Wołyń i Polesie

„Kochamy te nasze dwory modrzewiowe o łamanych dachach, ukryte w gęstwinie krzewów i kwiecia, i te sady zarosłe, pełne pobrzęku pszczół i zapachu owoców”

Rzeszowskie wydawnictwo LIBRA PL urządziło miłośnikom „staroci” iści staropolską ucztę, obfitszą niż wigilijna, bo … „czternastodaniową”. Podjęło się bowiem przedrukowania przedwojennych albumów „Polska w krajobrazie i zabytkach”. Seria takich albumów została wydana w okresie międzywojennym i obejmowała cały kraj. Dla miłośników Kresów najciekawsze, rzecz jasna, będą tylko niektóre tomy, a ściślej od I do V: Lwów i województwo lwowskie, Województwo stanisławowskie i tarnopolskie, Wołyń i Polesie, Wilno i Województwo wileńskie i nowogródzkie. Również w tomie X: Województwo lubelskie i białostockie, znajdzie miłośnik Kresów ciekawe fotografie np. z Grodna. Jednak seria ta interesująca jest nie tylko dla kresolubów, także miłośnicy innych części Polski znajdą w niej coś dla siebie, bo nie ma takiego zakątka naszej ojczyzny, który nie zmieniłby się, niekiedy bardzo drastycznie, w ciągu ostatnich 80-ciu lat. Cała seria zawiera fotografie mistrzów tej sztuki okresu międzywojennego, tej klasy co J. Bułhak, uzupełnione opisami takich mistrzów słowa, jak A. Janowski, M. Orłowicz, czy J. Ejsmond. Można traktować ją jako swego rodzaju dopełnienie innej, cennej ale bardziej tekstowej serii „Cuda Polski” również wydawanej w okresie międzywojennym a obecnie z wielką pieczołowitością przedrukowywanej przez Wydawnictwo LTW.

Zatrzymajmy się przy tomie dotyczącym chyba najbardziej kresowych i egzotycznych krain – Wołynia i Polesia. W oryginale to tom XII, „u LIBRY” – III. Te dwie krainy, położone centralnie na Kresach i w pewnych częściach do siebie podobne połączono w jednym tomie. Zawiera on skrócone, kilkustronicowe opisy obu tych krain (tutaj potraktowanych w granicach administracyjnych), ze szczególnym zwróceniem uwagi na to co w nich polskie. Czytelnik zapozna się z historią Wołynia i Polesia, geografią obu ziem oraz ciekawymi miejscami.

Najpierw Wołyń, ta kraina brzemienna historycznymi zabytkami, pięknymi krajobrazami, bardzo zróżnicowana. A przede wszystkim wielka. Dr Mieczysław Orłowicz zwraca uwagę we wstępie do wołyńskiej części albumu, że niektóre powiaty na Wołyniu (np. kowelski) powierzchniowo większe były od województwa śląskiego. Opisy zawarte we wspomnianym wstępie zwykle zachęcają do zwiedzania wołyńskich miast i miasteczek, a czasami … wręcz odwrotnie: „Największym miastem Wołynia jest Równe, z 70 000 mieszkańców. Jednakże turyści, którzy nie zobaczą tego miasta stracą niewiele. Zabudowane jest brzydko i bezplanowo, posiada jedyny godny uwagi zabytek, którym są ruiny spalonego w 1917 r. pałacu Lubomirskich”. Wołyńskie perły, pozostają jednak poza krytyką czy złośliwością wielkiego krajoznawcy: „Krzemieniec należy do najpiękniej położonych miast nie tylko na Wołyniu, ale i w całej Polsce…. Prześliczny jest widok na miasto, położone w głębokim jarze, z Góry Bony. Chyba tylko Zaleszczyki mogą się w Polsce pochwalić podobnym pięknym widokiem z góry.” Po wstępie następuje część fotograficzna podróży po Wołyniu. Ale i tutaj nie są to li tylko same fotografie z krótkim podpisem. Nie! Opisy pod niektórymi zdjęciami zajmują niemal pół strony A4. Podróżujemy zatem po ulicach przedwojennego Wiśniowca, Krzemieńca, Ostroga, Łucka, pielgrzymujemy do Poczajowskiej Ławry, zwiedzamy ruiny zamków w Korcu czy Hubkowie, odwiedzamy robotników kujących bazalt w Janowej Dolinie, podziwiamy zamek w Dubnie i Ołyce (w tej ostatniej także piękną kolegiatę). Ta fotograficzna podróż po przedwojennych Kresach, jest szczególnie cenna dla tych, którzy i dziś jeżdżą na te tereny. Człowiek wówczas rozpoznaje znajome miejsca, jest w stanie określić czy coś się zmieniło i w jakiej skali. Czasami zdarza się nawet, że współczesne fotografie są niemal identycznie wykadrowane jak przedwojenne. Wówczas mamy doskonały materiał do porównania (mnie się tak udało w odniesieniu do Baszty Styrowej na łuckim zamku).

Nie mniej wciągająca jest część poleska. To również olbrzymi teren, powiatów większych od woj. śląskiego było tam trzy: łuniniecki, stoliński i piński. Polesie to „ziemia, gdzie czas zda się tak wolno płynąć, jak jej liczne, kręte rzeki, które, niby w bezruchu, w dal bezdźwięczną wody swe toczą.” – pisze Jerzy Siennicki we wstępie do tej części albumu. W nim możemy przeczytać o historii Polesia i ruszyć na foto-wędrówkę po nim zaczynając od „Bramy Polesia” czyli Brześcia nad Bugiem. Zamków na Polesiu mniej, za to możemy odszukać zatopione w poleskiej przyrodzie dworki, kościoły, cerkwie. Najcenniejsze rzecz jasna są fotografie tych obiektów, których już nie ma. A są to piękne dwory i rezydencje, jak dwór Skirmunttów w Mołodowie czy Jagminów w Wistyczach. Ale są to także utrwalone na tych czarno-białych fotografiach kryte strzechą wiejskie chałupy w Ostromyczewie czy Rudawcu. Jest to też unikalna fotografia zabudowy podcieniowej na rynku w Kamieńcu, który „na skutek licznych zawieruch wojennych zszedł do rzędu lichych mieścin”. Polesie to jednak przede wszystkim przyroda – i tej nie zabrakło w albumie: bagna, łąki, rzeki, zamierające od nadmiaru wody lasy patrzą na nas z kart albumu. No i oczyliście ludzie, dzieci tej ziemi – Poleszucy. Chyba najbardziej wymowną jest olbrzymia fotografia „słynnego” jarmarku na wodzie w Pińsku. Patrząc na nią zda się, że człowiek słyszy te krzyki, gwar, pluskanie wioseł, kwik prosiaków, rżenie koni, i pomieszanie ludzkich głosów, poleskiej gwary tutejszych, żydowskiego szwargotu, polskiej mowy, czy słynnego pińskiego: „A skul czełowik?”, „Ja ne czełowik, ja pinczuk!”.

Tutaj znów współcześni kresowi podróżnicy maja pole do popisu. Jestem pewnie jednym z licznych posiadaczy zdjęcia dawnego klasztoru jezuitów w Pińsku. Przykładając je do starej fotografii tego obiektu widzimy, że na lewo od niego nie ma już dziś dwóch wysokich wież jezuickiego kościoła p.w. Najświętszej Marii Panny. A obiekt ot był słynny. Nie tylko ze swej pięknej, XVII-wiecznej bryły, ale też i z domniemanego…cudu. To z jednej z tych wież miał podobno spadać robotnik, w momencie, kiedy przechodził obok braciszek słynący z czynienia cudów. Pech jednak chciał, że przełożeni zakazali mu tego, a tymczasem spadający widząc braciszka woła o pomoc. Ów mówi: „Zaczekaj, muszę zapytać przełożonego czy pozwoli mi jeszcze tym razem uczynić cud”. I spadający „zaczekał” w powietrzu (było to zdaje się preludium do słynnych scen z filmu „Matrix”). Przełożony pozwolił, braciszek cud uczynił, robotnik ocalał, nie wiadomo tylko czy zacny mnich opuścił go na piński bruk, czy wyniósł z powrotem na wieżę. Tak czy tak kościół nie ocalał. Podobno jedne z nielicznych „powitalnych” strzałów, jakimi przywitano „czerwonych oswobodzicieli” we wrześniu 1939 r. padły właśnie z jego wież. Ci zaś miłośnicy „równości i tolerancji” zaczęli niszczyć go już w czasie wojny – dokończyli za Chruszczowa. Dziś kościół p.w. NMP możemy podziwiać tylko na przedwojennych fotografiach.

***

Bardzo ważnym zadaniem publikacji typu omawianego albumu była ich rola wychowawcza, kształtująca patriotyzm i wzbudzająca miłość do swojej ziemi ojczystej. W „Słowie od wydawcy” cytowany jest pomysłodawca serii, prof. Włodzimierz Dzwonkowski: „Nie ma zaiste narodu, który by ukochał swą ziemię ojczystą bardziej niż naród polski. Nie prześcignie nas pod tym względem Francuz, Włoch ani Niemiec. Kochamy te nasze dwory modrzewiowe o łamanych dachach, ukryte w gęstwinie krzewów i kwiecia, i te sady zarosłe, pełne pobrzęku pszczół i zapachu owoców; kochamy te ścieżki miękkie na kobiercu murawy, wijące się wśród wierzb płaczących i leszczyny nad brzegami ruczajów, i toń jeziora, przeciętego srebrzystą smugą księżyca, i daleki głos sygnaturki wzywającej na Anioł Pański. Każda piędź tej ziemi przepojona jest krwią jej obrońców i związana z dziejowych wspomnień bezkresnym korowodem”. Mnie natomiast przypominają się słowa nestora polskiego krajoznawstwa, Aleksandra Janowskiego, zapisane w wydanej przed 90-ciu laty „Naszej Ojczyźnie” (nie mogę zrozumieć czemu żadne z tak licznych u nas wydawnictw i jeszcze liczniejszych towarzystw turystyczno-krajoznawczych nie wydrukowało jeszcze reprintu tej genialnej pracy, dziś prawie nieosiągalnej). Janowski pisał w niej tak: „Chcąc ziemie swoja i lud swój ukochać trzeba najpierw poznać i ziemię i lud. Wtedy tysięczne nici miłości oplotą Twe serce, i z każdą grudką ziemi, z każdym drzewem i ptakiem, z każdym strumieniem i chatą, z każdym człowiekiem w Polsce będziesz związany nicią ukochaną.”

Trudno mi dziś wyobrazić sobie wstęp do jakiegokolwiek przewodnika i albumu brzmiący podobnie jak słowa prof. Dzwonkowskiego. Jego autor w najlepszym wypadku zostałby ośmieszony jako ten, który pisze ze staroświeckim patosem – w najgorszym przypadku zostałby oskarżony o nacjonalizm. Słowo „naród” jest tutaj najlepszym „dowodem” (i proszę się nie śmiać, sam już kilka razy takie zarzuty i na takiej „podstawie” słyszałem). A sama publikacja zapewne otrzymałby „właściwą” recenzję w wysokonakładowej gazecie. Tak sobie czasem myślę: dokąd doszliśmy? Gdzie jesteśmy? skoro patriota, miłośnik swego kraju musi się tego wstydzić, kryć z tym, uważać co pisze – jak za jakichś zaborów czy okupacji. Wiem, nie tutaj, nie na tym portalu, ale spróbujcie, drodzy Czytelnicy, wyjść z tego „getta” i to w realny, a nie wirtualny, facebookowy świat. Spróbujcie mówić „otwartym tekstem” studentom, czy innym młodym „inteligentom”, o tym, że kochacie tę ziemię, że wam się podoba, że czujecie się tutejszym. Spróbujcie – jeśli macie odwagę!

Ale tej odwagi właśnie trzeba. I właśnie dziś. Nie ma zaborów, nie ma okupacji, czasy są inne „a jakby takie same” – że znów zacytuję mojego ulubionego ks. Antoniego. Dziś tak jak kiedyś trzeba wpajać młodym, że Polska i polskość to nie jest żadne brzemię, mit, bolesny temat czy nienormalność. Aby nie mogły zaistnieć opinie podobne tej: „Polska to nienormalność – takie skojarzenie nasuwa mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać. Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski, z tej ziemi konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem” – kto wie, ten wie, co za „klasyk” tak napisał. Trzeba uświadamiać młodym, że historia to nie obciążenie, a nauczycielka życia, tylko trzeba chcieć ją znać i uczyć się od niej. Bo to nie krew przodków winna jest temu co dziś mamy. Oni walczyli i oddawali życie za kraj sprawiedliwy i przyjazny dla wszystkich jego obywateli. To, że zdarza się, że rządzą nami czasem krętacze to też nie wina przodków, ale nasza, bo to my ich wybieraliśmy, to my przymykamy oczy na ich krętactwa, albo i sami w nich uczestniczymy. A już najmniej winna temu wszystkiemu jest ta ziemia, która nas wszystkich nosi i obdarza swoim pięknem.

Tego wszystkiego trzeba uczyć. Wierzę, że takie wydawnictwa jak seria albumów „Przedwojenna Polska w krajobrazie i zabytkach” pomogą nam w tym.

Krzysztof Wojciechowski

Przedwojenna Polska w krajobrazie i zabytkach. Wołyń i Polesie. T. III, LIBRA PL, Rzeszów 2012.



2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz