Dopiero na półmetku praktyki, powróciwszy wieczorem na kwaterę, zastałem Janusza zagłębionego tym razem w mój prywatny, przepisywany ręcznie śpiewnik, przypadkiem zostawiony na stole w kuchni. Łączyła nas jedna z Jego pasji – dawne polskie pieśni.

* DZIEDZICTWO

…niedawno po raz kolejny (tak: a od czasu, gdy po raz pierwszy ten tekst ukazał się w internecie – czyniłem to raz jeszcze lub nawet dwa razy) przeczytałem z dziatwą na głos, porankami, po modlitwie porannej, do wczesnego śniadania, „Dziedzictwo” Zofii Kossak. Arcykatolicka ta, a przy okazji jakże antywojenna kobieta przekonuje mnie raz jeszcze, że noc z 22 na 23 stycznia to także moje Dziedzictwo nieustające, także jako katolika…

* * BUDAPESZT

Jest bodajże koniec roku 1986 lub początek roku 1987. Późna jesień czy zima. Odbywam w ramach zajęć seminaryjnych mini-objazd naukowy do Budapesztu, pod wodzą naszej pani profesor, świętej (bez wątpienia świętej) pamięci Alicji Karłowskiej-Kamzowej, na zaproszenie Jej naukowej znajomej z Węgier, mediewistki od średniowiecznych Węgier. Warunki spartańskie, komuna, zimny akademik, ale Budapeszt to była za komuny wielka atrakcja i pokusa. No i dopiero drugi raz w życiu wyjeżdżałem za granicę! Traf chciał, że jednocześnie zdążała do Budapesztu, z ramienia poznańskiego duszpasterstwa, grupka znajomych charyzmatyków. Wieczorem, po zwiedzeniu tego, cośmy jako historycy sztuki w Budapeszcie zwiedzić byli powinni – wziąłem gitarę, śpiewnik, wsiadłem do metra i pognałem na jakieś blokowisko, tam, gdzie odbywało się polsko-węgierskie spotkanie z pewnym lekko „opozycyjnym” tutejszym charyzmatykiem (no, wszystko co katolickie bywało opozycyjnym nazywane). W prywatnym mieszkaniu nasi i tamci gadali i śpiewali. Niedużo ludzi, w sumie osiem, dziesięć osób może. Przesympatycznie. W pewnym momencie poproszono mnie, abym uczynił użytek z instrumentu. Miałem akurat ochotę zagrać bojowo, pod wrażeniem spaceru przez Budapeszt (wspomnienie 1956 roku Węgrzy mieli na świeżo – w ustronnych miejscach parków i ciemnych kątach ulic, które przechodziłem, widać było nieliczne, ale jednak obecne, zamalowane przez służby porządkowe, „rocznicowe” napisy antysowieckie). Zanuciłem więc „Hej strzelcy wraz”, ochoczo podchwycone przez miejscowych, pobożnych charyzmatyków, którzy oczywiście nie mogli rozumieć tekstu, więc tylko mruczeli „eyy tryomb”. Biedacy, sądzili chyba, że to „pieśń chwały”. Mój grzech, moja wina. Nasi niektórzy podśpiewali z radością, a niektórzy się zgorszyli i zacuknęli – bo przecież charyzmatyk nie powinien wzywać „i w łeb lub serce pal!” I mnie zrobiło się troszkę głupio.

* * * JANUSZ

Teraz już na pewno rok 1987, lato. Chciałem pojechać na praktyki studenckie do Krakowa, ale nie miałem tam odpowiedniej kwatery. Koleżanka ze studiów, Ewa, która znała wszystkich „artystów” ówczesnego opozycyjnego świata, poleciła mnie Gosi i Januszowi Kotarbom. Mieszkali przy Plantach na wysokim parterze kamienicy przy Pijarskiej 5, a tytułem do wynajmu mieszkania było stanowisko ciecia i Janusz właśnie szukał kogoś, kto podczas wakacji pocieciowałby zamiast niego. Zgłosiłem się i zostałem na dwa tygodnie „gospodarzem domu”. W zasadzie nie miałem wtedy okazji poznać Januszów, pilnie za to wertowałem ich „podziemną” bibliotekę i kasetotekę, dostępną nad Januszowym biurkiem. Dopiero na półmetku praktyki, powróciwszy wieczorem na kwaterę – zastałem Janusza zagłębionego tym razem w mój prywatny, przepisywany ręcznie śpiewnik, przypadkiem zostawiony na stole w kuchni. Łączyła nas jedna z Jego pasji – dawne polskie pieśni. Miał w tej dziedzinie spore dokonania. Od dawna grał i występował w różnych zespołach, założył „Grono Przyjacielskie”, z którym opozycyjnie koncertował, wydawał w drugim obiegu kasety i śpiewniki. Między innymi „Piosennik powstania styczniowego”, czyli mój kultowy śpiewnik, który od dawna zabierałem ze sobą na wszystkie wędrówki (potem były jeszcze „Pieśni obrońców Lwowa” i piosenki z czasów wojny bolszewickiej 1920 roku). Mając wreszcie okazję porozmawiać z Mistrzem sam na sam, wpadłem na pomysł, żeby w najbliższą rocznicę powstania sprowadzić Go wraz z „Gronem Przyjacielskim” do dworu…

* * * * KOSZUTY

…w podpoznańskich Koszutach, gdzie gospodarzył wówczas Tadeusz Osyra. Przyjechali, jak to Krakusy – w czarnych, romantycznych pelerynach, z repliką pieczęci Rządu Narodowego, z reprodukcjami rysunków Grottgera, śpiewnikami i kasetami. Wieczór w Koszutach wygenerował przyjaźń i współpracę, i to podwójne: z Januszem – i z Tadeuszem Osyrą. Janusz zaczął wydawać moje kasety, potem płyty. Robił też potem – potem – znacznie poważniejsze rzeczy: założył pierwsze polskie czasopismo poświęcone muzyce chrześcijańskiej „Ruah” i pierwszy wydał „Arkę Noego”. Odszedł niecałe dziesięć lat temu – ale i tak wciąż jest z nami. A Gosia i cztery Kotarbiątka godnie kontynuują jego dzieło (patrz: www.paganini.pl). Teraz minęło właśnie ćwierć wieku – dwadzieścia pięć lat od naszego pierwszego, wspólnego wieczoru, w noc styczniową, we dworze w podpoznańskich Koszutach. Które zresztą mają swoją własną powstańczą historię – ale o tym jeszcze napiszę.

* * * * * POWTARZAM CZAS POCZĄTKU

Więc powtarzam czas początku. Żeby pomodlić się za tych, co zginęli, wspomnieć i westchnąć za Januszem, poopowiadać i pośpiewać.

A przede wszystkim – wydając swoją/naszą własną płytę (dwa tygodnie temu…) – zadedykowaliśmy ją:

Przyjaciołom i Znajomym z „Grona Przyjacielskiego”: Januszowi Kotarbie, Andrzejowi Boberowi („Teoretykowi”), Laurze Piotrowskiej, Przemkowi Kłosińskiemu, Monice Petryczenko (de domo Paśnik), Maćkowi Krobickiemu, Ani i Piotrowi Dzierżanowskim, Jackowi Deręgowskiemu, Tomaszowi Żarneckiemu i innym, którzy przed trzydziestu laty, w noc stanu wojennego, wydali prekursorski, konspiracyjny „Piosennik powstania styczniowego” pod postacią śpiewnika i kasety.

Teraz – może uda się kiedyś spotkać wokół Janusza i „Piosennika”. Wypić kawę, może wino, jak ktoś przywiezie. Będzie bardzo półprywatnie, pół, mówię, więc zapraszam półpublicznie wszystkich chętnych. Gdzie? Zobaczymy. Poza moimi/naszymi koncertami, które już są zapowiedziane. W jakimś dworze? Może i tak. W Krakowie? Poznaniu? Na pewno już nie w styczniu, ale zobaczymy kiedy.

*****

[Ten tekst w innej, pierwotnej swojej formie – m.in. oczywiście jeszcze bez informacji o mojej /naszej płycie – ukazał się cztery lata temu na www.fronda.pl; teraz – także na salonie24]

– – – – – – – – –
NADTO ZAPRASZAM:

A) na koncert „IDŹMY! ŚPIEWY POWSTAŃCZE 1863” w kościele parafialnym Niepokalanego Poczęcia w Górze Kalwarii, w niedzielę 27 stycznia o godz. 16.00 – i na wszelakie inne koncerty;

B) do dzielenia sie okruchami wspomnień 1863 etc. na stronie WWW.OKRUCHY1863.PL

C) do płyty własnej „Idźmy! śpiewy powstańcze 1863”, która po raz pierwszy pokaże się podczas w/w koncertu w dniu 19 stycznia .

z ukłonami, Jacek Kowalski



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz