Cień ponurego wschodu: Czarne cienie (11)

Rosja — ten kraj olbrzymi, to mrowisko ludzkie, liczące 150.000.000 mieszkańców, ten chaos polityczny, który tu panował, ta stała reakcja rządu i protestujący w sposób gwałtowny rewolucjonizm, ta ciemnota i mglistość umysłów rosyjskich i roz­bieżność psychologji klas inteligentnych — wytworzy­ły doskonały teren dla działalności najciemniejszych i najniemoralniejszych elementów bądź to z obozu reakcyjnego, bądź to — z rewolucyjnego. Postępowanie tych obozów było różne w me­todzie, jednakowe w rezultatach.

Obóz reakcyjny posługiwał się systemem spodlenia ludzi prowokacją, obozy rewolucyjne zaś — burzeniem podwalin państwowości, demagogicznem rozbudzeniem namiętności dziczy rosyjskiej, oraz terrorem. Rezultaty były jednakowe: pogarda dla pra­wa i zupełne zdemoralizowanie mas narodowych.

Na tak świetnie przygotowanej glebie wspa­niale rozkwitły takie straszliwe, mroczne cienie, jak Pobiedenoscew, Kurłow i takie echa średnio­wiecza jak Griszka Rasputin, biskup Pimen, mnich Heliodor. To — z obozu reakcyjnego, z obozu zaś rewolucyjnego — Azef, Marja Spiridonowa, Borys Sawinkow, Kierenskij, Malinowskij i inni.

Znany rewolucyjny publicysta Burcew, zakończywszy swoje sekretne dochodzenia śledcze o wewnętrznym stanie partyj rewolucyjnych, za­mieścił w prasie rosyjskiej i francuskiej cały sze­reg artykułów, dowodzących, że partje te były przegniłe zupełnie, zarażone agentami rządu, któ­rzy, udając członków partji, szpiegowali, denuncjowali, rozbijali partje wprowadzając do nich zupeł­ną demoralizację.

Już wspominałem o byłym oberprokuratorze Synodu, Konstantym Pobiedonoscewie. Był to zły, czarny genjusz Rosji, człowiek, który prowadził biurokratyczną myśl rządu po drodze najskraj­niejszej reakcji, w kierunku utrzymania narodu w ciemności umysłowej pod jarzmem pokory przed carem, kościołem i urzędnikiem.

Pobiedonoscew zadusił wiele przejawów zdro­wej, światłej państwowej myśli, doprowadził do zguby wielu wybitniejszych ludzi, wydał dekret Synodu o odłączeniu Tołstoja od kościoła prowosławnego i zmusił kilku najświetniejszych uczonych do porzucenia ojczyzny.

Podobienoscewa nazwano bardzo trafnie „Wiel­kim Inkwizytorem”.

Przed tym oberprokuratorem Synodu drżeli metropolici, biskupi i przeorzy klasztorów. On po­trafił zmienić kościół prawosławny w kancelarję policji tajnej, on też zgubił wpływ kościoła w Ro­sji i zwrócił gniew narodu przeciwko kościołowi i duchownym.

Obok tego ponurego czarnego „Wielkiego Inkwizytora” muszę wspomnieć inną straszliwą postać — generała Kurłowa.

Szef korpusu żandarmów, wice-minister spraw wewnętrznych, gen. Kurłow był kierownikiem tajnej policji politycznej, t. zw „Ochrany”.

Przekupywanie członków rewolucyjnych partyj i werbowanie ich do szeregów agentów „ochra­ny”; inscenizowanie zamachów terorystycznych na tych dygnitarzy, którzy hołdowali liberalnym prą­dom w polityce; torturowanie więźniów politycz­nych, liczne wyroki śmierci, organizacja pogromów Polaków, Łotyszów, Finów i żydów, prześladowanie nacjonalistycznych przywódców narodów wcho­dzących w skład Rosji, szpiegostwo, ucisk, dusze­nie prasy i oświaty, — to jest krótki spis czynów szefa żandarmów, generała Kurłowa.

Był on „nieśmiertelnym”, gdyż zmiany gabi­netów oraz wewnętrznych kierunków polityki, nigdy nie dotknęły Kurłowa. Zawsze stał on na czele korpusu żandarmów, który był największą potęgą w Rosji, gdyż mógł obalić każdego ministra. W kancelarji „Ochrany” był specjalny oddział gdzie sprawowano ścisły nadzór nad słowami i czynami ministrów i innych dygnitarzy, a nawet nad wielkimi książętami. Niełaska, w którą popad­ła rodzina słynnego poety i prezydenta Akademji Nauk, liberalnego, wielkiego księcia Konstantego Konstantynowicza, oraz wybitny historyk, wielki książę Mikołaj Michajłowicz — była dziełem rąk Kurłowa i jego tajnej policji.

Kurłow dokonał szatańskiego planu rozbicia rewolucyjnych grup i organizacji za pomocą przekupionych przez siebie wybitnych członków partji. Potrafił zniewolić ich do wydania mu kompromitujących ich dokumentów, i od tej chwili ci ludzie stawali się igraszką w jego ręku. Taki zdrajca już nigdy nie mógł wydostać się z rąk Kurłowa, z każdym rokiem dokonywał coraz nowych i straszniejszych zdrad i zbrodni, wiedząc, że w razie gdyby jego czyny stały się wiadomymi partji, niechybnie zostanie zabity na mocy sądu rewolucyj­nego.

Dyrektor departamentu policji Łopuchin kil­ka razy usiłował przekonać Kurłowa, że ta polityka prowokacji jest zgubną, gdyż demoralizuje cały system rządowy i nie daje pewności, że sama policja nic będzie przekupiona przez wrogi obóz.

Obawiał się też, o rewelacje z czynności tajnej poli­cji, które, gdyby się przedostały do prasy zagranicz­nej, wywarłyby jak najgorsze wrażenie śród sprzymierzeńców i wrogów, co musiałoby się odbić na ogólno-politycznych sprawach Rosji.

Szczególnie protestował Łopuchin przeciwko stosunkom Karłowa z niejakim Azefem, który, słu­żąc jako agent „Ochrany”, był jednocześnie wy­bitnym i wpływowym działaczem w rosyjskich i zakordonowych organizacjach rewolucyjnych. Pod tym względem Łopuchin obawiał się powikłań międzynarodowych, gdyż działalność Azefa wkracza­ła w obręb zagranicznych spraw politycznych. Łopuchin dostał dymisję, a wkrótce potem uznany publicysta W. L. Burce w w prasie francuskiej i ro­syjskiej zakordonowej poczynił szereg rewelacyj, zrywając maskę między innymi z Azefa. Skandal był oszałamiający, lecz wybuchnął zapóźno. Partje rewolucyjne faktycznie były rozbite do szczętu za­równo przez areszty, dokonane na skutek wskazó­wek Azefa, jak też z powodu panującej nieufności, podejrzliwości i demoralizacji, które niszczyły wszelkie organizacje rewolucyjne, faktycznie przed­tem kierowane przez Azefa.

Wtedy to właśnie wyłonił się rewolucyjny, socjalistyczny odłam, który zmienił wewnętrzną or­ganizację, a w kilka lat później wypłynął na widownię światową pod nazwą narazie bolszewizmu, a później komunizmu.

Słynny wódz robotników w okresie rewolucji 1905 r pop Gapon był także narzędziem tajnej policji politycznej i on to podprowadził rozentuz­jazmowany tłum, błagający cara o konstytucję, pod sztachety pałacu Zimowego w Petersburgu, gdzie pułki generała Trepowa rozgromiły go.

Pop Gapon, ten uduchowiony kaznodzieja, socjalista, bożyszcze robotniczych warstw, był agen­tem Kurłowa i za judaszowe srebrniki wydał na śmierć wierzące mu setki bezbronnych robotników, „Ochrana” pomogła mu ukryć się w Finlandji, lecz rewolucyjny sąd wytropił go tam, i inżynier Rutenberg powiesił go w samotnym domku w Terjokach.

Obok tych upiorów reakcji działały prawie w tych samych kołach inne osobistości, — agenci rewolucji. Było ich wielu, lecz wspomnę tylko tych, których za takich nie uważano i przyjmowano tam, gdzie właśnie knuto plany napadu na obóz rewolucyjny i dokąd czasami zaglądał — sam „potężny” Kurłow.

Jeden z nich był stary filozof — anarchista, sce­ptyk i cynik Sołncow. Figurował on w kilku po­wieściach rosyjskich beletrystów, gdzie przedstawiano go w bardzo sympatycznych kolorach. Sołncow nigdy nie bał się wypowiadać swoich skraj­nych lewicowych przekonań, lecz czynił to w tak przesadnej formie, że brano go za dziwaka i nikt na niego nie zwracał żadnej uwagi, jako na polityczną osobistość.

Spotkałem Sołncewa parę razy na zebraniach u redaktora „Historycznego Gońca” B. Glińskiego. Wygłaszał takie anarchistyczne poglądy, przejawiał tyle cynizmu w kwestjach społecznych i dotyczą­cych religji, że nazwa „stary dziwak”, „Djogenes” wydawała się być całkiem uzasadnioną.

Lecz jakież było zdziwienie wszystkich, gdy w dobie wybuchu rewolucji 1917 r. ten „Djogenes” ukazał się na czele doskonale zorganizowanej armji anarchistów — komunistów. Pod jego dowództwem zdobyto szturmem pałac Leuchtenbergów, pałac baletnicy Krzesińskiej, pałac Durnowo w Peters­burgu, a policja i wojsko nic nie mogły wskórać przeciwko anarchistom. W grudniu zaś 1918 r, Sołncow ogłosił bolszewików zacofańcami i wy­powiedział im wojnę. W Moskwie bojowe oddziały anarchistów, posiadające artylerję, w ciągu dwóch dni faktycznie tam panowały, lecz potem były zmuszone pójść na kompromis i dojść do pe­wnego porozumienia z Sowietami.

Prawdziwe nazwisko Sołncewa jest Blejchman.

Drugim nieznanym rzecznikiem bolszewizmu był bogaty, wykształcony wydawca książek z socjologji, historji i psychologji p. W. Boncz-Brujewicz. Brat tego rewolucjonisty, obecnego szefa głównej kancelarji rządu Sowietów, generał sztabu generalnego był pewien czas naczelnym wodzem armji rosyjskiej za pierwszych rządów rewolucyjnych.

Boncz-Brujewicz bywał mile widzianym goś­ciem w najlepszym towarzystwie petersburskiemu w kołach wyższych oficerów w sferach najszczytniejszej inteligencji. Znał wszystkich, wiedział o wszystkiem, bo to był „swój” człowiek, stary szlachcic, inteligent pełnej miary, ujmujący człowiek. W tym samym czasie był on tajnym kierownikiem skrajnych, wrogich państwowości odłamów socjalistycznych, graniczących z anarchizmem.

U niego to ukrywał się podczas rewolucji 1905 r. obecny dyktator Rosji, Leon Trockij-Bronsztein, gdy był vice-prezesem Rady robotniczych i żoł­nierskich deputatów, a on to kierował, niewidzialny i tajemniczy, pracami Chrustalowa-Nosaria, prezesa tej Rady, już wtedy prowadząc ją w stronę maksymalizmu i już wtedy tworząc partję bolszewicką.

Opowiadano mi, że bywały takie wypadki w domu Boncz-Brujewicza: — Gospodarz w smo­kingu w swoim gabinecie, urządzonym z przepy­chem, częstował gości kawą, likierami cygarami, a w dalszych pokojach — szara, mściwa rzesza przyszłych dyktatorów naradzała się nad systemem zburzenia Rosji carskiej, burżuazyjnej, a potem socjalistycznej. (cdn.)

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Cień ponurego wschodu: za kulisami życia rosyjskiego, Wydawnictwo Biblioteki Dzieł Wyborowych, Warszawa 1923.

Reklama



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz