Ucieczka z Sybiru

„Jednakże szczerze mówiąc to Sybir nie jest taki straszny. Najbardziej straszne jest to słowo. W słowie tym słyszy się głuchy brzęk łańcucha, kajdan, dźwięki męczeństwa naszych praojców.”

Wspomnień z pobytu naszych rodaków na syberyjskim zesłaniu nie brak w ojczystej literaturze. Wielu z tych, którym udało się przeżyć zsyłkę zapisało dla potomnych „wrażenia” z pobytu tam. Jeszcze więcej może takich wspomnień nigdy nie zostało opublikowanych, a żyją gdzieś w naszych rodzinnych przekazach, bo niewiele było polskich rodzin zwłaszcza na Kresach, które by tego „dobrodziejstwa sowieckiego” nie zaznały. Ze wspomnień mojej prababci, Wołyniaczki, wyłania się obraz trudnego życia w zimnym, nieprzyjaznym klimacie, gdzie z ziemniaków sadziło się jedynie kiełki a one same wyrastały do wielkości orzechów włoskich, gdzie trzeba było sprzedać ślubną obrączkę za ćwiartkę chleba, a zmarłą grzebać w sukni podartej na pasy, „bo odkopali i zdjęli”.

Do całego tego bogatego zasoby publikowanych i niepublikowanych wspomnień rzeszowskie wydawnictwo LIBRA PL dodało w roku ubiegłym jeszcze jedną pozycję. Tytuł jest rzec by można banalny (bo też i jak można „oryginalnie” zatytułować wspomnienia z Syberii) – „Ucieczka z Sybiru”. Ważniejszy jest jednak podtytuł: „Z miłości do dziecka”. Mało komu udało się uciec z Syberii inaczej niż z Armią Andersa, a już w ogóle mało komu udało się uciec na tereny przedwojennej RP. Władysława Pawłowska tego dokonała. A wszystko z miłości do dziecka właśnie. Ale po kolei.

Młoda i rezolutna panna Władysława Muller niedługo przed wojną wyszła za mąż za porucznika 22 Pułku Ułanów Podkarpackich Jana Pawłowskiego. Małżeństwo było udane, bo z miłości. Panna Władysława wybrała swego kawalera wbrew rodzicom, ale zgodnie z głosem serca. Młodzi cieszyli się sobą a wkrótce też swym pierworodnym – Jędrusiem. Szczęście rodzinne nie trwało jednak długo bo nadszedł okrutny 1 września 1939 a potem jeszcze okrutniejszy dla nich 17 września. W następstwie tego tragicznego dnia Jan znalazł się w Kozielsku, Władysława zaś jako żona oficera polskiego wywieziona została przez Sowietów daleko na wschód do Liniejewki pod Pietropawłowskiem. Trafiłaby tam zapewne z synkiem, ale kiedy ją zabierali udało jej się ukryć dziecko pod poduszkami. Uczyniła to aby ocalić dziecko od syberyjskiej gehenny. Co jej się i udało, ale uczynek ten był też bezpośrednią przyczyną jej późniejszej ucieczki z tejże Syberii. Silny instynkt macierzyński nie pozwolił jej wytrwać długo w oddaleniu od swojego ukochanego synka.

Prezentowana książka składa się z trzech części. Część pierwsza stanowią wspomnienia z ucieczki z Syberii spisane przez samą Władysławę Pawłowską. Liczącą tysiące kilometrów drogę przebyła w większości pociągiem, ale ostatni jej odcinek – zakończony niestety aresztowaniem, na własnych nogach. Ze wspomnień tych poza rzeczą oczywistą – olbrzymią tęsknotą, która gna cierpiącą matkę tysiące kilometrów do swego dziecka – wyczytać można kilka charakterystycznych rzeczy. Pierwsze, to olbrzymia, bezmierna praktycznie wiara Władzi i ufność Bożej Opatrzności. Przez całą pełną niebezpieczeństw drogę Władzia modli się: w chwilach trudnych ale i w radości, w prośbie i w dziękczynieniu. Modli się nawet za oprawcę, który jednak darował jej wolność. Wiara ta daje nadzieję i Władzi i tym, którzy przebywają z nią, np. więźniarkom w więzieniu w Płoskirowie, nadzieję, która nie porzuca jej nawet w najcięższy czas w tymże więzieniu w czasie wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej (wiemy co robiło NKWD z więźniami, których nie udało się ewakuować).

Paradoksalnie może, ale w te trudne czasy ukazuje się też w całej pełni dobroć ludzka. Uciekając z Sybiru Władzia co i rusz spotyka na swojej drodze ludzi kierowanych współczuciem dla młodej uciekinierki. Często są to osoby, które trudno by podejrzewać o takie uczucia, np. młody komunista. Jadąc przez całą Rosję Sowiecką spotyka takich osób wiele, szczególnie zaś na radzieckiej Ukrainie – Władzia podkreśla to wielokrotnie w swoich wspomnieniach. Boleśnie kontrastuje na tym tle strach własnych rodaków spod Ostroga, przed pomocą umęczonej uciekinierce….

Część drugą książki stanowi historia rodziny Jana i Władysławy Pawłowskich spisana przez Małgorzatę Jarosińską. Tutaj otrzymujemy syntetyczny, chronologicznie uporządkowany, ale pisany ciekawym językiem życiorys małżeństwa ich rodziców i potomków.

Najciekawszą moim zdaniem, bo najbardziej oryginalną, jest część trzecia książki – Listy Władzi i Janka. Tych drugich jest zaledwie dwa. Janek pisze z Kozielska, aby troszczyli się o siebie i wyjeżdżali jak najszybciej do rodziców do Leżajska, pod okupację niemiecką. Szczególnie wymowne dziś jest zdanie: „Władzieńko, staraj się zachować moje rzeczy, gdyż na pewno się przydadzą.”…

Bardzo ciekawą lekturę stanowią listy Władzi z zesłania. Tym cenniejszą, że pisaną na bieżąco, nie są to już przetworzone przez czas i pamięć wspomnienia pisane przez Władysławę w latach 1980-tych, ale swego rodzaju relacja na bieżąco. Tutaj także wyróżnić można kilka ich cech. Przede wszytki uwagę zwraca opis samego zesłania. Bez patosu, tragedii, a niekiedy wręcz z humorem. Władzia pisze do rodziny: „Jednakże szczerze mówiąc to Sybir nie jest taki straszny. Najbardziej straszne jest to słowo. W słowie tym słyszy się głuchy brzęk łańcucha, kajdan, dźwięki męczeństwa naszych praojców. Sybir to obraz tysięcy biednych istot gnanych w śnieżną dal, kibitki i postacie żołdaków z pikami, to obraz przeszłości. Teraz okres motoryzacji i komfortu, człowiek zajechał aż tu, wieziono go w wozach, jak lepszy gatunek bydła.” Warunki bytowania na Syberii oczywiście dalekie są od tych, do których przywykła młoda porucznikowa, ale jako osoba rezolutna, samodzielna i zaradna potrafi się przystosować do wszystkiego. Traktuje tę swoją nowo sytuację z dystansem i poczuciem humoru: „Już dawno wyzbyłyśmy się tego przesądu, że woda na herbatę ma być przegotowana, też zachcianki pańskie. Pijemy napitok często i szalenie nam smakuje.” O nowej pracy pisze: „Byłam już osiem dni w pracy z widłami przy słomie na stepie, sadziłam ziemniaki, a trzy dni ostatnie do wczoraj przy nawozie. Układaliśmy na fury gnój, z którego robi się opał. Na jednej olbrzymiej kopicy pięknie wyglądałyśmy z tutejszymi kołchoźnicami…. śmiejemy się przy tym, a pracujemy tak jak wszyscy inni. Powiadam Wam Kochani stoi człowiek po kostki boso na gnoju, widłami wymachuje jak chłop i siły Pan Bóg daje, że sama pojąć nie mogę skąd tyle mam…” I dalej „Okazuje się, że dobrze umiemy to robić, no ale gdyby mi był kto powiedział, że umiem dobrze naładować gnój, to bym go wyśmiała. Okazuje się jednak, że ma człowiek wrodzony talent.” O brygadzie, do której została przydzielona pisze: „Bardzo jesteśmy zadowolone, że jesteśmy w drugiej brygadzie, bo gdybyśmy były w pierwszej, mogłaby nam przyjść ochota zaśpiewać ‘My pierwsza brygada’ i jeszcze by człowieka na Sybir powieźli.”

Bez wątpienia podobnie jak w czasie ucieczki tak i w czasie pobytu na Syberii siłę do przetrwania rozłąki z bliskimi daje jej przede wszystkim wiara, głęboka, niezmącona, ufna i nie słabnąca nawet w warunkach ateistycznej sowieckiej rzeczywistości. „My tu nie mamy księży, kościołów, choć nie możemy Najświętszym Sakramentem łączyć się z Bogiem, bliżej Boga jesteśmy niż kiedykolwiek. Wiara nasza silniejsza niż kiedykolwiek, tak się czujemy dobrze, kiedy wieczorem lub rano klękamy razem do modlitwy. Wiemy, że Matka Najświętsza schodzi na chwilę do tej chaty syberyjskiej, z przesłodkim uśmiechem na cudnej twarzy, pochyla się nad nami, kładzie nam dłoń swą przenajświętszą na stroskanych czołach naszych, słucha naszych próśb i szepcze słodko: ‘Nie płacz dziecino, choć cię pali ból, Maryja, twa Matka, pod płaszcz się mój tul’. Pojąć nie mogę jak można żyć bez wiary. Strasznie to nieszczęśliwi ludzie, którzy nie wierzą.” Podporą są jej także ludzie. Również na Syberii spotyka uczciwych, dobrych ludzi, jak choćby Niemców, u których została zakwaterowana, Rosjan czy naszych rodaków: „Tu żyje dużo Polaków przesiedlonych niedawno z Ukrainy, serce rośnie jak z nimi się rozmawia, takich patriotów u nas nie było. Jak przykro, że nawet my żyjąc tyle ta tam, nie mieliśmy pojęcia, że tu żyją i cierpią.”

Ważnym motywem przewijającym się w listach jest oczywiście wspomnienie męża i głęboka można rzec uporczywa wiara w to, że żyje, „ale nie wolno im pisać”. W każdym, niema liście powtarza się ta tęsknota i wiara, że Janek gdzieś tam jest, że podobno niedaleko, tylko 350 km ode mnie, że była tu jedna, której mąż tam był i napisał, więc ona czeka na informację od niego, a jeśli ją już dostanie, to jak najszybciej poinformuje rodzinę, a gdyby to rodzina dostała pierwsza to oczywiście informować ją, że już niedługo się spotkają z nim i z synkiem i będą to wszystko wspominać jak zły sen. I tak niemal w każdym liście. Tak naprawdę najbardziej bolesne są dla czytelnika te właśnie fragmenty listów Władzi, kiedy człowiek ma świadomość, że nie spotka się ze swoim mężem już nigdy!!! Bo on leżał już z przestrzeloną czaszką w katyńskim dole, kiedy ją wieźli na Sybir…

I to najważniejsze w listach Władzi, co, Bogu dzięki zakończyło się szczęśliwie – miłość do syna i tęsknota za nim. Bez obrazy młodej matki można powiedzieć, że wręcz wariuje z tęsknoty za swoim maleńkim Jędrusiem. W listach nazywa go najczulszymi słowami, pisze, że jest „moim wszystkim na świecie”. „Miota się” pisząc raz, że skoro nie jest tu tak źle, to żałuje, że nie ma go przy sobie, że zatroszczyła by się o niego prawdziwie po matczynemu. To znów dziękuje Bogu, że spuścił zasłonę na oczy enkawudzistów, że nie dojrzeli dziecka w łóżku i mogło zostać w domu z dziadkami, bo co on by tu robił z nią na Syberii, zachorowałby, zamarzł biedaczyna. Pisze o szczęśliwych dniach, które jeszcze wspólnie przeżyją z synem i jego ojcem, kiedy będą go wychowywać opowiadać mu o pięknej ale surowej dla nas Syberii. Ofiarowuje wszystkie cierpienia dla jego lepszej przyszłości. Wysyła mu co może jako wyraz swej olbrzymiej troski. W końcu nie wytrzymując już tej rozłąki decyduje się na tak karkołomny krok jakim jest ucieczka przez kilka tysięcy kilometrów obcego, wrogiego terenu do domu, do dziecka. Nie bacząc na przeciwności, na ryzyko tego, że może nawet stracić życie. Znowuż bez obrazy, ale przyrodnikowi, jak niżej podpisany, przypomina to sytuację, z którą nie raz miał doczynienia w świecie zwierząt, kiedy samica w obronie swych młodych dokonywała cudów poświęcenia, samiczka miniaturowej pokrzewki, która atakuje zbliżającego się do gniazda człowieka – przecież to jest atak kamikadze, locha, czy niedźwiedzica, która może zabić człowieka, który zagrozi jej młodym, samice sów, które również rzucają się na intruza, który przewyższa je masą 100-krotnie. Bo na takie uczucie stać tylko matkę.

***

I na koniec, (będzie, że znów się czepiam, ale taką mam naturę) w sposób szczególny chciałbym dedykować tę książkę Katarzynie W., Marii Czubaszek, prof. Magdalenie Środzie, Kazimierze Szczuce i kilku jeszcze innym znanym Paniom, której najprawdopodobniej nie zaznały takiej miłości matczynej jak mały Jędruś, skoro takie głupoty robią i wygadują publicznie. Sądzę też, że gdyby nasze media zafundowały nam „serial” w oparciu o wspomnienia Władysławy Pawłowskiej miast smutnego cyrku z Katarzyną W. i podstarzałym Bondem w roli głównej, to byłoby to o wiele bardziej pożyteczne społecznie.

Krzysztof Wojciechowski

Władysława Pałowska, Ucieczka z Sybiru. Z miłości do dziecka, Libra PL, Rzeszów 2012, ss. 201



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz