobie istniejącą i bardzo w dawnej Moskwie popularną legendę, która była żywo omawiana w czasach wojny 1812 r. po zdobyciu przez Napoleona Moskwy.

Gdy obrano na tron rosyjski dynastię Romanowych w osobie młodocianego cara Michała Teodorowicza, ta uroczystość odbyła się w klaszto­rze Ipatjewskim, wybudowanym przez rodzinę bo­gatych kupców Ipatjewych w Kostromie. Podczas procesji jeden z licznych epileptyków, czyli „klikusz”, imieniem „Griszka”, wpadł w obłęd i zaczął wykrzykiwać przepowiednie:

— Długie wieki panować nam będzie ten ród! Do sławy i potęgi dojdzie… Zginie pod dachem Ipatjewskim po Griszce…

Historja dynastji odpowiada temu proroctwu, narazie niezrozumianemu przez współczesnych.

Oczywiście dłużej niż 300 z górą lat pano­wała dynastja, doszła do sławy i potęgi, a zginęła po Griszce (Rasputinie) pod dachem domu Ipatjewych w Jekaterynburgu, dokąd z Kostromy prze­nieśli się niegdyś potomkowie założyciela Ipatjewskiego klasztoru.

W roku 1812 w Moskwie zjawił się jakiś prorok Griszka który przepowiedział zgubę Rosji i dynastji. Wtedy to przypomniano legendę, tembardziej, że wojska rosyjskie częściowo cofały się na Kostromę i z niemi miał być car Aleksander I. Lecz policmajster Moskwy posłyszawszy o pro­roctwie Griszki, kazał go schwytać i zatłuc batami.

Proroctwo Griszki „bożego człowieka” i „epileptyka” z przed dwóch stuleci odrodziło się na sto z górą lat po to tylko, aby się spełnić w bardziej ponury i straszliwy sposób po Griszce złodzieju końskim, a też „bożym człowieku” po­dług pojęć dworu i niektórych arystokratów ro­syjskich w XX wieku. (cdn.)

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Cień ponurego wschodu: za kulisami życia rosyjskiego, Wydawnictwo Biblioteki Dzieł Wyborowych, Warszawa 1923.

[1] Na żądanie carowej Alekaandry. portret ten był usunięty pierwszego dnia z wystawy.

[2] Pogardliwe, skrócone imię Aleksandra, jakie nosiła carowa.

[3] Rodzina cara Mikolaja składała się z 7 osób.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz