Wróć do Sorrento?

„I muszę z przyjemnością stwierdzić, że im dalej od miast, od głównych traktów, tym serdeczniej nas witano, tym goręcej oklaskiwano. A przyjęcia, na których nas po imprezie tak gościnnie częstowano bigosem, zsiadłym mlekiem, chlebem razowym, ciepłym jeszcze i pachnącym – czyż można porównać z jakimkolwiek balem na lśniącej posadzce, w powodzi świateł?”

Kiedy nieco ponad miesiąc temu narzekałem na to, że w naszej ojczyźnie nie szczególnie się przejęto 30-leciem śmierci jednej z najsłynniejszych na świecie naszych piosenkarek – Anny German, nie przypuszczałem nawet, że nasza TV zechce choć trochę naprawić to zaniedbanie. A jednak. 22 lutego wyemitowano pierwszy odcinek 10-częściowego serialu rosyjskiego „Anna German. Tajemnica Białego Anioła”. Jest zatem szansa, że i polscy wielbiciele jej talentu zobaczą również tę produkcję. Wypada mi raz jeszcze uderzyć się w pierś i powiedzieć, że tę smutną a ważną rocznicę dostrzegł też warszawski Instytut Wydawniczy Latarnik im. Zygmunta Kałużyńskiego wydając po raz kolejny jedyną, ale wspaniałą książkę wspomnieniową Anny German „Wróć do Sorrento?…moja historia”. Na swe liche usprawiedliwienie powiem tylko, że nie sposób śledzić wszystkiego co jest u nas drukowane, a przebić się do dobrej książki przez gąszcz Harrych Potterów, którzy na szczęście nie „zabijają własnych kotów”, Kalicińskich czy Bartoszewskich, którzy jak już stoją w witrynie księgarni to nie pojedynczo a całymi szeregami – wcale nie jest łatwo. Niniejszym nadrabiam jednak tę moją „gapowatość” i chciałbym napisać czytelnikom naszego portalu słów kilka o tej dobrej książce. A kieruję je głównie do tego pokolenia, które (jak moje) nie miało raczej szczęścia czytania jej w pierwszym wydaniu, ponieważ ukazało się ono w roku, kiedy nas jeszcze na świecie nie było i jak wieść historyczna niesie, książki zaczytywane były do białych kartek.

Ale oto jest kolejne wydanie w zgrabnej szacie graficznej i bardzo przystępnej cenie. Co ważne zawiera nie tylko sam tekst książki Anny, ale także wywiad z Mariuszem Walterem, przeprowadzony przez Tomasza Raczka, wstęp tegoż Raczka a także dodatki: Włoska prasa o Annie German w roku 1966 i kalendarium życia i pracy artystycznej piosenkarki.

Anna pisała tę książkę w czasie długiej, trzyletniej prawie rehabilitacji, po wypadku we Włoszech, który omal nie sprawił, że nasz Biały Anioł jeszcze bardziej przedwcześnie mógł trafić przed oblicze Najwyższego. Tak się jednak nie stało, i wiemy, że już po tym wypadku Anna nagrała jeszcze wiele piosenek, które okazały się przebojami i w Polsce i w ZSRR czy Włoszech, wydała też wiele płyt. Ale to było dopiero potem. Opisywana książka zawiera wspomnienia Anny w zasadzie od początku jej pracy artystycznej do czasu owego nieszczęśliwego wypadku i pobytu w szpitalu.

O Annie German napisano wiele, bardzo wiele, ale to nie zmienia faktu, że te wspomnienia są rzeczą najwartościowszą, bo pisane są przez nią samą i w okresie życia, który bezwzględnie zmuszał do refleksji nad własną egzystencją. Choć, jak to mówią „Bogiem a prawdą” wszyscy piszący o niej niewiele się pomylili w ocenie jej postaci. Ze wspomnień bowiem wyłania nam się postać taka trochę z innej bajki. Bez upiększania i idealizowania można śmiało powiedzieć, że nie bardzo przystająca nawet do ówczesnego świata, a gdyby dziś ją postawić na współczesnej estradzie, to w ogóle jakby była z innej planety. Nie tak „prowadzą się” dziś światowe gwiazdy, nie tak się zachowują, piszą, mówią, nie tak odnoszą się do pieniędzy, sławy, mediów, własnej urody, popularności, mężczyzn, blasku fleszy itd. nie tak!, nie tak! nie tak! Imaginujcie sobie drodzy czytelnicy światową gwiazdę, która chwali się taką oto „popularnością”: „Mój udział w programie, którego był reżyserem [Julian Krzywka, dyrektor Estrady Rzeszowskiej] przyniósł mi duże korzyści. Poznałam dobrze pracę w terenie, zasmakowałam w jej trudach i radościach. Z naszym programem docieraliśmy nawet do najodleglejszych PGR-ów województwa rzeszowskiego. I muszę z przyjemnością stwierdzić, że im dalej od miast, od głównych traktów, tym serdeczniej nas witano, tym goręcej oklaskiwano. A przyjęcia, na których nas po imprezie tak gościnnie częstowano bigosem, zsiadłym mlekiem, chlebem razowym, ciepłym jeszcze i pachnącym – czyż można porównać z jakimkolwiek balem na lśniącej posadzce, w powodzi świateł?” No przecież używając języka młodzieżowego – „to wiocha kompletna”. Albo, która z „gwiazd” śpiewająca w San Remo w taki sposób wzdychałaby za naszym „obciachowym podwórkiem”: „Dla mnie atmosfera panująca w czasie festiwalu opolskiego ma swoisty, niepowtarzalny urok. I to nie tylko w amfiteatrze, ale też na innych, mniejszych, towarzyszących festiwalowi imprezach odczuwa się ten sam ‘domowy’ nastrój. Może to przede wszystkim dlatego, że są sami swoi, że wszystko odbywa się na własnym podwórku, że śpiewa się tylko po polsku o naszych, obchodzących przede wszystkim nas – sprawach. Bo przecież nie ma gości przynoszących ze sobą powiew dalekiego świata, ciekawego, ale przecież obcego.”

Taką właśnie Annę German spotykamy na stronach jej wspomnień. Dziewczynę, która chce śpiewać, lubi to robić, jest to jej pasją i radością życia, a wszystko pozostałe – to dodatek. Widzimy też „zwykłą” kobietę z uroczym kobiecym bardzo patrzeniem na wiele spraw ale też i niesamowicie mądrą, myślącą i bardzo wrażliwą. Warto przytoczyć kilka fragmentów o tym świadczących.

Anna German, o czym może nie wszyscy wiedzą, ukończyła studia geologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim, który w owe czasy miał bardzo paskudnego patrona – Bolesława Bieruta, urodzonego w Rurach Jezuickich pod Lublinem (obecnie jego dzielnica) i będącego w młodości aktywnym ministrantem. Co się działo z nim potem przypominał nie będę. Ważne, że pojechał do Moskwy „w salonce a wrócił w jesionce”. Tak czy tak na Wydziale Nauk Przyrodniczych tego uniwersytetu, w roku 1962 Anna Wiktoria German otrzymała tytuł magistra geologii za pracę: „Zdjęcie geologiczne okolic Zatonia (Ustronie)”, która oceniona była na ocenę bardzo dobrą – zeskanowany dowód (dyplom ukończenia studiów) znajdą czytelnicy w książce. W zawodzie tym nie przepracowała Anna ani minuty. Stąd też nagabywano ją potem, po co to robiła. I tutaj przejawia się oryginalna „niedzisiejszość” piosenkarki: „Często słyszę pytanie: ‘Czy Pani nie żałuje studiów geologicznych?’…Otóż nie, to nie jest stracony czas. Przeciwnie, jestem bardzo zadowolona, że dane mi było choć przez chwilę zajrzeć do tej ciekawej księgi, jaką jest nauka o naszej ziemi. Pozwoliło mi to dostrzec i zrozumieć wiele spraw dotyczących życia na ziemi teraz i w minionych okresach geologicznych. Inne studia, bardziej przydatne dla mnie teraz, jak na przykład muzyka czy nawet malarstwo, nie wzbogaciłyby mego światopoglądu tak jak geologia.”

Albo inny cytat dotyczący stosunku Anny do zwierząt a raczej do tego jak się z nimi obchodzą ludzie: „Lubię zwierzęta i dlatego uważam, że cyrk jest jednym z najbardziej niegodnych wynalazków tych, którzy szczycą się zajmowaniem górnego szczebla na drabinie ewolucji. Zresztą tresura pozostaje wciąż jednym z najbardziej ulubionych zajęć człowieka. Kiedy nie ma pod ręką zwierzęcia – istoty nadającej się do tego celu ze względu na jej bezbronność – ludzie z upodobaniem tresują się wzajemnie. I robią to już od dawien dawna.”

Nie mniej interesująca jest jej refleksja o włoskiej „zachodniej” publiczności w San Remo. Nie powstydziłby się jej pewnie partyjny agitator, ale przekonany jestem, że motywacja Anny do napisania takich słów była diametralnie inna: „Może jeszcze kilka słów o publiczności. Przed koncertem, wchodząc do gmachu, ocierając się o kosztowne futra pań i smokingi panów – zastanawiałam się, czy w każdym przeciętnym domu włoskim wisi w szafie choć jedno takie futro i frak. Czy posiadanie tego wieczorowego płaszcza z trenem jest absolutnie nieodzowną życiową koniecznością. Czy brak tych ‘rekwizytów’ dyskwalifikuje, czy…

Okolicznością nie do ominięcia pozostaje jednak to, że tego wieczoru, jak i następnego, przyszli – przepraszam – zjechali na festiwal wyłącznie ci, którzy posiadali w swoich szafach niejedne frak i szynszyle.

Jak ogólnie wiadomo, nadmiar dobrobytu spowodować może w psychice posiadacza pewne daleko idące zmiany, z reguły niekorzystne w pojęciu normalnie (z pracy własnych rąk) bytujących ludzi.

Tym tłumaczyłem sobie dość duszną, ciężką atmosferę panującą na sali.”

Zupełnie inaczej wyglądała za to w jej oczach inna „publiczność” – dzieci, co też jest dowodem jej wielkiej wrażliwości. „Poszłam na brzeg morza zaczerpnąć trochę powietrza i odpocząć po trudach próby. Nawet nie zauważyłem kiedy znalazłam się w samym środku gromadki dzieci. Małe, większe, kilka nastolatków, a nawet jeden raczkujący obywatel, który dopiero po dłuższej chwili dobił do towarzystwa.

Dzieci są na całym świecie jednakowo urocze. Były zainteresowane festiwalem, uczestnikami, wykazywały przy tym doskonałą orientację w tych sprawach. Wiedziały, że jestem Polką (z gazet), gdyż po raz pierwszy w historii festiwali neapolitańskiej piosenki brała w nich udział cudzoziemka – Polka.

Chciały wiedzieć jak daleko od Ischii leży mój kraj, jaki jest i czy jest tak samo ciepłe morze. Dotykały moich włosów i cmokając dodawały: – Prawdziwe… Potem kiedy musiałam już odejść, odprowadziły mnie aż do bramy i żegnając mnie uśmiechem i uściskiem dłoni (wszystkim po kolei uścisnęłam powalane atramentem prawice), głośno życzyły powodzenia.”

Wspomnienia Anny napisane zostały też z dużą dozą humoru i dystansu do samej siebie. O włoskich karabinierach Anna pisze, że dzielili się na: „1. przystojnych, 2. bardzo przystojnych, 3. zniewalająco przystojnych”. Swą rezygnację z występów z zespołem Kalambur opisuje tak: „My kobiety bardzo rzadko robimy coś czysto i wyłącznie dla samej sprawy. Najczęściej za przejawem naszego działania kryje się mężczyzna, z miłości do niego dokonujemy tych wszystkich cudów zręczności, dyplomacji, odwagi (!) i poświęcenia. Dla niego zostajemy pilotem odrzutowca jeśli on lubi się bujać i oglądać chmury w zbliżeniu, dla niego udajemy z powodzeniem najgłupszą z istot – kurę domową – mimo, że pasjonuje nas cybernetyka. Ja takiego bodźca nie miałam (może stąd to zwycięstwo zdrowego rozsądku?) chociaż stać mnie na ‘skrzydlate porywy ducha’”.

I jeszcze może jeden fragment, dotyczący koncertu w Cannes, z którego sama Anna nie była zadowolona, jednak jak się okazuje komentatorzy okazali się mieć inne zdanie: „podobał się mój sposób śpiewana, a nawet … doszukano się podobieństwa do znanej aktorki filmowej, tzw. seksbomby. Po zastanowieniu się doszłam do wniosku, że zawdzięczam ten komplement (bo to miał być niewątpliwie bardzo miły komplement) długim, jasnym włosom i wzrostowi. Bo… głównego atrybutu pasującego tę aktorkę na seksbombę byłam niestety pozbawiona. Wprawdzie nie mogę narzekać – mam dobrze funkcjonującą diafragmę, a w związku z tym mam czym oddychać i … śpiewać, ale – przeciwna jestem wszelkiej przesadzie.”

Nie mniej ciekawe są refleksje Anny na temat tego, co dziś jest już w zasadzie nikogo specjalnie nie rażącą codziennością, czyli jak zaistnieć w show biznesie i jak nie dać o sobie zapomnieć. Doskonale obrazuje to fragment dotyczący zachowania włoskiej piosenkarki Dalidy, przyjaciółki Liuigiego Tenco, również włoskiego piosenkarza, który odebrał sobie życie w czasie festiwalu w San Remo. Anna pisze: „Kiedy po roku przeczytałam wywiad z Dalidą – rozczarowała mnie bardzo jej postawa. Gdyby ten wywiad ukazał się bezpośrednio po jego [Luigiego Tenco] śmierci – naturalnie, zrozumiałe byłyby te zwierzenia podyktowane rozpaczą po stracie ukochanej osoby. Niestety wywiad ten – zaopatrzony w liczne zdjęcia Dalidy z Luigim i opisy bardzo intymnych spraw, które ich łączyły – zabrzmiał czysto reklamowo. A przecież Dalida przeżyła po śmierci Tenco głębokie załamanie, depresję, próbowała targnąć się na życie. Nie występowała. Ale po okresie ciszy, jaki się wytworzył wokół Dalidy musiała znów za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę. Nawet za cenę bardzo osobistych i bolesnych wspomnień”. Jakaż ona była niedzisiejsza, a nawet „nieówczesna”.

Dopełnieniem wspomnień są liczne fotografie Anny. I choć wszystkie są czarno białe w niczym nie ujmują jej urodzie a dodatkowo sprawiają wrażenie, że czytając jej wspomnienia czytelnik jakby obcował z żywą osobą….

***

Artur Fedorowicz, bard i pieśniarz białoruski, kilka lat temu biorąc udział w rosyjskim programie typu:„Jak oni śpiewają” („Wielka różnica”), zaśpiewał piosenkę stylizowaną na W. Wysockiego „Ja nie liubliu”. Piosenka była refleksją „Wysockiego” na temat współczesnej rosyjskiej estrady (choć można ją spokojnie odnieść do chyba każdej europejskiej czy północnoamerykańskiej estrady – wszystkie są jak bliźniaczki). Jak łatwo się domyśleć współczesny „Władimir Siemionowicz” bardzo krytycznie był do owej estrady nastawiony. W piosence tej, która zresztą spotkała się z burzą oklasków ze strony widowni, Fedorowicz śpiewał o tym jak to widujemy na estradzie różne dziewczęta, które próbują zwrócić naszą uwagę wszystkim, tylko nie śpiewem (bo na śpiew im „napliewat,”), lub też inne glamurne dziewczęta, które przyjechały z odległych wiosek, z „zapałem” śpiewające o miłości. Wspomina w swej pieśni i o sprzedajnych paparazzi „gotowych matkę sprzedać za skandal”, aktorach zamawiających artykuły o sobie itd. „Wysocki”/Fedorowicz podsumowuje, że to zwyczajnie nieuczciwe, że nie można tak traktować słuchacza czy widza, że on by ta nie mógł. I w ostatnich słowach śpiewa „jak dobrze, że zdążyłem odejść właśnie takim”.

I jakkolwiek smutno by to nie zabrzmiało, to dobrze, że Anna German odeszła właśnie taką i że taką ją zapamiętamy.

Krzysztof Wojciechowski

Anna German, Wróć do Sorrento?… moja historia, Instytut Wydawniczy Latarnik, Warszawa 2012, ss. 240



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz