Polesie: Dawne Echa (2)

Z zapadłych bagien i ciemnych lasów z nad Prypeci, Cny, Łani, Stochodu i Moroczy dopiero w w. XI-ym wyłaniają się Poleszucy – Słowianie polescy.

Wywiódł ich z kniei i topielisk, wydobył na widownię życiową dziejopis Rusi — mnich Nestor. Stało się to wtedy, gdy kneź Mścisław Świętopełkowicz powołał ich wraz z Brześcianami na obronę Włodzimierza przed zaku­sami księcia-wygnańca Dawida z dynastji włodzimiersko-wołyńskiej. Tu w dobie zaburzeń na Litwie odegrał rolę Pińsk, gdzie ukrywali się zabójcy litewskiego księcia Towciwiłla. Zjawiają się w tymże okresie monastery greckie, a jeden z uczonych czerńców, Mitrofanes w celi pińskiego klasztoru rzuca na pergamin zarysy dziejów Rusi Waregów. Możliwem jest, że w końcu już w. XIII-go, a w każdym zaś razie — w połowie XIV-go, Pińsk staje się stolicą udzielnego księstwa, złożonego z Mozyrza, Pińszczyzny i Polesia Wołyńskiego; ze stolca książęcego Narymunt Gedyminowicz broni swych włości przed Tatarami.

Inny książę — Narymunt II Olgierdowicz, brat Jagiełły, pisał się „dux de Pińsko”, lecz to nie pomogło mu w utrzymaniu swej ojcowizny, którą wcielono do ziem wołyńskich, a wkrótce — do woje­wództwa Brzeskiego. Później działy się tu rzeczy zwykłe i małe, aż w r. 1527-ym znowu wypłynęło imię Pińska i posłyszano o Polesiu, gdy to Konstanty Ostrogski do nogi wyciął pod tem miastem dwudziestotysięczny czambuł Tatarów. W r. 1648-ym grasowały tu watahy buntowniczych kozaków bat’ki-hetmana Chmiela, a że Pińsk sprzeniewierzył się haniebnie, został przeto spalony, ludność zaś jego surowo pokarana.

Starowolski, opisując Polesie w w. XVII-ym, maluje je „lasami okrytem, błotami zalanem”, wysławia jego, „bogactwo w drzewie, miodach, zwierzu” i rozwodzi się nad handlem targowego Pińska ze Śląskiem i Gdańskiem, wspominając nawet o greckich kupcach prze­myślnych, odbywających dalekie i niebezpieczne wyprawy do Mo­skwy i Niemiec. Polska przedrozbiorowa naogół zbyt małą uwagę zwracała na Polesie, szczególnie zaś na jego wschodnią połać.

Na Polesiu zachodniem i wołyńskiem rozsiadły się natomiast królewięta potężne i wysoko urodzone i tu zakładały swe zamki obronne, chciwem okiem spoglądając ku Dzikim Polom, chociaż poza niemi nie potrafiły dojrzeć najważniejszego celu, którym po­winno było być — Morze Czarne. Na wschodnich zaś kresach, jak za czasów Dulębów i Drewlan, krył się w swych uroczyszczach, na ostrowach, po „hałach”, „popławach”, i po haszczach „olosów”, szczep poleski, pędząc życie odrębne, od świata odcięte i odgro­dzone, a w nieufności, nędzy, ciemnocie i lęku płynące.

Zjawiali się tu nieraz pojedyńczy zbiegowie, ścigani przez swych panów, nieprzyjaciół mściwych lub przez prawo Rzeczypospolitej i Moskwy. Czasami wpadały tu całe watahy banitów, infamisów i wszelkich złoczyńców, skazanych na gardło. Na Polesiu znajdywali oni najpewniejszy, nie wykryty schron przed katem, lecz inne groziło im tu niebezpieczeństwo: ciężkie, wymagające nieustannej pracy życie, zła „zimnica”, „gnilec”, grząskie bagna i głębiny rzeczne, pełne mułu, jam „bez dna”, wodnic-rusałek, topielic, wodzianików i innych złych duchów, na duszę ludzką i życie człowiecze łakomych. Najstraszniejszym jednak wrogiem był małomówny, tajemniczy i zawsze nieufny mieszkaniec tego kraju — Poleszuk.

Nie chciał on, obawiał się sąsiedztwa ludzi, skądś i pocoś tu przy­byłych, a nieznanych mu, więc tępił ich, jak i czem mógł. Po nocy napadał z siekierą na śpiących w skleconych naprędce szałasach – „kureniach” i „szatrach”, wprowadzał do zasadzki i znienacka wtrą­cał do topieli, wypuszczał strzałę, dla pewności zatrutą „czemierem” lub „blokotem”, godząc oszczepem łowieckim albo ością rybacką.

To też przybysze nie utrzymywali się długo na ziemiach poleskich. Szli dalej, przekradając się na Sicz i Wołoszę, lub wchodzili do ro­dziny poleszuckiej, wnosząc do niej nową, nieraz bujną i gorącą krew. Być może, że ta to domieszka awanturniczej krwi uczyniła z Poleszuka miłośnika włóczęgi, co nie może długo usiedzieć na jednem miejscu — czy to wędrownego handlarza czy nawet ochocze­go do emigracji robotnika? Kryli się też na Polesiu uciekający z Rusi i Rosji czerńcy niepokorni, wolnomyślni lub protestujący przeciwko upaństwowieniu cerkwi i nowatorstwu kanonów.

W niedostępnych uroczyszczach i na zapadłych w kniei „ihryszczach” czaili się sekciarze, przybywający z Kamy i Ilmenia, zwo­lennicy „starej wiary”, zbiegowie z mroźnych wysp Sołowieckich i ze skalnego Wałaamu, gdzie w podziemiach, za grubemi murami klasztorów przesiąknięty zasadami cezaropapizmu kler rosyjski uśmiercał potajemnie popów i mnichów, żądających surowych reguł klasztornych i wolności cerkwi; znajdowali tu przytułek i opiekę, a nawet częściowo posłuch przesią­knięci orgjazmem wschodnim „chłysty” i pobratymcy ideowi derwiszów syryjskich, „skakuny”. Oni to przynieśli ze sobą nowe fale ponurego mi­stycyzmu, który, połączony z prastaremi kultami ludności Polesia, wytwo­rzył dziwny, chaotyczny amalgamat chrześcijaństwa z pogaństwem. To ostatnie nigdy tu zresztą nie wygasało. W każdym razie na początku XX-go wieku religijne praktyki pogaństwa słowiańskiego były tu kilkakrotnie za­notowane, co spowodowało nawet wysłanie na Polesie misjonarzy prawo­sławnych, a jednym z nich był nieprzejednany wróg Rasputina i mo­skiewskiego metropolity Makarego — wykształcony, płomienny mnich Heljodor. Jakieś zaczajone skupie­nie, myśl utajona, czy też rzewne a dręczące wspomnienia wyczu­wają się tu na każdym kroku, budzą niepokój, lęk, a nawet zgrozę. Rybak i flisak — na rzece, gajowy w borze, chutornik — na samotnym „ostrowiu”, obrzeżonym mokradłami „hał”: starucha, zbierająca zielska na łące, — wszyscy oni noszą w sobie jakieś echa przeszłości namacalnej i zie­jącej trwogą. Wśród lasów i mokradeł tam i sam wznoszą się ponad błotnistą równiną poleską okrągłe pagórki lesiste. Pierwszy już rzut oka podszeptuje myśl o dziele rąk ludzkich. Tak też jest istotnie! Są to „poboiszcza” — miejsca, gdzie toczyły się bitwy, a nad poległymi sy­pano te kurhany, zniszczone już zębem czasu, zalesione, zarosłe doszczętnie trawą i krzakami. Nad Jasiołdą pod Stoszanami „poboiszcze” wiąże się z bitwą roku 1160-go, gdy książęta li­tewscy rugowali stąd Mścisława i przy­łączali te strony do Litwy. Są też inne liczne, mniej znane i przez historyków nie rozświetlone. Tam poległy krocie ludu poleskiego i najeźdźców Tatarów, tam — wojny kozackie po­zostawiły po sobie widome znaki wichrzących się tu krwawych zapasów, gdzieindziej jeszcze starsze „poboiszcza”, prawie już zni­kające z powierzchni ziemi. Jakież to drużyny i jakie ludy ścierały się tu ze sobą i oddawały tej ziemi moczarnej krew swych towarzy­szy i synów? Być może, leżą tam jeszcze kości prasłowiańskich mieszkańców tej krainy, zmieszane z prochami krwawych najeźdź­ców — Gotów, Hunnów i Awarów, a kto wie — może jeszcze wcześ­niejszych bojowników, naprzykład Litwinów, gdy wędrowali z Indyj Wschodnich i sunęli wzdłuż Prypeci ku brzegom Niemna i Bałtyku?

Poleszucy mogliby pokazać przyjezdnym inne zabytki sławnej niegdyś przeszłości — wały obronne nieistniejących już zamków i fortec. Uroczyszcza takie nie mają swej historji — może są tak stare, że pamiętają czasy Olgierdowe, może — znacznie młodsze – naprzykład lata „potopu” szwedzkiego, a może są rówieśnikami zabiegliwej królowej Bony, jak to lud miejscowy opowiada o wałach, pomiędzy Ladcem a Dawidgródkiem przeciągniętych?

Są też jeszcze inne uroczyszcza nie z wojną, lecz z szarem życiem tego ludu i ziemi ściśle związane. Nadawano im dziwne nieraz nazwy — Dziewka, Swacha, Witusz — Hora, Moroczna, Peredół. Różne legendy — a zawsze obce, z Rusi kijowskiej i moskiewskiej tu zaniesione — wiążą się z niemi, a nawet takie, co przebąkują o miejscu śmierci lub pobytu Owidjusza Naso, wygnańca rzymskiego; pokryjomu, w strachu przed popem mruczą Poleszucy o Wi­cie, słowiańskim bogu wojny, i o siostrzycy jego — bogini Lado; brzmią tu jeszcze gadki o normandzkich Wikingach, założycielach Turowa na Prypeci, wielkim kneziu kijowskim Włodzimierzu Monomachu i o władcy Litwy — groźnym Gedyminie.

Echa to są dawnych, najdawniejszych dziejów, zamierzchłych, siwych, ni to stare wierzby rosochate, ni to mchem przeżarte głazy granitowe, — daleki pomruk zbutwiałych i zmurszałych czasów.

Ileż to podświadomych, we krwi pozostałych wspomnień działa tu nieprzerwanie, to słabnąc, to znów wybuchając z nową siłą i popy­chając do czynów rozpaczliwych lub szalonych. Na każdym tu kroku czają się cienie pradziadów, których śmierć spotkała z ręki najeźdźców. Te to cienie jęczą i wzdychają po nocach, one to majaczą w oparach leśnych, szepcą o gwałcie strasznym i zemsty żądają od prawnuków. (cdn.)

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Polesie, Wydawnictwo Polskie R. Wagnera, Poznań 1934.

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz