Nawet jeśli scenariusz nuklearnego uderzenia na Polskę nie jest najbardziej prawdopodobnym ze wszystkich możliwych wariantów rozwoju wypadków, to jest on wystarczająco prawdopodobny, by traktować go ze śmiertelną powagą. Z całą pewnością jest on dziś o wiele bardziej prawdopodobnym scenariuszem niż perspektywa rosyjskiej inwazji i okupacji, którą od dwóch lat straszą nas rodzimi panikarze i której całkowicie podporządkowana została główna oś polskiej polityki zagranicznej.

W sytuacji, w której politykę zagraniczną powierzyliśmy osobom przejawiającym jawne skłonności samobójcze, nazywanie Rosji największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Polski jest równie niedorzeczne, co twierdzenie, że piekarniki, zamrażarki czy żelazka są największymi nieprzyjaciółmi mieszkańców przeciętnego gospodarstwa domowego. Nie ulega żadnej wątpliwości, że poprzez nieumiejętne obchodzenie się z tymi urządzeniami można wyrządzić sobie i bliźnim poważną krzywdę. Podobnie jest w przypadku polityki zagranicznej. Nie umniejszając w niczym wagi zagrożeń zewnętrznych, uprawianie polityki zagranicznej w sposób niezgodny z instrukcją, tj. sprzeczny z samą naturą relacji międzynarodowych, prędzej czy później okaże się równie zgubne, co nawyk wkładania palców do gniazdka elektrycznego. Jest oczywiste, że człowiek przejawiający inklinację do podobnych zachowań z reguły stanowi dla siebie o wiele większe zagrożenie niż którykolwiek z jego sąsiadów, niechby nawet najbardziej grubiańskich i nieuprzejmych. I tak, dla przykładu, państwo, które z własnej i nie przymuszonej woli decyduje się pełnić rolę żywej tarczy (lub żywej flanki) w ewentualnym konflikcie pomiędzy większymi graczami, ma prawo ulegać wrażeniu, że największym zagrożeniem dla jego bezpieczeństwa są pociski właśnie w ową tarczę wycelowane. Dokładnie na tej samej zasadzie człowiek uważający się za kurczaka (o którym kiedyś już wspominałem)za największe zagrożenie będzie uważać rolnika z siekierą, podczas gdy na to samo zagadnienie zgoła odmiennie spoglądać będą jego lekarze.

W polskiej debacie publicznej przyznawanie racji lekarzom odbierane bywa zwykle jako przejaw nielojalności względem pacjenta. Prawdziwy przyjaciel, słyszy się w prawicowych mediach, powinien sam przyłączyć się do „zabawy”, powinien sam zacząć gdakać, wysiadywać i zapaskudzać obejście, zamiast lękliwie dzwonić na pogotowie. Analogicznie, prawdziwy patriota powinien winszować Ojczyźnie miana flanki, powinien gratulować obecności obcych wojsk na jej terytorium i chwalić budowę celu nuklearnego uderzenia w Redzikowie, a nie złośliwie wyśmiewać naiwność własnego rządu i małodusznie umniejszać jego ewidentne dokonania. Takiego właśnie urzędowego optymizmu patriotycznie rezonujące elity domagają się od każdego Polaka nie od dziś.Bywało i tak, że za brak tego afirmatywnego nastawienia władze wsadzały ludzi do więzienia, jak to miało miejsce przed wojną w przypadku nieznośnego pesymisty i malkontenta Stanisława Cata-Mackiewicza. Wspominam o tym, bo okoliczności, w których się to wówczas dokonało niepokojąco przypominają obecne. W powietrzu unosi się dziś ten sam szpitalny zapach zwiastujący zwykle epifanię Napoleonów, Elvisów czy kurczaków.

Jeśli, mimo tej przygnębiającej aury, zależy nam jeszcze na zachowaniu zdrowych zmysłów, powinniśmy niedowierzać hurrapatriotycznym eksklamacjom i ekstatycznym zapewnieniom naszych polityków o uzyskanym właśnie bezpieczeństwie. Starajmy się raczej przyglądać surowym faktom, te zaś mają się następująco: tarcza antyrakietowa nie ma żadnego militarnego znaczenia dla bezpieczeństwa naszego kraju, poza tym prostym faktem, że czyni z Polski najoczywistszy cel ewentualnego rosyjskiego uderzenia nuklearnego. Instalacje powstające w Redzikowie, wbrew amerykańskiej propagandzie, która u nas nie napotyka żadnego intelektualnego oporu (i to mimo wszechobecności rosyjskiej agentury), bezpośrednio zagrażają nie tyle Rosji (jak mogłoby wynikać z niektórych komunikatów Kremla), co konstruowanej pieczołowicie od dziesiątek lat równowadze, polegającej na możliwości dokonania wzajemnego holocaustu przez dwa największe mocarstwa nuklearne (tzw. doktryna Wzajemnego Zagwarantowanego Zniszczenia, Mutual Assured Destruction, Взаимное гарантированное уничтожение). Tym właśnie jest utrzymująca się na planecie słynna „równowaga strachu”, jak dotychczas skutecznie uniemożliwiająca wybuch kolejnej wojny światowej. Wbrew enuncjacjom Waszyngtonu i Warszawy, rakiety przechwytujące, wystrzeliwane z naszego terytorium służyć mają w pierwszej kolejności, jeśli nie wyłącznie, do neutralizacji rosyjskiego potencjału nuklearnego. W ten dyskretny sposób atomowa równowaga ulegnie zachwianiu. W pewnym momencie dzięki „polskiej” tarczy, USA będą w stanie bezkarnie zagrozić Rosji, która straci tym samym status nuklearnego supermocarstwa w relacjach z Waszyngtonem. „Wy będziecie się od tej pory bać nas” – mówią Amerykanie – „ale my już się was więcej bać nie będziemy”. Istnieje wiele możliwych scenariuszy, opisujących zachowanie Kremla w zaistniałej sytuacji. Najbardziej optymistyczny dla nas wariant zakłada faktyczną kapitulację rosyjskich elit, które, mimo wojowniczej retoryki i ostrzegawczych posunięć, nie odważą się jednak zrobić niczego „głupiego” i nie zaryzykują przeprowadzenia scenariusza opisanego w rosyjskiej doktrynie obronnej. Będzie to oznaczać zgodę Rosji na swój nierównoprawny status we wzajemnych relacjach. W ten sposób Opatrzność poraz kolejny wynagrodziłaby nam niedobory naszego politycznego rozumu.

„Najbardziej optymistyczny dla nas” nie oznacza jednak wcale „najbardziej prawdopodobny”. Putin nie musi bowiem niszczyć świata, by przeciwstawić się amerykańskim planom nuklearnej supremacji, wystarczy, że zniszczy jakąś małą miejscowość w Polsce, dajmy na to Redzikowo. Zamienienie powiatu słupskiego w radioaktywną zonę nie doprowadzi wcale do wybuchu trzeciej wojny światowej, jak chcą niektórzy obserwatorzy. Fakt ten oznaczać będzie wyłącznie, że jako kraj spełniliśmy przewidzianą dla nas w amerykańskiej doktrynie obronnej funkcję „flanki”. Flanki służą do odstrzeliwania – zbyt często zapominają o tym nasi natchnieni mężowie stanu.

Krok taki, rzecz jasna, spotkałby się z natychmiastową, symetryczną odpowiedzią Stanów Zjednoczonych. Być może „nukiem” oberwałaby Białoruś, być może rosyjska baza wojskowa w Syrii, być może jeszcze ktoś inny. Bardzo wątpliwe jednak by celem amerykańskiego kontruderzenia stała się sama Federacja Rosyjska. Mocarstwa dążyłyby do deeskalacji i z tego powodu ograniczyłyby się wyłącznie do wzajemnego ostrzelania własnych „flank”. Z punktu widzenia Rosji najważniejsza będzie sama nuklearna demonstracja swojego mocarstwowego statusu, dzięki której amerykańskie plany zostałyby udaremnione a w naszej galaktyce zostałaby przywrócona równowaga atomowej mocy. Z tych właśnie względów (oraz z powodu ogromnej dysproporcji istniejącej pomiędzy siłami konwencjonalnymi Rosji i NATO), ewentualne prewencyjne uderzenie Rosji, musi być przede wszystkim (jeśli nie wyłącznie) atakiem jądrowym. Oczywiście zanim doszłoby do ataku, Kreml zapewne wystosowałby ultimatum zarówno do Warszawy jak i do Waszyngtonu, dokładnie tak samo, jak w latach 60-tych zachowały się amerykańskie elity w odpowiedzi na sowieckie próby rozmieszczenia broni atomowej na Kubie. Wówczas Kennedy również wystosował ultimatum, wobec którego Chruszczow uznał za stosowne ustąpić. Jak wobec podobnego szantażu zachowają się Amerykanie? Zapewne, gdyby w grę wchodził bezpośredni atak na terytorium Stanów Zjednoczonych, ustąpili by bez szemrania, jak przystało na ludzi kierujący się w polityce rachunkiem zysków i strat. Ponieważ jednak w tym przypadku nie ma o tym mowy, Amerykanie mogą bez najmniejszych obaw grać z Rosjanami w nuklearnego „cykora”, testując tym samym atomowe „jaja” rosyjskiego przywódcy. W amerykańsko-rosyjskiej grze nerwów, realnie ucierpieć może wyłącznie „flanka”. Amerykanie są tu panami sytuacji, mogą zwinąć tarczę, jeśli uznają, że z takich lub innych względów atak na Polskę przyniósłby im więcej szkód niż korzyści, mogą jej też nie zwijać, poczekać i zobaczyć co się stanie.

Opisany wariant wydaje się w pełni realny, i co najmniej równie prawdopodobny, jak wariant „najbardziej optymistyczny”, choć niektórym bez wątpienia wyda się on tak samo niedorzeczny, jak dwa lata temu z okładem niedorzecznym wydawał się pomysł zajęcia Krymu przez Rosję. Wtedy również, nawet w przeddzień wkroczeniem rosyjskich wojsk na półwysep, publikowano w internecie „poważne analizy”, których autorzy uczonym językiem tłumaczyli, z jakich to ważnych względów nie dojdzie do niczego podobnego, by wspomnieć zabawną wpadkę pewnego rządowego think-tanku zajmującego się polityką wschodnią. Powszechnie znane fakty są natomiast takie, że od 2009 roku doktryna obronna Federacji Rosyjskiejprzewiduje użycie broni atomowej w konfliktach regionalnych a nawet lokalnych. Co więcej, „w krytycznych sytuacjach” Rosja zastrzega sobie prawo do „prewencyjnego uderzenia jądrowego” czyli do tzw. „uderzenia deeskalacyjnego”. Nie jest tajemnicą, że symulację ataku nuklearnego na Polskę przeprowadzano podczas rosyjsko-białoruskich ćwiczeń Zapad 2013. O możliwości przeprowadzenia wyprzedzającego ataku jądrowego na Polskę lub Litwę pisał m.in. były dyrektor Centrum Studiów Strategicznych w Moskwie, komentator BBC, oraz wieloletni krytyk Władimira Putina, Andriej Piontkowski, którego zdaniem zrzucenie bomb na Wilno czy Warszawę nie spotkałoby się ze zmasowanym kontruderzeniem jądrowym na terytorium rosyjskie. Z opinią Piontkowskiego zgadza się także autor Foreign Policy, mieszkający w Rosji Jeffrey Tayler, który argumentację Rosjanina uważa za „logiczną, a wręcz narzucającą się”. Tayler pisze o „małym, taktycznym uderzeniu na członka NATO, za którego tylko nieliczni na Zachodzie chcieliby umierać”. Całkiem niedawno, bo pod koniec maja br., Władimir Żyrinowski, o którym w Polsce słyszy się często, że służy Kremlowi do wysyłania nieoficjalnych komunikatów, zaproponował prewencyjne uderzenie jądrowe na jeden z europejskich krajów. „Musimy uderzyć prewencyjnie, by wszystkim na zawsze zamknąć mordy” – poinformował Żyrinowski, odnosząc się do zagadnienia amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce i w Rumunii. – „Na Morzu Północnym jest wyspa, mały kraj, gdzie mieszka 200 tysięcy ludzi. Powiemy Brukseli: patrzcie na wyspę, a teraz odwróćcie się i zobaczcie, że wyspy nie ma. Kraju nie będzie, będzie obłok dymu”.

W czerwcu podczas odbywającego się w Petersburgu forum ekonomicznego głos w interesującej nas sprawie zabrał sam Władimir Putin. Jego pełną rezygnacji i dramatyzmu wypowiedź zgodnie z przewidywaniami zignorowały wszystkie większe media w Polsce. „Nie zamierzam nawet mieć nadziei na to, że zechcecie w swoich publikacjach przekazać wszystko dokładnie tak, jak to powiedziałem. Podobnie jak nie wpłyniecie na wasze media” – przewidywał trzeźwo Putin. „Jako dziennikarze powinniście wiedzieć, że te pociski wkłada się w pojemniki [kontenery, służące zarazem jako część wyrzutni – red.], które są wykorzystywane przez morskie wyrzutnie pocisków Tomahawk. Te są ładowane antyrakietami, które mogą pokonać dystans 500 km. Ale my wiemy, że są to technologie rozwojowe. Wiemy nawet dokładnie, w którym roku Amerykanie opracują nową rakietę, która będzie w stanie pokonać dystans nawet 1000 km, a później i więcej. I od tego momentu, będą w stanie zagrozić bezpośrednio rosyjskiemu potencjałowi nuklearnemu. Wiemy, co się stanie każdego roku – a oni wiedzą, że my wiemy! Tylko wam opowiadają bajki dla dorosłych, a wy rozpowszechniacie to wśród obywateli swoich państw. Wasi ludzie z kolei nie czują bliskiego zagrożenia – a to nie daje mi spokoju. Jak możecie nie rozumieć, że świat jest wciągany na drogę bez powrotu? To jest problem. W międzyczasie oni udają, że nic się nie dzieje. Nie wiem już, jak mam do was dotrzeć. Oni usprawiedliwiają to jako system „obronny”, nie jako broń, która jest wykorzystywana w celach ofensywnych. Że to systemy, które „zapobiegają agresji”. To całkowita nieprawda, to nie tak. System obrony przeciwrakietowej jest jednym elementem całego systemu ofensywnego potencjału militarnego. Funkcjonuje jako część całości, która zawiera także ofensywne wyrzutnie rakietowe. Jeden kompleks blokuje, kolejny odpala broń wysokoprecyzyjną, trzeci blokuje potencjalne uderzenie jądrowe, a czwarty w odpowiedzi wysyła swoją broń nuklearną. To wszystko zostało opracowane jako części jednego systemu”.

Amerykanie tymczasem doskonale zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie ściągają na swojego niemądrego sojusznika. W wywiadzie udzielonym jednemu z polskich portali dr Matthew Kroenig, profesor nadzwyczajny na Georgetown University w Waszyngtonie, uważany za eksperta w zakresie problematyki bezpieczeństwa narodowego oraz stosunków międzynarodowych, niedwuznacznie daje do zrozumienia, że nuklearne uderzenie ze strony Federacji Rosyjskiej nie musi być wcale najpoważniejszym zagrożeniem dla bezpieczeństwa Rzeczypospolitej. „Jeśli przywódcy NATO doszliby do wniosku, że jest potrzeba użycia broni nuklearnej w celu odpowiedzi na ograniczone rosyjskie uderzenie nuklearne to gdzie by wykonali atak?” – dywaguje Kroenig – „Jeśli przy tym nie dysponowaliby zdolnością do penetracji rosyjskiej obrony przeciwlotniczej lub chcieliby uniknąć eskalacji konfliktu, mogliby być zmuszeni użyć broni nuklearnej przeciw siłom rosyjskim, ale na terytorium państw NATO. W mojej ocenie byłoby to zdecydowanie błędne posunięcie. Jakby poczuli się polscy obywatele, gdyby NATO hipotetycznie zdecydowało się przeprowadzić uderzenie nuklearne na siły rosyjskie, zajmujące polskie terytorium?” Innymi słowy, jeśli Rosjanie przy okazji deeskalacyjnego uderzenia nuklearnego zajmą ponadto słynny „przesmyk suwalski”(lub jakikolwiek inny fragmetn Polski), amerykańskie wojska rakietowe mogą zechcieć „wyzwolić” ten skrawek polskiego terytorium przy użyciu ładunków atomowych.

Oczywiście mocarstwa mogą się dogadać również bez niepotrzebnych nerwów. Moskwa i Waszyngton mają sobie wiele do zaoferowania w obliczu świeżo powstałej chińskiej potęgi. Chiny, na co rzadko zwraca się uwagę, są dziś dla Rosji co najmniej takim samym zagrożeniem jak Stany Zjednoczone. Wiele wskazuje na to, że Rosja utraci wkrótce swoją strefę wpływu w Azji Centralnej na rzecz Pekinu, a kontakty gospodarcze obu krajów póki co wyglądają coraz gorzej.Projekt Nowego Jedwabnego Szlaku, jest bez wątpienia dla Rosji korzystny, ale sprawia on także, że eurazjatycki sen Dugina ma dzisiaj szansę zmaterializować się jako rosyjski koszmar, w którym Moskwa zredukowana zostałaby do roli państwa zaledwie tranzytowego oraz chińskiego junior-partnera. Do tego dochodzi narastająca presja demograficzna ze strony Państwa Środka. Rosjanom naturalnie nie podoba się perspektywa zostania chińskim Lebensraumem, w zaistniałych okolicznościach o wiele bardziej odpowiada im rola języczka u wagi w stosunkach chińsko-amerykańskich, dlatego w relacjach z Chinami z pewnością będą starali się grać kartą amerykańską. W tym kontekście wypowiedziane w Moskwie słowa chińskiego prezydenta o tym, że oba kraje powinny „szeroko krzewić ideę bycia przyjaciółmi na zawsze”brzmią niczym ironiczna pogróżka wypowiedziana przez „ojca chrzestnego” w stronę niedostatecznie lojalnego członka mafii. Natomiast niespodziewana deklaracja Putina, o tym, że „Ameryka to wielkie mocarstwo. Jedyne supermocarstwo. Przyznajemy to i chcemy współpracować ze Stanami Zjednoczonymi”, to już jawny hołd i zaproszenie Waszyngtonu do podjęcia współpracy na odcinku daleko-wschodnim. Amerykanie z kolei potrzebują Rosji w swojej zaostrzającej się rywalizacji z Chinami. Wiele wskazuje na to, że bez wykorzystania rosyjskiej przestrzeni powietrznej USA nawet na papierze nie będą w stanie wygrać hipotetycznej wojny z Chinami, nad którą usilnie pracują sztabowcy Pentagonu. Oba kraje mogą się zatem dogadać i wszystko wskazuje na to, że prędzej czy później to nastąpi – prędzej, jeśli wybory za Oceanem wygra Donald Trump, co (po kompromitujących zarzutach, jakie FBI postawiło jego kontrkandydatce) robi się coraz bardziej prawdopodobne. Pozostaje oczywiście pytanie, kto za tę nową przyjaźń zapłaci? Wiele wskazuje na to, że po raz kolejny my – społeczeństwo, a ściślej rzecz biorąc polskie społeczeństwo. Skoro w relacjach amerykańsko-rosyjskich jesteśmy w stanie pełnić rolę flanki, równie dobrze możemy spełniać funkcję środka płatniczego, ostatecznie każda tarcza ma swoją ściśle wyliczalną, wymienialną na walutę wartość. Amerykanie zaś bez żalu rozstaną się z darmowym zasobem, jaki z Polski uczynili nasi przebiegli dyplomaci, użyczając Amerykanom polskiego terytorium pod ich militarne instalacje całkowicie „free of charge”. Dzięki temu genialnemu posunięciu naszych przywódców, Amerykanie, w swojej grze z Rosjanami, mogą dziś przehandlować polskie interesy na wiele rozmaitych sposobów.

Oba zarysowane powyżej warianty rozwoju wydarzeń opisują w skrócie największe zagrożenia dla bezpieczeństwa i interesów naszego kraju. Nawet jeśli scenariusz nuklearnego uderzenia na Polskę nie jest najbardziej prawdopodobnym ze wszystkich możliwych wariantów rozwoju wypadków, to jest on wystarczająco prawdopodobny, by traktować go ze śmiertelną powagą. Z całą pewnością jest on dziś o wiele bardziej prawdopodobnym scenariuszem niż perspektywa rosyjskiej inwazjii okupacji, którą od dwóch lat straszą nas rodzimi panikarze i której całkowicie podporządkowana została główna oś polskiej polityki zagranicznej. To właśnie bezmyślny, paniczny strach, w połączeniu z charakterystyczną intelektualną kołtunerią, sprawia, że centro-prawicowi liderzy opinii, zarówno publicyści, jak i politycy, nie są w stanie analizować stosunków międzynarodowych w oparciu o fakty, a co za tym idzie, nie są w stanie prawidłowo zdefiniować politycznego interesu własnego narodu. O wiele łatwiej przychodzi im narzucanie na polityczną materię rozmaitych myślowych idiosynkrazji, „idei” i „doktryn”, w które uparcie starają się wtłoczyć otaczającą ich rzeczywistość. Tylko tak można pojąć bezrozumną radość tych nieszczęśników z powodu uczynienia własnego narodu „flanką” osłaniającą cudze interesy. Jedynie w ten sposób można zrozumieć fakt, że za wykonywanie tego odpowiedzialnego zajęcia nie tylko nie domagają się adekwatnego wynagrodzenia, ale gotowi są jeszcze dopłacać własnym naciągaczom, byleby tylko tytuł „frajerów tysiąclecia”pozostał jak najdłużej nad Wisłą. Ten paniczny strach, który polska inteligencja zaimputowała już niemałej części społeczeństwa, aż prosi się o to by go wykorzystali tacy polityczni wyjadacze jak Jankesi. I dobrze, bo frajerstwo powinno zostać ukarane.

Tomasz Kwaśnicki



17 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. leszek1 :

    Bardzo dobry, rzeczowy artykul. Osobiscie oceniam, ze sprowadzenie amerykanskich rakiet i wojska do Polski sluzyc ma zastopowaniu bezposrednich rzadow niemiecko- rosyjskich nad Europa. Niesie to bardzo konkretne niebezpieczenstwo o ktorym mowi autor. Szczegolnie w kontekscie planow Globalistow w stosunku do Polski i Ukrainy. Slusznie mowi Putin, ze …”świat jest wciągany na drogę bez powrotu…”. Wciagaja go ci, ktorzy rzadza US i chca rzadzic swiatem.

    • mop :

      PRZYPONĘ TOBIE TWOJE SŁOWA: JESTEM NACJONALISTĄ … Nacjonalista – osoba o zbyt niskim potencjale intelektualnym, żeby zrozumieć złożoność relacji międzynarodowych. Każda próba wytłumaczenia skomplikowanych wydarzeń na świecie powoduje u niego wypalenie komórek mózgowych. Odrzuca uznawanie zabijania za rzecz złą, argumentem uszlachetniającym jest obcobrzmiące nazwisko ofiary. Nacjonalizm charakteryzuje się specyficzną interpretacją dobra i zła – wszystko co robi naród nacjonalisty jest dobre, a PRZYPONĘ TOBIE TWOJE SŁOWA: JESTEM NACJONALISTĄ … Nacjonalista – osoba o zbyt niskim potencjale intelektualnym, żeby zrozumieć złożoność relacji międzynarodowych. Każda próba wytłumaczenia skomplikowanych wydarzeń na świecie powoduje u niego wypalenie komórek mózgowych. Odrzuca uznawanie zabijania za rzecz złą, argumentem uszlachetniającym jest obcobrzmiące nazwisko ofiary. Nacjonalizm charakteryzuje się specyficzną interpretacją dobra i zła – wszystko co robi naród nacjonalisty jest dobre, a wszystko co robi inny jest złe. Charakteryzuje się wiecznym wybielaniem lub chwaleniem czynów własnego narodu – chociażby to było gwałcenie, mordowanie, palenie na stosie, przy jednoczesnym zapamiętywaniu innym narodom win za zbrodnie ich przodków. co robi inny jest złe. Charakteryzuje się wiecznym wybielaniem lub chwaleniem czynów własnego narodu – chociażby to było gwałcenie, mordowanie, palenie na stosie, przy jednoczesnym zapamiętywaniu innym narodom win za zbrodnie ich przodków.

      • tutejszym :

        Nacjonalizm: «postawa i ideologia uznająca interes własnego narodu za wartość najwyższą» http://sjp.pwn.pl/sjp/;2568733 Jako nacjonalista uważam że mój kraj i naród nie jest gorszy od innych. Ma swój wkład w historię, naukę i kulturę świata. Ale na pewno nie jestem szowinistą. Nacjonalizm i szowinizm to dwa odległe bieguny. Ciekawe skąd u Pana wzięło się to skojarzenie z „wypalenie komórek mózgowych.” O obowiązku nacjonalistycznego podejścia do tego naszego polskiego problemu mówi ( moim zdaniem ) omawiany i dyskutowany artykuł.

  2. mop :

    Poniższą część tego artykułu dedykuję imbecylom, którzy są zwolennikami udziału Polski w neo-trockistowskiej krucjacie przeciw putinowskiej Rosji, aby z góry poznali skutki tejże. Stanowi ona adaptację opracowania, które w 2004 roku ukazało się w Bulletin of the Atomic Scientists. Opisuje ona hipotetyczne skutki eksplozji 800 kilotonowego ładunku nuklearnego nad Manhattanem (dzielnica Nowego Jorku).
    Rosyjskie wojska strategiczne posiadają na wyposażeniu tysiąc rakiet z głowicami nuklearnymi, które w pół godziny mogą dotrzeć do granic Stanów Zjednoczonych, w tym 700 z nich zaopatrzona jest w 800 kilotonowe ładunki nuklearne.
    W przypadku omawianej detonacji, w ułamku sekundy głowica osiągnęłaby temperaturę 100 milionów stopni Celsjusza, czyli pięciokrotnie wyższą od temperatury jądra słonecznego.

    http://thebulletin.org/sites/default/files/styles/scale_width_700px/public/Fireball-Slide-new-2.jpg?itok=Tk623RxG

    Wytworzona w jej rezultacie fala uderzeniowa rozprzestrzeniałaby się z szybkością kilku milionów kilometrów na godzinę. Wytworzona kula ogniowa w sekundę po wybuchu osiągnęłaby około dwu kilometrów średnicy. W ciągu kilkunastu minut, wywołany przez nią gigantyczny pożar wyzwoliłby energię 50 razy większą niż sama detonacja.

    W centrum, detonacja spowodowałaby wyparowanie Manhattanu. Wiatr wywołany różnicami ciśnienia osiągnąłby prędkość 1000 km/godzinę, przewracając wieżowce w dalszej odległości. W odleglejszych dzielnicach takich jak Brooklyn, czy Greenpoint (centrum polonijne), odzież spontanicznie zapalałaby się na przechodniach.
    Ogień zniszczyłby życie i wszystko inne na przestrzeni dziesiątek mil po nawietrznej.. Radioaktywne opady zaczęłyby się w kilka godzin po eksplozji. Ich efekt byłby jeszcze koszmarniejszy i trwał na przestrzeni wieków.

    Imbecylom, którym dedykowałem powyższą część artykułu, pragnę dodatkowo wyjaśnić, że skutki wybuchu nuklearnego ładunku są niezależne od położenia geograficznego i nad Warszawą efekt ten były identyczny. Poza tym większość z nich ginęłaby w tak potwornych męczarniach, że świadomość faktu zamienienia Rosji, w odwecie, w radioaktywną pustynie nie byłaby wystarczająca do osłodzenia tych cierpień.
    Ignacy Nowopolski Blog

  3. wilno :

    Stawiając amerykańską tarczę na polskiej ziemi, elity tym samym przyznają, że Polska jest już cześcią amerykańskiego świata, cześcią którą przeyznają i amerykanie, ale której im nie będzie szkoda i będą mieli rację, bo przecież każdy wie do czego służy tarcza.

  4. tagore
    tagore :

    Nic nowego , w naszym interesie jest przesuwanie pola ewentualnej konfrontacji na wschód poza Polskę. Rosja utraciła bufor w postaci „dobrowolnych ochotników” z Układu Warszawskiego ,których
    zamierzała zużyć w miarę potrzeb. Ma teraz odsłonięte centralne ośrodki gospodarcze i wojskowe,
    starcie z taktyczną bronią jądrową to dla Chin zielone światło do ataku na Rosję przy przyzwoleniu
    reszty świata.

    tagore

    • zan :

      Nie byłoby konfrontacji gdybyście nie „przesuwali pola” w „waszym interesie” (na pewno nie polskim). Nawiasem….w takich sytuacjach zastanawiam się czy rozmawiam ze zdrowym psychicznie człowiekiem. Wszak inicjatywa przeprowadzenia wojny jądrowej idzie strony USA. My – Normalni – nie kibicujemy tej inicjatywie.

    • upadlina
      upadlina :

      nie bredź chłopie!!………Gdyby Chiny zaatakowały Rosję, to dla usmanów byłaby to wiadomość do otwierania szampanów!!………Chiny to mądry naród i wie, że wojna z Rosją doprowadziłaby do klęski obydwa narody, a zwycięzcą byłyby żydo-usmany, które po takiej wojnie swoich obydwu adwersarzy, stałyby się już absolutnym panem świata !!…….Załóżmy, że Chiny, po strasznej konfrontacji odnoszą zwycięstwo (choć to mało prawdopodobne, przy użyciu broni termojądrowej z obu stron), to jak myślisz, na co to zwycięstwo by im się zdało, jeżeli byliby osłabieni na tyle, że nie mogliby już przeciwstawiać się – jak teraz — uSSmańskiemu hegemonowi, który na pewno wykorzystałby sytuację, aby ostatecznie pozbyć się ostatniej zapory, blokującej im realizację ich doktryn, mówiących o całkowitej dominacji nad światem??…..Sojusz rosyjsko-chiński będzie trwał, przynajmniej tak długo, jak długo nie osłabi on znacząco uSSmanów, co już się dzieje !!

        • upadlina
          upadlina :

          no nie!!………Wojna atomowa nato i Rosji to koniec naszej cywilizacji !!!!!…………Całej !!!!!……….Po takiej wojnie nie będzie komu myśleć o Syberii, Tybecie, itp, bo garstka ocalałych będzie skupiona na upolowaniu jakiegoś szczura, aby nie zdechnąć z głodu!!………Daj spokój tagore, bo tu to już przegiąłeś !!……….Wojna termojądrowa na pełną skalę to THE END naszego tu i teraz !!………Opamiętaj się !!

  5. mop :

    USRAEL chce przetrwać. Ale nie chce przetrwać jako ktoś równy pomiędzy równymi. O nie! USRAEL chce przetrwać jako hegemon ludzkości, jako najwyższy władca planety, jako niezastąpiona nacja. Bo tylko to gwarantuje w USRAELU dobrobyt i spokój społeczny, gdyż wyczerpały się surowce i pozostały tylko drukarnie dolarów. Pracują pełną parą i mnóstwo zielonych papierków z napisem „In God We Trust” zalewa świat. A więc zmusić trzeba cały świat, żeby handlował w USRAELSKICH dolarach, żeby kupował amerykańskie obligacje i inne bezwartościowe już papiery, żeby w USRAELU nie było rewolucji, żeby żydoanglosascy oligarchowie nie musieli się obawiać degradacji.
    Na różnych forach, w różnych gazetach rosyjskich można przeczytać: nie uda się USRAELOWI jak przedtem siedzieć wygodnie za oceanem i patrzeć jak krwawi JEWROKOŁCHOZ, nie uda się USRAELOWI wystawić JEWROKOŁCHOZU do wojny i poczekać na jej wyniki. Wojna dopadnie także terytorium USRAELA.
    Wystarczą trzy bomby termojądrowe, aby zniszczyć USRAEL – dwie na granicę szelfu i jedna w krater na Yellowstone. Czy ta groźba powstrzyma Yankees?

    Jeżeli nie, to pójdą na dno razem z resztą świata, lecz jeżeli chcą przeżyć, muszą ułożyć się z Rosją. A Moskwa dobrze wie, kto szczuje Polaków, Rumunów, Litwinów, Łotyszy i banderowców.
    Czy JEWROKOŁCHOZ zachowa się tak czy siak – Rosja mu tego nie zapomni i przypomni we właściwym momencie – bez rozkazu USRAELA ani Polska ani Litwa, ani Ukraina nie ośmielą się uderzyć na Rosję, a taki rozkaz nie zostanie wydany, jeżeli rosyjskie łodzie podwodne będą czyhać u wschodnich wybrzeży USRAELA, to wojna nerwów, takiego polecenia nie wyda USRAEL, jeżeli rosyjskie bombowce będą patrolować zatokę meksykańską.
    Krótko mówiąc: im więcej rosyjskich bombowców u wybrzeży Pacyfiku i Atlantyku, im więcej rosyjskich atomowych głowic, tym dłuższe życie ,,sojuszników USRAELA”. USRAEL już wie; nie da się walczyć z Rosją do ostatniego ,,sojusznika”, chociaż to narody prawie tak samo głupie jak amerykańscy obywatele. A Rosja nie powstrzymuje tych zbrodniczego USRAELA dla tych pożal sie Boże ,,jego sojuszniow”, ona robi to dla siebie, dla własnego bezpieczeństwa…