Putin postawi na rosyjską wieś?

Petersburski Traktornyj Zawod zaczął pracować na trzy zmiany. Tylko w ten sposób jest w stanie spełnić zamówienia na nowe, ciężkie maszyny rolnicze dla potrzeb Stawropola, Rostowa i Krasnodaru. Jest to jedyny zakład w Rosji, zajmujący się jeszcze produkcją ciągników rolniczych. Pozostałe z braku zamówień lub zagraniczną konkurencję przeprofilowały się na inną produkcję.

Lawina zamówień, która napłynęła do fabryki nad Newą jest efektem wdrożenia w życie programu dotowania zakupu maszyn rolniczych przez rosyjskich farmerów. Program ten zawarty w rozporządzeniu rządu Nr 1432 zdaniem Rosjan, zajmujących się produkcją rolniczą, ma historyczne znaczenie. Po raz pierwszy w historii rosyjscy farmerzy otrzymali bezpośrednie dotacje na zakup maszyn rolniczych od traktora do kombajnu. Obecnie zakup wygląda następująco: kupujący traktor wpłaca 70 proc. wartości, dajmy na to, traktora, a 30 proc. brakującej kwoty wpłaca za niego budżet państwa. Wcześniej dotacje również istniały, ale ich rozdzielanie odbywało się w skomplikowany i korupcjogenny sposób. Dostanie dotacji było związane z zebraniem dziesiątków opinii, począwszy od „sielrady” na władzach obwodowych kończąc a wiadomo wszak, że jak mówi stare rosyjskie przysłowie – „spasiba na chleb nie namażesz!” – Przy obecnym systemie na żadną „karmuszkę” „miestne elity” liczyć nie mogą. Problemem jest tylko zdobycie 70 proc. ceny kupna maszyny.

ZOBACZ TAKŻE: Bloomberg: Rosja bogaci się na kontrsankcjach

Okazuje się jednak, że dla Rosjan nie stanowi to większego problemu. We wszystkich zakładach produkujących maszyny rolnicze został wykupiony na pniu cały zapas już wyprodukowanych kombajnów i innych maszyn. Wytwórnia kombajnów, podobnie jak fabryka traktorów, pracuje praktycznie na bieżąco pod indywidualne zamówienia.

Działania władz w kwestii kupna maszyn rolnicy rosyjscy oceniają pozytywnie, ale mają nadzieję, że jest to dopiero początek zmian. Rosyjskie rolnictwo wciąż nie może bowiem pozbyć się do końca sowieckiego dziedzictwa. Od czasu rozpadu ZSRR było ono jedną z najbardziej zaniedbanych dziedzin rosyjskiej gospodarki. Nikt do niego nie przywiązywał wagi. Owszem, powstawały różne programy naprawcze branży, ale żaden z nich nie został zrealizowany. Sklepy rosyjskie były zapchane importowaną żywnością i stawianie rosyjskiego rolnictwa na nogi uznano za kwestię drugorzędną, a nawet trzeciorzędną. Trzeba było dopiero zachodnich sankcji i rosyjskich kontrsankcji, żeby Kreml przypomniał sobie, że carska Rosja nie importowała żywności, tylko ją eksportowała. Mówiło się, że karmi całą Europę.

ZOBACZ TAKŻE: Rosyjskie rolnictwo przeżywa bezprecedensowy rozkwit

Kontrsankcje i położenie nacisku na osiągniecie samowystarczalności żywności sprawiło, że Kreml zaczął podejmować decyzje, które zaczęły stawiać w rosyjskim rolnictwie wiele spraw z głowy na nogi, dzięki czemu Rosja zaczęła eksportować płody rolne i zarabiać na tym więcej niż na eksporcie broni.

Wiele spraw w rosyjskim rolnictwie nadal jednak jest postawionych na głowie. Eksperci zwracają rządowi uwagę, że znaczna część ziemi nie jest umieszczona w spisach katastralnych. W efekcie budżet państwa corocznie traci 1 trylion rubli w postaci nieopłaconych podatków. Ziemia ta nie leży bowiem ugorem, tylko jest użytkowana.

Ziemia w dalszym ciągu nie jest dla banków odpowiednim zastawem dla otrzymania pożyczki. Nie można też w banku otrzymać pożyczki pod zastaw zboża złożonego w magazynie. Kwity to potwierdzające nie są traktowane przez banki jako papiery wartościowe.

ZOBACZ TAKŻE: Czołowe białoruskie zakłady magazynują produkcję [VIDEO]

Farmerzy po dziś dzień nie mogą budować domów na ziemi otrzymanej od państwa w wieczystą dzierżawę. Oznacza to, że farmer może z niej być usunięty w każdej chwili. Na ziemie, która dostała się im we władanie polują bowiem wielkie agroholdingi, skupiające od 100 tys. do 800 tys. ha ziemi. Ich działalność pozytywna z jednej strony, czyli pod względem ilości produkcji, jest negatywna z drugiej strony. Niszczą bowiem przestrzeń wiejską, czyli po prostu wsie.

Farmerzy narzekają też na brak kredytów na budownictwo i zagospodarowanie siedlisk, bez których tworzenie skupisk ludzkich na wsi jest znacząco utrudnione. Maszyny nawet najlepsze same nie produkują. Potrzebni są do tego ludzie zdaniem wielu specjalistów władze muszą wybrać, czy zależy im na stworzeniu wsi na rosyjskiej prowincji, czy też wolą, żeby rosyjska ziemia należała wyłącznie do 25 rodzin w Rosji. Niektóre z nich skupiają w swych rękach po 800 ha.

ZOBACZ TAKŻE: Sukces Ursusa

Na razie farmerzy wydają się być w odwrocie, bo kreujący w znacznej mierze politykę rolną Rosji minister Aleksander Tkaczew, będący niewątpliwie człowiekiem Putina jest związany z lobby agroholdingów. Jego rodzina w Kraju Krasnodarskim, którego był wcześniej gubernatorem, jest właścicielem „Agrokompleksu im. N.I. Tkaczewa”. Jest to jedno z największych tego typu przedsiębiorstw w Rosji. Należy do niego 60 zakładów produkcyjnych, wypuszczających na rynek około 800 rodzajów produkcji, zarówno mięsnej, jak i mlecznej. Holding ma też sieć 600 sklepów. Obecnie przymierza się do eksportu swojej mięsnej produkcji do Azji. Popieranie takich przedsiębiorstw w chwili obecnej przez Kreml jest zrozumiałe. Taniej, bo bez konieczności tworzenia siedlisk ludzkich są one w stanie dać potrzebną produkcję.

W długookresowej perspektywie polityka rolna musi mieć na uwadze nie tylko cele ekonomiczne, ale także społeczne. Wieś w Rosji, co podkreśla jej elita intelektualna, musi być odbudowana, bo to ona zawsze stanowiła o jej głównym zapleczu.

Marek. A. Koprowski

3 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz