Wybory w Bułgarii

Czytając komentarze w polskich mediach można było odnieść wrażenie, że wybory prezydenckie w Bułgarii są plebiscytem, w którym społeczeństwo ma wypowiedzieć się za lub przeciwko dalszej współpracy ze strukturami zachodnimi. Tymczasem sprawy polityki zagranicznej nie odgrywają większej roli wśród preferencji wyborczych Bułgarów, którzy w dużej mierze opowiedzieli się przeciwko słabej kandydatce rządzącej centroprawicy i partyjnym nominatom ubiegającym się o najwyższy urząd w państwie.

Pierwsza tura wyborów prezydenckich w Bułgarii nie przyniosła większego zaskoczenia. Dwa najlepsze wyniki uzyskali faworyci, a więc były dowódca sił powietrznych Rumen Radeworaz przewodnicząca parlamentu Cecka Caczewa. Ostatecznie 13 listopada na prezydenta Bułgarii wybrano wojskowego, który uzyskując 59,35 proc. poparcia zdystansował swoją słabo rozpoznawalną konkurentkę. Stosunkowo niewiele miejsca w przekazach medialnych poświęcono towarzyszącemu wyborom referendum na temat ordynacji wyborczej i kształtu całego systemu politycznego, jednak ostatecznie okazało się ono nieważne.

Na nowych zasadach

Same wybory prezydenckie odbyły się na nowych zasadach, ponieważ w pierwszej połowie roku zmieniono ordynację wyborczą. Jej nowelizacja została niejako wymuszona przez nacjonalistów z Frontu Patriotycznego (Patriotski front,PF), którzy od jej poparcia przez rządzących uzależniali dalsze wsparcie dla mniejszościowego gabinetu premiera Bojko Borisowa. Nowe prawo przede wszystkim poważnie ograniczyło możliwość głosowania bułgarskim obywatelom mieszkającym poza granicami kraju. Zmiana ta miała na celu uderzenie zwłaszcza w posiadających bułgarskie obywatelstwo Turków, których spora część wyemigrowała do Turcji jeszcze przed upadkiem systemu komunistycznego. Prawo na kilkanaście dni przed wyborami zostało złagodzone, bowiem przez wiele miesięcy protestowali przeciwko niemu głównie etniczni Bułgarzy mieszkający w Unii Europejskiej i Stanach Zjednoczonych. Ostatecznie w krajach unijnych nie ograniczono liczby lokali wyborczych, natomiast poza UE otworzono ich jedynie 35 (w Turcji głosować można było tylko w dwóch, a nie w kilkudziesięciu jak w latach wcześniejszych). Wcześniej zrezygnowano z innego kontrowersyjnego zapisu ordynacji, który przewidywał obowiązek głosowania. Po raz pierwszy bułgarscy wyborcy mogli natomiast oddać oficjalny głos przeciwko kandydatom, z czego w drugiej turze skorzystało 4,47 proc. uczestników wyborów.

Ostatecznie zmiany w ordynacji, w porównaniu do tych przeforsowanych przez parlament w marcu, nie były więc wielkie przynajmniej dla obywateli bułgarskich głosujących w kraju. Nie oznacza to jednak, że tematyka ta zeszła już na dalszy plan. Podczas pierwszej tury wyborów prezydenckich odbyło się wspomniane już referendum, które nie okazało się co prawda wiążące, ale narzuciło wszystkim kandydatom ważne tematy w kampanii wyborczej. Inicjatywa showmana Sławiego Trifonowa miała dać możliwość głosu Bułgarom w kwestiach zmiany ordynacji w wyborach parlamentarnych z proporcjonalnej na większościową, ograniczenia finansowania partii politycznych z budżetu oraz wprowadzenia obowiązkowego głosowania w wyborach i referendach. Ruch niezadowolonych z obecnego systemu poległ na niezwykle wymagającym prawie dotyczącym właśnie referendów, ale udało mu się odcisnąć piętno na de facto niewiele znaczącej kampanii prezydenckiej. Należy bowiem pamiętać, iż uprawnienia bułgarskiego prezydenta nawet w porównaniu do jego polskiego odpowiednika są niewielkie, stąd sprowadzają się głównie do funkcji reprezentacyjnych.

Za lub przeciw rządowi

Kampania wyborcza skupiała się więc na wspomnianych zmianach proponowanych w referendum, ale stała się również swoistym wotum zaufania dla wspomnianego już rządu Borisowa. Lider centroprawicowej partii Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (Graždani za evropejsko razvitie na Bǎlgarija, GERB) przez wiele miesięcy był uznawany za murowanego faworyta prezydenckiej elekcji, ale ostatecznie nie zdecydował się w niej wystartować. Borisow cieszy się wciąż dużą popularnością wśród bułgarskiego społeczeństwa i jako 47-letni polityk doskonale zdaje sobie sprawę, że nie musi w chwili obecnej odchodzić na emeryturę, jaką ze swoimi uprawnieniami jest obecnie funkcja prezydenta kraju. Tym niemniej Borisow już w okresie letnim zapowiadał, iż nie tylko nie będzie kandydatem GERB w wyborach, ale w razie przegranej polityka tej partii poda się do dymisji. Na miesiąc przed głosowaniem okazało się, iż GERB będzie reprezentowała Caczewa, która nie jest postacią szczególnie rozpoznawalną wśród bułgarskiego społeczeństwa, choć już po raz drugi w życiu sprawuje funkcję przewodniczącej Zgromadzenia Narodowego. Według wielu komentatorów wystawienie słabo prezentującej się w mediach Caczewej było wręcz celowym zabiegiem, związanym ze wspomnianym wysokim poparciem dla Borisowa. Rozpisanie przedterminowych wyborów parlamentarnych może mu bowiem pomóc w stworzeniu bardziej stabilnej koalicji rządowej. Obecnie jego GERB rządzi z częścią innej centroprawicowej partii czyli Blokiem Reformatorskim (Reformatorski blok,RB), przy mało stabilnym wsparciu wspomnianych nacjonalistów z FP, co i tak nie daje nawet minimalnej większości w postaci poparcia 121 posłów w Zgromadzeniu Narodowym.

Zwycięstwo kandydata Bułgarskiej Partii Socjalistycznej (Bulgarska sotsialisticheska partiya, BSP) w wyborach prezydenckich nie musi z kolei przełożyć się na poparcie dla tego ugrupowania. Radew wcześniej nie był bowiem związany z żadną partią polityczną i często podkreślał swoją niezależność, czemu dał wyraz szczególnie po wygranej w pierwszej turze wyborów. Wojskowy ogłosił wówczas, że w ostatniej fazie kampanii nie będzie zabiegał o poparcie swoich kontrkandydatów i partii politycznych, bo zależy mu przede wszystkim na głosach od obywateli nieprzekonanych jeszcze do jego osoby. Paradoksalnie największym wygranym tych wyborów mogą być nacjonaliści, którzy dzięki zjednoczeniu swoich sił (do partii tworzących Front Patriotyczny dołączyła ATAKA) uzyskali premię w postaci trzeciego wyniku swojego kandydata. Jeśli blisko 15 proc. poparcie dla Krasimira Karakaczanowa przełożyłoby się na wynik w przedterminowych wyborach parlamentarnych, nacjonaliści mogliby stać się poważnym partnerem koalicyjnym dla GERB. Jak widać sytuacja jest skomplikowana i przed oficjalnym rozpisaniem nowej elekcji do Zgromadzenia Narodowego trudno prognozować, czy Borisow będzie po raz kolejny szefem rządu, czy też siły centroprawicy będą musiały oddać władzę bułgarskiej lewicy. Tym niemniej proste przełożenie wyniku Radewa na poparcie dla obecnej opozycji byłoby dużym błędem.

Kim jest nowy prezydent?

Podobnie jak błędem jest przejęcie przez część polskich mediów retoryki, którą w kampanii wyborczej posługiwali się przeciwnicy nowo wybranego prezydenta. Radew w powielanych notach Polskiej Agencji Prasowej był nazywany „czerwonym generałem”, co było zabiegiem stosowanym przez polityków GERB świadomych zresztą słabości swojej własnej kandydatki. Takie zaszufladkowanie wojskowego było nie tylko zabawne z powodu jego luźnych związków z socjalistami, ale przede wszystkim przez polityczną przeszłość jego kontrkandydatki i obecnego szefa rządu. Caczewa i Borisow w czasach poprzedniego ustroju byli bowiem członkami Bułgarskiej Partii Komunistycznej, aż do jej rozwiązania w 1990 r. O ile Borisow tłumaczył to zawsze faktem, iż w latach 80. XX w. był wykładowcą w szkole policyjnej, o tyle Caczewa przed pięcioma laty twierdziła, że w monopartyjnym systemie przynależność do komunistów była właściwie obowiązkowa, co jednak nie jest do końca zgodne z prawdą. Sam Radew w porównaniu do dwójki swoich najpoważniejszych przeciwników nigdy nie był członkiem żadnej z partii politycznych. Urodzony w 1963 r. Radew w wieku dwudziestu lat skończył ze złotym medalem szkołę matematyczną, natomiast w 1987 r. został najlepszym absolwentem wyższej uczelni sił powietrznych w Dołnej Mitropoliji. W 2000 r. uzyskał doktorat z zakresu nauk wojskowych, a dzięki związaniu całego swojego dorosłego życia właśnie z armią, w 2014 r. uzyskał stopień generała majora. Dzięki temu po pięciu latach asystowania dowódcy bułgarskich sił powietrznych samemu stanął na ich czele. Jeśli chodzi o dotychczasową ścieżkę zawodową Radewa, nie można nie wspomnieć o szkoleniach odbytych przez niego zagranicą. Zwłaszcza, że nie odbyły się one wcale w Rosji jak można byłoby się domyślić po propagandzie zachodnich mediów, ale w Stanach Zjednoczonych. To właśnie tam wojskowy zakończył kurs doktryny strategii wojen powietrznych na Air War Collage, uzyskując najlepszy wynik ze wszystkich zagranicznych słuchaczy.

Funkcję dowódcy sił powietrznych Bułgarii pełnił on do sierpnia tego roku, kiedy wokół jego osoby pojawiły się największe kontrowersje. Oficjalnie 53-letni Radew skorzystał z wojskowego programu emerytalnego, jednak nie ukrywał, iż jego decyzja o odejściu miała związek z rozbieżnościami między nim i resortem obrony narodowej. Wojskowy nie chciał zgodzić się na patrolowanie bułgarskiej przestrzeni powietrznej przez samoloty obcych wojsk, co jednak nie jest w pełni prawdą. Radew już przed rokiem złożył bowiem rezygnację ze wspomnianej funkcji, protestując wówczas przeciwko opłakanemu stanowi bułgarskiego lotnictwa, ale wycofał ją po spotkaniu z Borisowem. W kolejnych miesiącach minister obrony narodowej Nikołaj Nenczew miał ignorować ekspertyzy Radewa, a także kontynuować faktyczną likwidację sił powietrznych własnego kraju. W tle całego sporu pojawili się zresztą polscy piloci. Nowy prezydent tłumaczył jednak w sierpniu, że nie jest przeciwnikiem współpracy z lotnictwem państw sojuszniczych, lecz nie rozumie, dlaczego jego kraj nie mając pieniędzy na własne wojsko będzie płacił za szkolenia zagranicznych pilotów. Dodał on wówczas, że ze względu na poufność takich informacji nie może on podać dokładnej liczby sprawnych maszyn, ale wiele myśliwców jest niezdolnych do poderwania się z ziemi chociażby przez brak dostaw części zamiennych.

W tym kontekście nazywanie zwycięstwa Radewa triumfem sił prorosyjskich w Bułgarii może wydawać się wręcz zabawne, bo według takich standardów do zwolenników Rosji należałoby zaliczyć obecnego premiera. Borisow na początku sierpnia poinformował, że Rosjanie są gotowi wznowić umowę o remoncie myśliwców i śmigłowców bojowych. Jak widać Radew rozpoczął swoją karierę polityczną nie z powodu prorosyjskości, ale fatalnego stanu armii w najbiedniejszym państwie Unii Europejskiej.

Bułgarskie lawirowanie

Nie oznacza to oczywiście, że Radew nie wypowiadał się na tematy dotyczące Rosji w swojej kampanii wyborczej. Jak już wspomniano polityka zagraniczna nie odgrywała nigdy specjalnej roli w preferencjach bułgarskich wyborców, jednak sam prezydent zgodnie z ustawą zasadniczą ma w tej kwestii duże pole do popisu, stąd nie może uciec całkowicie od tej tematyki. Wojskowy szczególnie po pierwszej turze wyborów podkreślał, że nie jest przeciwnikiem NATO, a dla sojuszu „ryzykował swoje życie na co dzień”. Największe kontrowersje wzbudziła natomiast jego wypowiedź na temat Krymu. Radew zadeklarował bowiem, że Rosja na złamała na Krymie prawo międzynarodowe, ale „należy liczyć się z realiami”. Wypowiedź spotkała się z natychmiastową reakcją jednego z głównych krytyków Radewa jako kandydata na prezydenta, a więc szefa resortu spraw zagranicznych Danieła Mitowa. W programie telewizyjnym zarzucił on Radewowi, iż „przez takie postawy zaczęły się obie wojny światowe”, natomiast w kwestii sankcji Bułgaria powinna popierać obostrzenia wobec Rosji, aby bronić małych europejskich państw. Ponadto zaprezentowanie takiego stanowiska wśród innych przywódców miałoby oznaczać izolację Bułgarii na arenie międzynarodowej. Co ciekawe, wcześniej Mitow tłumaczył samą Caczewą, która w jednej z dyskusji telewizyjnych zajęła podobne stanowisko wobec Krymu, lecz miała je zmienić „po głębszym przeanalizowaniu sprawy”.

Dwa dni po polemice Mitowa z Radewem okazało się jednak, że rząd Borisowa nie jest w takich sprawach szczególnie zasadniczy. Premier poinformował, że podpisał porozumienie z Rosją w sprawie zakupu dziesięciu nowych silników do samolotów MiG-29 i wykupu licencji na remont już posiadanych części do myśliwców. Wcześniej rozmowy na ten temat prowadzono z Polską, jednak Borisow poinformował, iż nasz kraj nie ma żadnego udziału w zawartej umowie. Ten rozdźwięk między deklaracjami Borisowa i Mitowa jest charakterystyczny dla rządów bułgarskiej centroprawicy, która stara się lawirować między Brukselą i Moskwą. Najlepiej widać to po niezwykle ważnym dla Rosji projekcie gazociągu South Stream. Kiedy w połowie 2014 r. ówczesna lewicowa koalicja rządowa zatwierdziła wygrany przez Gazprom przetarg na budowę bułgarskiego odcinka inwestycji, Borisow zapowiadał, że po przejęciu władzy wycofa się z projektu. Kilka miesięcy później tak właśnie się stało, lecz już w tym roku Borisow ogłosił powołanie dwustronnej komisji na rzecz bułgarsko-rosyjskiej współpracy w kwestiach energetycznych. Z drugiej strony bułgarski rząd popierał dotychczas sankcje wobec Rosji choć od początku konfliktu na Ukrainie nie były one dobrze przyjmowane przez społeczeństwo.

W najbliższym czasie ważniejsze od lawirowania między Moskwą i Brukselą będzie jednak dla bułgarskiego społeczeństwa zażegnanie kryzysu politycznego, a następnie poprawa sytuacji gospodarczej kraju. Już w ubiegłym roku rząd przyznał, iż dotychczasowy model rozwoju ekonomicznego został wyczerpany, stąd kraj nie może polegać już na niskiej płacy minimalnej (dodatkowo najniższej wśród wszystkich państw unijnych), ale od tego czasu niewiele się zmieniło. Kolejne przyspieszone wybory parlamentarne będą natomiast oznaczać, iż Bułgarzy wybiorą swoich przedstawicieli do Zgromadzenia Narodowego po raz trzeci w ciągu niecałych czterech lat.

Marcin Ursyński



1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz