– Dokąd? Przecież tam nie ma morza! Taka była pierwsza reakcja na moją propozycję wakacyjnego wyjazdu na Węgry. Jakoś się u nas utarło, że odpocząć można tylko nad morzem. W ofercie rodzimych biur podróży królują Egipt, Czarnogóra, Turcja, Emiraty Arabskie. Jeśli z jakichś powodów morze zupełnie nie jest po drodze, to w ostateczności mogą być góry. Tak się jednak składa, że na Węgrzech nie ma ani jednego, ani drugiego, choć nie zawsze tak było. Kiedyś na Węgrzech były i góry, i morze. Ale do tego wrócimy za chwilę.

„Zakochani zawsze podkreślają urodę wybranki, splecioną w cudowny węzeł z niezwykłymi zaletami ducha oraz intelektu, i za nic mają uwagi, że świat pełen jest kobiet jeszcze ładniejszych, czulszych i mądrzejszych. I ja wzruszam ramionami na niedorzeczne argumenty, że istnieją być może krainy o piękniejszych krajobrazach, większej liczbie zabytków, ciekawszej kuchni czy bardziej zrozumiałym języku. Ja chcę na Węgry. To chęć metafizyczna, zatem nie można jednoznacznie określić jej źródeł, wskazać prapoczątku” – Robert Makłowicz „Smak Węgier”.

My jednak spróbujemy znaleźć kilka całkiem dorzecznych argumentów, aby się na Węgry wybrać.

Powód pierwszy. Wielka Nizina Węgierska

Więc może dla odmiany zupełnie płaski krajobraz? Wielka Nizina Węgierska to bowiem nic innego, jak step. Niewielka kropelka, która oddzieliła się od Wielkiego Stepu, ciągnącego się aż po Mandżurię i kapnęła w samym sercu Europy. Co prawda tylko połowa Wielkiej Niziny Węgierskiej znajduje się na Węgrzech (choć nie zawsze tak było), ale tam właśnie znajdziemy najbardziej romantyczną jej część, zwana puszta (wymawia się „pusta” i taka właśnie jest). Tutaj właśnie można znaleźć jeszcze prawdziwie dziewicze kawałki. Należy do nich park narodowy Hortobagy, który reklamuje się hasłem „100% puszty”.

Z naszego rodzimego podwórka wiemy, że właśnie step, obok morza i gór wywiera jakiś szczególny wpływ na ludzką duszę, pozwalając jej unieść się ponad to, co przyziemne i skłaniając do twórczości poetyckiej, żeby wspomnieć tu choćby mickiewiczowskie „Stepy Akermańskie”. Węgrzy także mieli swojego „Mickiewicza”, Sándora Petőfiego, który w przerwach między działalnością rewolucyjną a liryką miłosną, sławił węgierskie stepy:

„Jak zamarzłe morze – stepy nieskończone,
Niziutko leci słońce, niby ptak zmęczony,
Lub jak starca lico
Z przygasłą źrenicą,
Prawie że się kładzie na białym ugorze –
I tak niewiele dojrzeć w pustkowiu tym może…”
(tłum. Marian Jachimowicz).

Dziś pusztę można zobaczyć w parku narodowym Hortobagy, w północno-wschodniej części kraju. Oprócz zachowanego krajobrazu, roślinności i fauny stepowej, można zapoznać się z tradycyjną gospodarką pasterską tych terenów: to właśnie tutaj zobaczymy, może ostatnie w Europie, stada węgierskiego siwego bydła, potężne byki o długich rogach, te same, które od XV w. ciągnęły przez tereny Ukrainy czumackie wozy załadowane solą. Tutaj urządzane są pokazy jeździeckie oraz hodowana unikalna rasa mangalic – włochatych świń, będących zresztą pod ochroną. Mangalice mają odmiany blond, rude i czarne, bardzo rzadko występuje mangalica dzika. Świnie zawdzięczają swoje futerko skrzyżowaniu genów świni hodowlanej z dzikiem.

Powód drugi. Termy

Warto jednak czasem pomoczyć swoje ciało w jakiejś wodzie. I chociaż, jak już to stwierdziliśmy, dostępu do morza Węgry obecnie nie mają, to zaproponować mogą coś wcale nie gorszego. Nie mam tutaj wcale na myśli Balatonu. Otóż w tej części Europy znajduje się szczególne zagęszczenie źródeł termalnych, które oprócz przyjemności pluskania się, dają możliwość leczenia całej gamy różnorakich schorzeń, od przewlekłego kataru poczynając, a na zwężeniu aorty kończąc.

Najstarsze łaźnie w Budapeszcie pochodzą z XVI w. i wciąż działają. Są to łaźnie Rudas i Kiraly, zbudowane jeszcze przez Turków. Nad basenem znajduje się kopuła, a w niej niewielkie otworki, przez które do wnętrza sączy się światło, tworząc niezapomnianą atmosferę. Część najstarszych łaźni, dawnym zwyczajem, ma dni męskie i żeńskie, aby można było w spokoju zażywać kąpieli w stroju Adama (ewentualnie Ewy).

Na przełomie XIX i XX w. powstały w węgierskiej stolicy dwa duże kompleksy basenów, które również działają do dziś, oferując poza rekreacją i leczeniem przeżycia natury estetycznej. Pierwsze, to znajdujące się w lasku miejskim (Varosliget – odpowiednik lwowskiego Parku Stryjskiego). Stałych klientów tego przybytku można spotkać tu nawet w czasie mrozów, kiedy w odkrytym basenie (woda o temperaturze 38 st.) grają w szachy. Drugie, znajdujące się pod wzgórzem zamkowym po drugiej stronie Dunaju – to secesyjne łaźnie Gellerta. Smaczku wizycie dodaje fakt, że to właśnie w tych łaźniach filmowi „C. K. Dezerterzy” podglądali kąpiące się gołe panienki. Wśród wielu uzdrowisk i łaźni warto wymienić jeszcze jedno miejsce – Miskolc-Tapolca, miejscowość niedaleko granicy ukraińskiej, w której baseny zostały bardzo interesująco wkomponowane w korytarze naturalnych jaskiń.

Powód trzeci. Rodzinny

Czasem trzeba odwiedzić rodzinę, a przecież „Polak, Węgier – dwa bratanki”. Rzeczywiście, przyglądając się historii Węgier, znajdziemy zaskakująco wiele wspólnych tematów do rozmowy (oczywiście, kiedy już pokonamy barierę językową). Przy szklanicy wina (węg. bor – o winie za chwilę) możemy powspominać jakimi mocarstwami w Europie były niegdyś nasze państwa. Kiedy Polska była od morza do morza, Węgry sięgały od Siedmiogrodu po Dalmację. W średniowieczu niejednokrotnie zawieraliśmy sojusze przeciwko niemieckiej dominacji. Tak jak i Polacy, Węgrzy poznali gorzki smak rozbiorów – jeszcze w XVII w. ich terytorium podzielili między siebie sąsiedzi – Austria i Turcja. Polska stała się wówczas dla Węgrów ważnym celem emigracji politycznej. Mieliśmy dwóch wspólnych królów (Ludwik Węgierski, Władysław Warneńczyk), my daliśmy Węgrom Izabelę Jagiellonkę i Józefa Bema, oni nam świętą Kingę, Stefana Batorego, a Lwowowi – księżną Konstancję i Jerzego Boima. Przez pewien czas Lwów i Galicja należały do tego samego, co Budapeszt, państwa – o tym za chwilę.

W czasie II wojny światowej, mimo iż Węgrzy byli w koalicji z hitlerowskimi Niemcami, zadeklarowali, że nie będą walczyć z Polakami, a w wielu wypadkach im sprzyjali (np. w czasie Powstania Warszawskiego). Po wojnie oba państwa znalazły się w strefie wpływów radzieckich, i oba zapisały piękną, choć tragiczną kartę w walce z nową okupacją. W 1956 r. budapesztańscy studenci zamanifestowali poparcie ze strajkującymi w Poznaniu robotnikami, co stało się zarzewiem węgierskiej rewolucji. Polacy i Węgrzy wychowywali się na tych samych ideałach – ideałach walki o niepodległość. Przykładem jest kultowa na Węgrzech, a w Polsce zaliczona do lektur szkolnych książka Ferenca Molnara „Chłopcy z Placu Broni”.

23 marca w Polsce jest obchodzony dzień przyjaźni polsko-węgierskiej.

Powód czwarty. Kresy

Któż zrozumie lepiej Polaka ze Lwowa czy Stanisławowa, niż Węgier z Kolozsvaru czy Ungvaru? Nie próbujcie szukać nazw tych miejscowości na mapie, nie znajdziecie ich. Od wielu lat są nieaktualne. Kiedyś nie mogłam zrozumieć, dlaczego pewien Polak z uporem używał w rumuńskim Siedmiogrodzie węgierskich nazw, wymawiając je z namaszczeniem, podkreślającym ich poprawność. Wyjaśnienie było proste – był z Kresów. Robił to z solidarności.

Nie tylko bowiem my, Polacy, mamy swoje Kresy – utracone tereny, na których pozostali rodacy i na które ciągną pielgrzymki z Macierzy. Takie kresy mają również Węgrzy. Potężne w średniowieczu państwo zajmowało wielki obszar w Europie Środkowej. Mimo, iż podzielone przez sąsiadów, a potem włączone do państwa Habsburgów, prawdziwą tragedię przeżyły Węgry dopiero po I wojnie światowej. W wyniku traktatu w Trianon Węgry musiały uznać niepodległość Czechosłowacji, Rumunii oraz powstanie Królestwa Serbów, Chorwatów i Słoweńców, tracąc w ten sposób ponad 2/3 powierzchni państwa i pozostawiając poza jego granicami 3,5 miliona Węgrów – głównie w Siedmiogrodzie i południowej Słowacji, ale także na (obecnie ukraińskim) Zakarpaciu (a także większość pogłowia węgierskich włochatych świń). Na marginesie można wspomnieć, że wtedy właśnie Węgry utraciły dziś tak przez nas pożądany dostęp do morza.

Cmentarz w Cluju (dawniej: Kolozsvar, Rumunia) przypomina bardzo cmentarz Łyczakowski we Lwowie, z tą różnicą, że zamiast wstążeczek czerwono-białych powiewają tam czerwono-biało-zielone; w Oradei (dawniej: Nagyvarad, Rumunia) znajdziemy najlepsze przykłady węgierskiej secesji, a w Mukaczewie (dawniej: Munkacs, Ukraina) urodził się jeden z najwybitniejszych malarzy węgierskich XIX w. – Mihaly Munkacsy.

Powód piaty. Kuchnia

Aby odetchnąć trochę od ciężkich tematów historycznych, zajrzyjmy do węgierskiej kuchni. Tym, co się kojarzy z węgierskim smakiem w pierwszej chwili, jest gulasz i salami. Niestety nasz język ojczysty płata nam tutaj niezłego figla – gulasz na Węgrzech jest zupełnie czym innym, niż u nas. Tym słowem nasi bratankowie określają gęstą zupę mięsną z dodatkiem ziemniaków i papryki, tę samą, która u nas jest znana jako bogracz. Jeśli będziemy chcieli zamówić gulasz w naszym rozumieniu – prosimy o pörkölt. Salami ma rodowód włoski, ale na Węgrzech zdobyło popularność i można je dostać w wielu odmianach i na każdym kroku.

Węgierskie powiedzenie głosi, że kiedy gospodyni ma ugotować obiad, kładzie na stole paprykę i zastanawia się, co do niej dodać. Niezliczona ilość węgierskich przepisów zawiera paprykę pod rozmaitymi postaciami. Odnajdziemy ją w gulaszu, pörkölt, wielu odmianach salami, a także doskonałej węgierskiej zupie rybnej (najlepsza, jaką jadłam była przyrządzona z karpia nad jeziorem Cisa). Podobno Węgrzy jedzą wyłącznie ryby słodkowodne, jak myślicie, dlaczego?

Dla niektórych dań papryka jest podstawą, jak dla słynnego leczo, które w swojej ortodoksyjnej wersji składa się tylko z papryki, pomidorów i cebuli. Nie wspominając o paprykarzu, którego nazwa mówi już sama za siebie (rozpowszechniony swego czasu w Polsce paprykarz szczeciński nie ma z nim nic wspólnego). Za to nie znajdziecie na Węgrzech placka po węgiersku.

Węgrzy nie odkryli papryki, ale pierwsi zaczęli robić z niej sproszkowaną przyprawę. To właśnie ona, w połączeniu z podsmażaną na słoninie cebulą nadaje charakterystyczny smak węgierskiej kuchni. Słonina powinna pochodzić oczywiście z włochatej mangalicy, która jest Węgrom tak droga, że nie tylko objęli ją ochroną, ale rozpowszechnili mit, iż jej tłuszcz zawiera mniej cholesterolu niż tłuszcz innych gatunków świń. To właśnie z tej rasy produkuje się… słynny hiszpański jamon serrano! Myślę, że Węgrzy mogliby zrobić swój wkład w lwowskie Muzeum Sała.

Powód szósty. Wino

Jeśli mówimy o kuchni, nie możemy nie wspomnieć o winach. Są one produkowane w 22 różnych regionach, ale do najbardziej cenionych należą Tokaj, Eger i Villany. Jeszcze w czasach szlacheckiej Rzeczpospolitej mawiano we Lwowie, że „nie ma wina nad węgrzyna”, a węgierskie wina podawano na stołach najznamienitszych polskich rodów obok francuskich burgundów i szampanów. Pod koniec XIX w. Węgrzy zawojowali polskie podniebienia także swoim własnym szampanem, produkowanym przez Józefa Törleya w Budapeszcie. We Lwowie węgierskie wina można było dostać przede wszystkim u Władysława Kesslera, na Sykstuskiej 9, Jana Ludwiga przy Krakowskiej 7 i Ludwika Stadtmüllera przy Krakowskiej 9 (w obecnie działającej tam kawiarni „Freska” zachowały się malowidła na suficie reklamujące wina tokajskie). Sąsiad Stadtmüllera, Karol Bayer sprowadzał do swojego sklepu przy Krakowskiej 11 wina węgierskie całymi beczkami, zaś apteki „Pod Gwiazdą” Piotra Mikolascha i „Pod Złotym Orłem” przy ul. Halickiej 5 reklamowały Tokaj jako „dla rekonwalescentów znakomity” i „zalecany przez największe znakomitości lekarskie”.

Tokaj, znany od XIV w., „królewskie wino i król win”, to wina białe. Ciekawy i niespotykany smak ma słodkie wino tokajskie „aszu”, czyli „suszone”. Jest ono wytwarzane z bardzo późno zbieranych winogron, które pozostawione na krzakach zdążyły już pokryć się szlachetną pleśnią, wyschnąć na rodzynki i poddać działaniu pierwszych mrozów.

Egri bikaver, czyli „egerska bycza krew” to wino czerwone z Egeru. Z jego nazwą wiąże się ciekawa legenda. Podczas oblężenia Egeru przez Turków w 1552 r. obrońcom zamku kończyły się zapasy wody i musieli skorzystać z zapasów wina z zamkowych piwnic. Dodało im to nadzwyczajnego animuszu do walki. Turcy, przekonani, że czerwony napój to bycza krew, odstąpili przerażeni. Wrócili jednak kilkadziesiąt lat później i zdobyli w końcu miasto. Pamiątką po ich panowaniu jest najbardziej na północ wysunięty minaret w Europie (tak twierdzą Węgrzy, choć minaret w Kamieńcu Podolskim jest jeszcze bardziej na północ!). W Villanach natomiast powstają najlepsze węgierskie czerwone wina. Winorośl była tutaj uprawiana już w okresie rzymskim. Znajduje się tu także muzeum wina i winny szlak turystyczny. Smakosze wina powinni wybrać się do naszych sąsiadów w czasie któregoś z wielu winiarskich festiwali – choćby Międzynarodowego Festiwalu Wina i Szampana w Budapeszcie (4-14 września), Winobrania w Sopron (8-11 września), w Tokaju (30 września – 2 października) czy Villanach (7-9 października).

Powód siódmy. Jedno państwo

Kiedyś, aby odwiedzić Węgry, nie trzeba było nawet wyjeżdżać za granicę – byliśmy w końcu z Węgrami kawał czasu w jednym państwie – Austro-Węgrzech. Choć zarówno Węgry, jak i Galicja miały w jego ramach autonomię, kontakty były dużo częstsze, niż obecnie. Już w 1872 r., 11 lat po doprowadzeniu do Lwowa kolei, powstało bezpośrednie połączenie z Budapesztem. Kilka lat po otwarciu Teatru Skarbkowskiego koncertował w nim Ferenc Liszt. Ponad rok mieszkał tu i pracował Janos Bolyai, jeden z najwybitniejszych matematyków węgierskich. Sądząc z nazwiska, węgierskie korzenie miała rodzina Kadyiów, która wydała wybitnego lekarza i współzałożyciela Akademii Weterynaryjnej we Lwowie, Henryka Kadyiego. Węgierskie malarstwo było cenione we Lwowie. W miejskiej Galerii Obrazów możemy do dziś podziwiać dzieła takich twórców jak Mihaly Munkacsy, Béla Iványi-Grünwald, Imre Revesz, Antal Berkes.

Polskie malarstwo także znalazło uznanie na Węgrzech – w 1896 r. w Budapeszcie zaprezentowana została słynna Panorama Racławicka autorstwa Wojciecha Kossaka i Jana Styki. W ciągu roku obejrzało ją 800 tys. osób. Węgrzy zapragnęli mieć także własną panoramę. Od kwietnia do września 1897 r. we Lwowie powstawała Panorama Siedmiogrodzka, przedstawiająca zdobycie Sybinu w 1849 r. przez powstańców węgierskich pod dowództwem Józefa Bema. Panoramę malowali pod kierownictwem Jana Styki malarze polscy i węgierscy. Niestety panorama nie zachowała się w całości, prawdopodobnie dlatego, że sam Styka pociął ją na kawałki i sprzedawał jako osobne obrazy, nie mogąc się doczekać zapłaty za pracę od strony węgierskiej. Znany jest los zaledwie 36 kawałków (mniej niż 1/3 powierzchni) liczącego 120 m długości i 15 m. szerokości płótna, 14 z nich znajduje się w muzeum w Tarnowie.

Kilkanaście lat mieszkał i tworzył we Lwowie Edgar Kovats, malarz i architekt, profesor Politechniki Lwowskiej. Był on jednym z propagatorów „sposobu zakopiańskiego”, czyli witkiewiczowskiego stylu zakopiańskiego do którego dodał nowe elementy, zaczerpnięte ze sztuki ludowej, głównie z Bukowiny, z której pochodził.

Fascynacja sztuką ludową, która ogarnęła Polaków i Ukraińców na przełomie XIX i XX w. była udziałem także Węgrów. W tym samym czasie, gdy w Galicji Zachodniej święcił triumfy styl zakopiański, a we wschodniej – huculska secesja, Węgrzy także stworzyli swoistą jej odmianę, czerpiącą z rodzimej sztuki ludowej. Zabytki węgierskiej secesji są zupełnie inne niż nasze – mają delikatne, płynne formy, fasady jakby wykończone haftowaną w kwiaty koronką. Najpiękniejsze przykłady tego stylu to dom Cifra w Kecskemet, pałac Reök w Segedynie, ale także „niebieski kościół” św. Elżbiety w Bratysławie (Słowacja), hotel Pod Czarnym Orłem w Nagyvarad (obecnie Oradea, Rumunia), ale można go spotkać także w Mukaczewie (węg. Munkacs) czy Beregowo (węg. Beregszasz) – żeby obejrzeć węgierską architekturę nadal nie trzeba wyjeżdżać za granicę!

I jeszcze BACIAR!

Ostatnim zaś, i decydującym argumentem będzie fakt, że z języka węgierskiego pochodzi lwowskie słowo „baciar”/„batiar”, które tam tak samo jak i u nas oznacza „ulicznika, łobuza, gałgana, andrusa, spryciarza, ziółko”, a także „wiejskiego eleganta”. A gdzież będziemy się lepiej czuć, niż wśród swojskich baciarów?

Katarzyna Łoza

„Kurier Galicyjski”

Tekst ukazał się w nr 12 (208) za 3-17 lipca 2014



1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz