– Prezydent Duterte zgotował Amerykanom bardzo niemiłą niespodziankę. Z powodu jego decyzji wiele planów w regionie Azji Południowowschodniej, przynajmniej dla Waszyngtonu, zaczyna się rozpadać – mówi Kresom.pl Paweł Behrendt, ekspert Centrum Studiów Polska-Azja, komentując politykę zagraniczną filipińskiego prezydenta i jego wizytę w Chinach.

Jeszcze przed przyjazdem Rodrigo Duterte do Chin mówiło się, że ta wizyta może być przełomowa. Podkreślały to m.in. media chińskie. Filipiński prezydent najwyraźniej nie zawodzi tych oczekiwań. W czwartek spotkał się z prezydentem Chin, Xi Jinpingiem. Chiński przywódca stwierdził, że oba kraje są braćmi i sygnalizował możliwość porozumienia w kwestii spornych akwenów Morza Południowochińskiego. Określił nawet wizytę Duterte mianem „kamienia milowego” i wyraził nadzieję, że pomoże ona poprawić wzajemne relacje, które ucierpiały w wyniku sporu. Który, co należy zaznaczyć – Trybunał Arbitrażowy w Hadze rozstrzygnął na korzyść Filipin.Xi zaznaczył, że kwestie, które nie mogą zostać natychmiast rozwiązane, powinny czasowo zostać odsunięte na bok. Sam Duterte zapowiadał, że sam pierwszy nie podniesie w rozmowach z Chinami kwestii sporów dotyczących Morza Południowochińskiego, a jednocześnie wyraźnie dystansuje się od USA, które wcześniej widziały w Filipinach ważnego sojusznika, m.in. w kontekście zabezpieczenia swoich interesów w regionie. Teraz mówi się wręcz o „chińskim zwrocie” Filipin.

PRZECZYTAJ: Duterte w Pekinie. Filipiny zwracają się w kierunku Chin

Przeczytaj także: Prezydent Filipin chce sojuszy z Chinami i Rosją

– Prezydent Duterte zgotował Amerykanom bardzo niemiłą niespodziankę– mówi Kresom.pl Paweł Behrendt, ekspert Centrum Studiów Polska-Azja, komentując działania filipińskiego przywódcy. – Z powodu jego decyzji wiele planów w regionie Azji Południowowschodniej, przynajmniej dla Waszyngtonu, zaczyna się rozpadać.

Behrendt przypomina, że już wcześniej została ograniczona filipińsko-amerykańska współpraca wojskowa. Odwołane też wspólne patrole na Morzu Południowochińskim. Zwraca również uwagę na pewne elementy, które pojawiły się podczas kampanii prezydenckiej na Filipinach:

– Duterte jednocześnie grał na nacjonalistycznych nutach, walki o niezależność Filipin. Jak określił to Sergiusz Prokurat z CSPA, takie „wstawanie z kolan po filipińsku”. Ale jednocześnie robił on ukłony w stronę Pekin. A Pekin wyraźnie kokietował Duterte, wskazując go jako człowieka z którym można się porozumieć. On sam nie ukrywał, że również widzi możliwości porozumienia. W ciągu ostatnich miesięcy poszło to dalej, gdy prezydent Filipin stwierdził otwarcie, że jest w stanie zrezygnować z roszczeń na Morzu Południowochińskim w zamian za stosowną rekompensatę. Co w Chinach przyjęto z dużym zainteresowaniem. Pozostało do ustalenia, jak duża ma być ta rekompensata.

Pekin już zapowiedział, że przywróci filipiński eksport do Chin, a także deklaruje finansowanie dla infrastruktury w tym kraju. W środę przedstawiciele Filipin potwierdzili, że Bank Chin zgodził się udzielić kredytu na inwestycje infrastrukturalne, wartego 3 mld dolarów. Nieoficjalnie mówi się także o zgodzie na połowy ryb na spornych akwenach, które Chińczycy wcześniej zajęli blokując filipińskim rybakom dostęp do łowisk.

Zdaniem Behrendta doszło do sytuacji, w której Duterte stwierdza, że Amerykanie nie będą mu mówili, co ma robić, udając się do Chin z wielką delegacją ponad 200 przedsiębiorców. – Stamtąd pojawiają się sygnały, że Chińczycy mogą dopuszczać filipińskich rybaków do Ławicy Scarborough, która faktycznie leży w filipińskiej wyłącznej strefie ekonomicznej. Jest ona wskazywana jako kolejny cel ekspansji Pekinu na Morzu Południowochińskim –mówi.

Ekspert zwraca jednak uwagę, że polityka Duterte wywołała problemy wewnętrzne na Filipinach.

– W środę duża demonstracja przed Ambasadą Chin w Manili przerodziła się w zamieszki. Policja użyła gazu łzawiącego. Pojawiały się wręcz informacje, że wóz policyjny taranował demonstrantów. Oznacza to poważny problem dla prezydenta, który zagrywał taką nacjonalistyczną kartę i sam prezentował się jako silny człowiek walczący o interesy Filipin. Przy czym większość filipińskiej prawej strony sceny politycznej upatruje realizacji interesów narodowych właśnie w ograniczeniu zapędów Chin na Morzu Południowochińskim.

Zwraca również uwagę na kwestię sojuszy:

– Filipiny są strategicznie położone. Amerykanie mieli ponownie wprowadzić swoje oddziały do zatoki Subik, skąd wycofali się w latach 90., wprowadzając rotacyjną obecność wojsk na archipelagu.Z kolei Duterte deklaruje, że może kupować broń od Rosji, a nawet od Chin. Ale jednocześnie, filipińskie ministerstwo obrony przedstawiło w Tokio całą listę sprzętu z demobilu Japońskich Sił Samoobrony, którym Filipiny są zainteresowane: w tym okręty podwodne, wycofywane ze służby. To bardzo interesujące, ponieważ Japonia jest najważniejszym amerykańskim sojusznikiem w Azji Wschodniej, „niezatapialnym lotniskowcem” i – nie ukrywajmy – poza Chinami najsilniejszym militarnie państwem w regionie.

Behrendt nie wyklucza, że w przyszłości Duterte może wystąpić z postulatem usunięcia amerykańskich żołnierzy z Filipin. Domagali się tego demonstranci, protestujący pod ambasadą USA w Manili. Zaznacza jednak, że Amerykanie sami bardzo mocno ograniczyli swoją obecność militarną na Filipinach jeszcze w latach 90. XX wieku, opuszczając m.in. bazę Clark. – Później ich udział dotyczył przede wszystkim pomocy dla filipińskich sił zbrojnych w zwalczaniu separatystów z południa kraju, Frontu Wyzwolenia Moro. Obecnie jest on podzielony na Front Narodowy i Front Islamistyczny, które dodatkowo wzajemnie się zwalczają. Stąd też wynikają bieżące problemy filipińskich sił zbrojnych, nastawionych na konflikt asymetryczny i zwalczanie partyzantów. W obliczu konfrontacji z Chinami czy zwalczania piractwa wspólnie z Malezją i Indonezją Filipiny zaczynają zawodzić.

Ekspert przyznaje, że cała sytuacja związana z polityką Duterte jest dużym wyzwaniem dla Waszyngtonu, szczególnie w obliczu cięć budżetowych i niestabilnej sytuacji w innych regionach świata. Dotyczy to również amerykańskiej koncepcji Bitwy Powietrzno-Morskiej. – Pentagon szykuje się jednak do pewnego ograniczenia tej koncepcji, na tzw. trzeci offset– zaznacza Behrendt. – W tym przypadku chodzi o nacisk na działania w cyberprzestrzeni, wykorzystanie satelitów, dronów, laserów… Przy czym jest to bardziej pieśń przyszłości obliczona na zapewnienie amerykańskim siłom zbrojnym utrzymania przewagi nad potencjalnymi przeciwnikami.

Filipiny coraz mocniej dystansują się od USA, stosując przy tym bardzo ostrą retorykę. W Pekinie Duterte publicznie mówił o zwrocie w kierunku Chin. – Już więcej nie pojadę do Ameryki. Będziemy tak tylko obrażani. Czas więc powiedzieć przyjacielowi do widzenia– powiedział Duterte do setek wiwatujących Filipińczyków.

Czy jednak Filipiny są już dla USA straconym sojusznikiem? Paweł Behrendt z rezerwą podchodzi do tego rodzaju opinii. – Amerykanie wciąż zachowują mocne wpływy na archipelagu i zapewne, w zależności od swojej oceny sytuacji, będą w stanie wywrzeć odpowiedni nacisk– podkreśla ekspert. Zaznacza także, że trudno obecnie powiedzieć „na ile poważnie Duterte jest traktowany w Waszyngtonie”. Zwraca również uwagę na spadające poparcie dla filipińskiego prezydenta w jego kraju, które jednak nadal utrzymuje się na wysokim poziomie:

– O ile w pierwszych tygodniach po wyborach poparcie dla Duterte sięgało około 90 proc., to w ubiegłym miesiącu było ono już na poziomie 75 proc.

– Sytuacja jest cały czas rozwojowa. Amerykanie stanęli w obliczu pewnego kryzysu. Trudno jeszcze ocenić, na ile jest on poważny i jakie stanowi zagrożenie dla amerykańskich interesów i wpływów. Z drugiej strony, USA mogą zabezpieczyć swoje interesy za pośrednictwem Japonii– mówi Behrendt. Zwraca również uwagę na inny aspekt w regionie: na postępujące zbliżenie amerykańsko-wietnamskie.

Przeczytaj: Amerykańscy Marines będą ćwiczyć z Wietnamczykami

– W ubiegłym miesiącu amerykańskie okręty odwiedziły wietnamską bazę Cam Ranh. Wprawdzie Wietnamczycy jasno zaznaczają, że nikomu nie będą dzierżawić baz, ani wpuszczać obcych wojsk na swoje terytorium, ale są bardzo zainteresowani zacieśnianiem współpracy, wspólnymi ćwiczeniami z Amerykanami – szczególnie z Korpusem Piechoty Morskiej. Co doskonale wpisuje się w aktualną amerykańską koncepcję, zakładającą ograniczenie liczebności baz i jednostek stacjonujących poza granicami –mówi Paweł Behrendt.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Chiński strzał w stopę

Kresy.pl / Marek Trojan



9 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. poznaniak74 :

    Wszystkim którzy zaczną pisac i chińskim ekspansjonizmie PRZYPOMINAM, Chiny w tamtym rejonie tylko odbudowują swoją pozycję. Od czasów dynastii Han (II w.p.n.e. – II w.n.e) do czasów dynastii Ming (początek XV wieku) znajdujące się na zachodniej części Oceanów Spokojnego i Indyjskiego lądy oraz wyspy znajdowały się w zaięgu wpływów cesarskich Chin, uznając mniejszą lub większą zależność od nich. Chińskie okręty docierały do Australii oraz do południowo-wschodniej Afryki (dzisiejszy Mozambik i RPA), a Chińczycy zakładali tam swoje faktorie handlowe (podobnie jak później Europejczycy). jednak w przeciwieństwie do Europejczyków Chińczycy poprzestali na handlu, nie posunęli sie do brutalnej kolonizacji i tępienia tubylców.