Racja stanu czy interes narodowy?

Publicyści głównego nurtu po raz kolejny przypominają sobie o Polakach na Wileńszczyźnie. Znów nie mają nic dobrego do powiedzenia rodakom i o rodakach. Ich wypowiedzi w tej kwestii mogą być kanwą dla szerszej refleksji do tego jak warszawskie elity definiowały i definiują naszą wspólnotę polityczną i jej interesy.

W Wilnie gościł niedawno szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej” Jerzy Haszczyński. Dziennikarz ten w ostatnich latach często zabierał głos w sprawie Polaków na Litwie. Przez kilka kolejnych lat słusznie zauważał, że polityka instytucjonalnej dyskryminacji, jaką wobec naszych rodaków prowadzi Republika Litewska, jest nie do zaakceptowania. Wskazywał, że jeśli stosunki międzypaństwowe między Wilnem a Warszawą pozostają chłodne, to jest tak właśnie z winy elit litewskich i ich asymilatorskiej polityki. Jednak po wileńskim spotkaniu Haszczyński inaczej stawia już akcent swoich wypowiedzi. Podobnie jak cały legion zaczadzonych giedroycizmem publicystów, winnych dyskryminacji Polaków Wileńszczyzny szuka w nich samych. Oczywiście za cały dowód winy wystarczy retoryczne reductio ad Putinum. W swoim tekście „Polacy na Litwie. Coraz większy wpływ Rosji” opublikowanym 28 lipca w „Rzeczpospolitej” Haszczyński pisze, że 90 procent z nich „czerpie wiedzę o świecie z rosyjskich telewizji i innych mediów wspierających politykę Władimira Putina”. Skąd ten współczynnik? Znikąd, bo publicysta sam przyznaje, że „nie ma na ten temat badań”, opiera się więc o „szacunki polskich znajomych z Wilna”. Głównym problemem staje się dla Haszczyńskiego nie zakres praw naszych rodaków, nie to czy polska wspólnota przetrwa na Wileńszczyźnie, czy raczej ostatecznie utracimy region jako polskie terytorium etniczne ale to co „większość litewskich Polaków sądzi np. o aneksji Krymu i samozwańczych republikach ludowych na wschodzie Ukrainy”. Denerwuje się, że na stronie internetowej Akcji Wyborczej Polaków na Litwie nie ma „żadnej krytyki polityki Putina”, tak jakby miało to być oczywistym celem polityki informacyjnej regionalnej partii mniejszości narodowej, której głównym problemem jest nieprzyjazna tej mniejszości polityka władz Litwy, nie Rosji.

Haszczyński zmienia zdanie w kwestii Litwy nie po raz pierwszy. I nie po raz pierwszy wiąże się to ze „znajomymi z Wilna”. Spotkanie w którym 22 lipca publicysta „Rzeczpospolitej” brał udział w wileńskim Instytucie Polskim, animowanym nota bene przez Ambasadę RP, było spotkaniem promocyjnym książki „Na początku było Słowo. „Słowo Wileńskie” 1994-1996”. To swoiste kombatanckie zebranie dawnych redaktorów i współpracowników efemerycznego polskojęzycznego tygodnika funkcjonującego w Wilnie w oczywisty sposób przerodziło się w spijanie sobie z dziubków. Relacje ze zjazdu dawnych pracowników tego pisma trącą niezachwianym poczuciem wyższości „najlepszych z najlepszych polskiego dziennikarstwa”, wierzących, że pracowali w „jedynym na Wileńszczyźnie rzetelnym, niezależnym, obiektywnym i wolnym tytule prasowym” jak ujął to Aleksander Radczenko.

Na etacie litewskiego rządu

Postać to wielce znamienna – konsekwentny liberał, za młodu wręcz anarchista. Konsekwentny przeciwnik AWPL, który na swoim blogu snuje niejasne sugestie z dość karkołomnymi wnioskami, że mniejszość polska mogłaby liczyć na uwzględnienie swoich interesów przez litewskie elity gdyby polska partia znikła ze sceny politycznej, a miejscowi Polacy stali się integralną częścią elektoratu partii litewskich. Naiwność? Może, ale dobrze płatna. Radczenko sam jest częścią litewskiej elity – od dawna pracuje dla litewskiego rządu, obecnie jest zastępcą dyrektora departamentu prawnego w kancelarii rządu Republiki Litewskiej. Ostatnio na swoim blogu Radczenko porównywał majora Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę” do Stepana Bandery. Wileński „ugodowiec”, jak pisze o Radczence redakcja popularnego bloga „Jesteśmy u siebie w Wilnie”, oburzał się także, że w Miejscu Pamięci Narodowej stworzonym przez Związek Polaków na Litwie, jego prezes Michał Mackiewicz odsłonił 15 sierpnia stelę upamiętniającą Romana Dmowskiego. Raczenko wie o ojcu-założycielu Narodowej Demokracji tyle, że to antysemita i prawie faszysta, pisząc w dodatku, że Dmowski „nigdy nie pełnił w II RP żadnych liczących się funkcji państwowych” – nie wie najwyraźniej, że bywał on i członkiem Rady Obrony Państwa i ministrem spraw zagranicznych.

Jeśli by szukać czytelnych analogii Radczenko jest nad Wilią reprezentantem tego typu poglądów czy może raczej formacji mentalnej, jaką nad Wisłą reprezentuje „Gazeta Wyborcza”. Znajdzie sto słów na usprawiedliwienie nacjonalizmu litewskich elit, którego skutki tak boleśnie odczuwają Polacy, będzie natomiast bezlitosnym krytykiem własnych rodaków jako radykalny wróg nacjonalizmu pod warunkiem, że jest to nacjonalizm polski.

Radczenko pierwsze kroki stawiał właśnie „Słowie Wileńskim”, którego redaktorem naczelnym był Stanisław Widtmann – jeszcze bardziej znany przedstawiciel niewielkiego kręgu działaczy spolegliwych względem władz litewskich. Za swoją postawę dosłużył się zresztą stanowiska zastępcy dyrektora Departamentu Mniejszości Narodowych i Wychodźstwa przy Rządzie Republiki Litewskiej, a w latach 2011-2012 nawet wiceministra kultury w wybitnie nieprzyjaznym polskiej mniejszości konserwatywno-liberalnym rządzie Kubiliusa. Tego samego, który nie tylko nie uśmierzył dyskryminacji, ale przeprowadził fatalną dla polskiego szkolnictwa na Wileńszczyźnie nowelizację ustawy oświatowej, tylekroć szłusznie krytykowaną przez Haszczyńskiego. Co z tym wszystkim wspólnego ma redaktor „Rzeczpospolitej”? W gruncie rzeczy choć formalnie pełnił w „Słowie Wileńskim” funkcję zastępcy redaktora naczelnego według relacji samych jego pracowników w praktyce kierował jego redakcją. „Słowo…” powstało w 1994 r. z inicjatywy Dariusza Fikusa ówczesnego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”. Większościowym udziałowcem warszawskiego dziennika (właścicielem 51 procent akcji wydającej go spółki) był wówczas polski rząd. Drugim udziałowcem „Słowa Wileńśkiego” obok polskiej spółki został Ryszard Okiczńczyc – postać równie specyficzna co wspomniany Radczenko.

Ulubiony Polak Litwinów

Na fali przebudzenia narodowego Polaków Wileńszczyzny i demokratyzacji Okińczyc został wybrany 1990 do Rady Najwyższej Litewskiej Socjalistycznej Republiki Rzedzieckiej, która na pierwszym posiedzeniu w marcu 1990 r. ogłosiła wznowienie niepodległej Republiki Litewskiej. Okińczyc szybko zdystansował się od głównego nurtu politycznych reprezentantów polskiej społeczności. Choć jeszcze w październiku 1990 r. przemawiał z trybuny zjazdu przedstawicieli Wileńszczyzny, którzy proklamowali w Ejszyszkach Polski Kraj Narodowo-Terytorialny, post factum ostro krytykuje tę próbę politycznej emancypacji Polaków Wileńszczyzny. Okińczyc szybko zerwał ze Związkiem Polaków na Litwie stając się promotorem „integracji” Polaków z Litwinami. Zaczął od siebie, gdyż już w 1992 r. bez powodzenia startował w wyborach parlamentarnych z list Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej. Jego kurs polityczny nie cieszył się poparciem polskiej społeczności – w ankiecie jaką przeprowadziła w czerwcu 1991 r. miejscowa polska „Nasza Gazeta” Okińczyc został przez czytelników oceniony najgorzej spośród wszystkich Polaków w litewskim parlamencie, jako jeden z dwóch otrzymując ocenę ze znakiem minusowym. Klęską skończyła się również próba animowania przez Okińczyca konkurencji dla ZPL – Kongresu Polaków na Litwie. A jednk mimo, że skupił on kilkadziesiąt osób w 1995 r. ówczesny ambasador RP na Litwie Jan Widacki na specjalnej konferencji dla dziennikarzy z Polski jako reprezentatywny dla miejscowej polskiej wspólnoty przedstawił właśnie okińczycowy Kongres, a nie ZPL liczący wówczas około 10 tys. członków.

Okińczyc szybko spieniężył koneksje jakie dzięki ugodowej postawie wyrobił sobie na litewskich salonach. Nie mniej chętnie był w latach 90 XX wieku widziany na politycznych i opiniotwórczych salonach w Warszawie, gdzie prym wiedli wówczas liberalni giedroyciowcy. Sam Okińczyc złożył akces do wyznawców idei Giedroycia udzielając w 1997 r. wywiadu jego „Kulturze” w której oznajmił, że „przede wszystkim zależy nam na dobrych stosunkach polsko-litewskich”.

Stajnia Okińczyca

Okińczyc dorobił się majątku, między innymi będąc żelaznym pośrednikiem dla inwestorów z Polski. Zainwestował je w polskojęzyczne pismo „Znad Wilii” a potem Radio znad Wilii i portal zw.lt. Radio i portal pozostają zawzięcie krytyczne wobec Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. Jej działacze w czołowej publicystycznej audycji Radia znad Wilii „Salonie Politycznym” są „grillowani” znacznie gorliwiej niż politycy litewscy. Prowadzącą „Salon Polityczny” jest Renata Widtmann, prywatnie żona… dawnego formalnego redaktora naczelnego „Słowa Wileńskiego” – Stanisława. Z kolei redaktorem naczelnym portalu zw.lt jest Antoni Radczenko. Wcześniej, w latach 2012-2013 sprawował analogiczną funkcję w polskiej redakcji znanego z ataków na polską społeczność litewskiego portalu Delfi.lt. Antoni Radczenko jest bratem wspomnianego już urzędnika litewskiego rządu Aleksandra. Antoni w wyborach samorządowych w 2007 r. był kandydatem marginalnej Polskiej Partii Ludowej. Założonej i kierowanej faktycznie przez Ryszarda Maciejkiańca. Maciejkianiec to na Wileńszczyźnie postać znana od strony jak najgorszej. Po utracie władzy w ZPL w atmosferze skandalu przeistoczył się w promotora tezy o „spolonizowanych Litwinach”, namiętnego krytyka Polski i Polaków, zadeklarowanego Litwina, nie zapisującego swojego nazwiska inaczej niż za pomocą litewskich liter. Antoni Radczenko w latach swojego otwartego politycznego zaangażowania prowadził blog pod znamiennym tytułem „Akcji dziękujemy. KontrAKCJA!”. Zajmował się tam głównie bezpardonowym atakowaniem AWPL, której działaczy określał mianem „biało-czerwonych przestępców”, bądź porównywał do Josepha Goebbelsa. Poza tym informował wyborców, „że nadal obnosi się ze swoimi anarchistycznymi poglądami”. W przedwyborczej propagandzie młodszego Radczenki niemal zupełnie brak odniesień do dyskryminacyjnej polityki państwa litewskiego czy litewskiego szowinizmu. Sam przedstawiał się jako dziennikarz prowadzonego przez Maciejkiańca „Naszego Czasu”, którego redaktor naczelny już wówczas wprost kwestionował świadomość narodową Polaków na Wileńszczyźnie. W wyborach młodszy Radczenko poniósł rzecz jasna spektakularną klapę.

Czołową dziennikarką i publicystką portalu zw.lt jest z kolei Ewelina Mokrzecka. Mieszkając w Warszawie, gdzie studiowała, stała się aktywistką współpracującą z prowadzoną przez homoseksualnych aktywistów Kampanią Przeciw Homofobii. Jeszcze mieszkając nad Wisłą stworzyła blog „Pulaki z Wilni” promujący rzekomą miejscową gwarę, w praktyce język polski zanieczyszczony rusycyzmami i lituanizmami. Zza gry zabawnym żargonem i memami przebija jednak dystans do Polski, w której przecież Mokrzecka spędziła kilka lat, wyraźna intencja definiowania Polaków Wileńszczyzny jako swoistych nowych „tutejszych”, społeczności całkowicie odrębnej od reszty narodu polskiego. Mokrzecka alergicznie wprost reaguje na polskie narodowe symbole czy retorykę. Wyśmiewała pikietę pod ambasadą Litwy w Warszawie przeciw dyskryminacji Polaków, w retoryce bloga dominował ten sam ton zrównywania nacjonalizmu litewskiego, z narodowym odruchem samoobrony Polaków. Jedyny polski dziennik na Litwie – „Kurier Wileński” doczekał się od Mokrzeckiej określenia „szowinistyczny”. Dodajmy, że prywatnie Mokrzecka jest małżonką Antoniego Radczenki.

Niechciani rodacy

Ktoś mógłby zapytać po co poczyniłem ten obszerny przegląd środowiska w gruncie rzeczy niszowego, wręcz klanowego, silnego wyłącznie trybuną jaką udostępnia im medialny magnat na lokalną skalę? Nota bene magnat, który w politycznej walce o poparcie społeczności, podobnie jak niektórzy jego publicyści, poniósł druzgocącą klęskę. Otóż środowisko to jest w zasadzie efektem linii rozwojowej środowiska „Słowa Wileńskiego”, a ono samo jeszcze jednym przykładem, jak „czynniki miarodajne” z Warszawy próbowały ingerować w życie Polaków na Wileńszczyźnie by przykroić je do szablonu swoich ideologicznych dogmatów.

Z przenikliwością, goryczą ale też ironią o nadwiślańskich i wileńskich „europejczykach” pisał w 1996 r. współzałożyciel i pierwszy prezes Związku Polaków na Litwie Jan Sienkiewicz: „Jesteśmy w warunkach, w których wartości narodowe mają dla nas nie tylko znacznie abstrakcyjne i uczuciowe, sentymentalne. W polskości przetrwaliśmy dzięki Kościołowi, wierze. Poczucie wspólnoty narodowej to dla nas nie folklor lecz jeden z podstawowych warunków i środków przetrwania”. Tymczasem dla polskich „europejczyków” jak zauważał Sienkiewicz „poczucie narodowe to zaściankowość i prowincjonalizm, Kościół i wiara – obskurantyzm, wierność tradycjom, mowie – wstecznictwo”. Zainicjowanie w 1994 r. przez warszawski dziennik rządowy „Słowa Wileńskiego” było właśnie próbą inżynierii społecznej. Polacy Wileńszczyzny mieli wówczas i swój dziennik w postaci „Kuriera Wileńskiego”, i „Tygodnik Wileńszczyzny”, także „Magazyn Wileński”, na łamach którego Jan Sienkiewicz opublikował zacytowane wyżej słowa. Jerzy Haszczyński wspominając „Słowo Wileńskie” stwierdził, że jako jego redaktor „nie chciał być kolonialistą”. Niestety właśnie nim był. W ramach dogmatów giedroycizmu Polacy Wileńszczyzny byli i są zawadą w ułożeniu „strategicznego partnerstwa” z Litwinami. Ich przeznaczeniem było stać się Litwinami polskiego pochodzenia, którzy swoją polskość zachowują dla siebie, w czterech ścianach polskiego domu i nie czynią jej kanwą zachowań społecznych czy tym bardziej nie przekładają na język postulatów politycznych. MIeli i maja stać się lojalnymi obywatelami Republiki Litewskiej w sprawie których warszawscy politycy mogą w końcu umyć ręce. Stało temu na przeszkodzie przywiązanie Polaków Wileńszczyzny do tożsamości narodowej, ich konserwatyzm oraz skłonność do rozpatrywania się jako wspólnoty, a swoich praw właśnie kategoriach praw kolektywnych. Przeszkadzało ich rozumienie polityki jako walki o podmiotowość własnej grupy narodowej i pragmatycznej obrony jej interesów, miast bycia czyimkolwiek „przedmurzem”, „flanką”, czy „promotorem wartości”. Nieprzypadkowo warszawskie inicjatywy nad Wilią popierali i realizowali ci, którzy nie identyfikują się z pojęciem wspólnoty narodowej oznaczającej coś więcej niż mało ważącą egzytencjalnie deklarację osobistych preferencji z kategorii estetycznych.

Wydawało by się, że od lat 90 XX wieku wiele się w Polsce zmieniło. W kraju zarówno na poziomie politycznym jak i dyskusji publicznej środowiska liberalne, owi „europejczycy” znaleźli się w głębokiej defensywie. A jednak na zapleczu rządzącej centroprawicy funkcjonują publicyści dla których kresowi Polacy nadal pozostają jedynie problemem, który należy rozwiązać. W dyskusji zorganizowanej 26 lipca przez redakcję „Teologii Politycznej” a poświęconej idei Międzymorza, Polacy Wileńszczyzny znów byli ukazywani właśnie w takich kategoriach. Krzysztof Rak wprost bulwersował się, że „Polska nie potrafiła wpłynąć na działania” mniejszości polskiej na Litwie. Zdanie to padło w kontekście wyborczego sojuszu Akcji Wyborczej Polaków na Litwie z lokalną organizacją rosyjską. Taki, zgodny z elementarną logiką polityczną, sposób obrony swojej podmiotowości przez kresowych rodaków wywołał złość Raka, który wprost wzywa do kolejnej interwencji władze w Warszawie. Oczywiście pod hasłem polskiej racji stanu.

Talleyrand miał stwierdzić, że człowiek, a zwłaszcza polityk używa zwykle słów by ukryć prawdę. A jednak słowa są zdradliwe i często zdradzają ukryte myśli swoich autorów. Tak właśnie jest w przypadku opisywania celów polskiej polityki na wschodzie. Racja stanu jest terminem dość pustym bo czymże jest państwo jeśli nie formą życia narodowego, mającą realizować właśnie interesy narodu. Interesem narodu nigdy nie jest amputowanie, wypisywanie z niego jego istotnej części ani jej instrumentalne traktowanie. Polacy, także Polacy na Wileńszczyźnie nie są środkiem, a tym bardziej przeszkodą dla polskiego interesu lecz jego podmiotowym celem.

Karol Kaźmierczak



10 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. mariusz67 :

    Na Litwie zbliżają się wybory sejmowe w październiku. To dlatego wszystkie szuje, którym nie na rękę jest dobry wynik polskiej partii AWPL-ZChR (Akcja Wyborcza Polaków na Litwie- Związek Chrześcijańskich Rodzin) już podnieśli łby i zaczęli raban. To że ujadają różne Radczenki, Okinczyce, Komary, Widmany i inne takie typy utuczone na litewskich srebrnikach to nawet rozumiem, pilnują interesów własnych tyłków, choć oczywiście jest to działanie obrzydliwe. Ale szkoda, że jad kłamstwa wylewają też pseudo autorytety w Polsce, jak Guzy, Przełomiec, Żurawski Gajewski, no i ten nieszczęsny Haszczyński który już sam nie wie, po której jest stronie. Trucizna michnikowszczyzny i giedroycizmu wciąż czyni wiele szkód. A Rodakom na Litwie życzę owocnej kampanii i sukcesu wyborczego!!!

  2. mariusz67 :

    Podobną tematykę poruszył portal mojekresy, pisząc o jednym z tych szkodników, w tekście pod tytułem „Aleksander Vile Radczenko, pożyteczny idiota czy agent wpływu?” Z analizy w tekście wychodzi, że raczej to drugie. Do tego mocno związany nie tylko z rządem (i zapewne litewskimi służbami), ale też antypolskimi i unurzanymi w aferach korupcyjnych liberałami. Postać o naprawdę paskudnych dokonaniach.

  3. arczi :

    Zadaniem Radczenki jest wpływanie na polską opinię publiczną na Litwie i w Polsce, w celu tworzenia czarnego PR-u wymierzonego w AWPL-ZChR, w ZPL, ale przede wszystkim w Waldemara Tomaszewskiego. To świadome i zaplanowane działanie dezinformacyjne na szkodę tych organizacji i ich działaczy. Jego zadaniem jest podważanie ich autorytetu i wiarygodności, psucie ich wizerunku w przestrzeni publicznej oraz rozbijanie jedności polskiej mniejszości narodowej. Od lat robi to na wiele sposobów, zmienia metody i środki działania, aby w ten sposób kamuflować swój haniebny proceder. Polacy na Litwie są zahartowani przez lata walki o swoje prawa i nie dają się tak łatwo nabierać na sztuczki specsłużb, przy użyciu przeróżnych polskojęzycznych mediów czy „publicystów” takich jak Radczenko. Ale muszą na to uważać Polacy w Macierzy, zwłaszcza politycy, aby nie dać się zwieść i nie wpaść w zastawioną na nich propagandową pułapkę.

  4. wilenski :

    Dziękujemy wszystkim Koroniarzom co darzą nas wsparciem, pomagają w naszych zmaganiach o zachowanie polskiej oświaty, języka, tradycji, wiary. To jest zdecydowana większość. Mamy wiele sygnałów tej życzliwości i wiele konkretnych działań. Było to widać choćby przy okazji naszych wielkich uroczystości, biało – czerwonego marszu w Wilnie wiosną (którego zdjęcie ilustruje ten artykuł) czy podczas wspaniałego konnego rajdu po Wileńszczyźnie w lipcu, super imprezy patriotyczno – plenerowo – rozrywkowej. Sprawy wileńskie są wspólną sprawą wszystkich prawych Polaków bez względu po której stronie granicy mieszkają.

    • jaro7 :

      Dokładnie,macie wsparcie Polaków Patriotów,głosami renegatów,kolaborantów sie nie przejmujcie.Ostatnio UJ uhonorował Tomaszewskiego(i chwała UJ za ten czyn).Popieramy jego i AWPL-ZChR i rodaków na kresach.A takim jak Okińczyc czy Radczenko dać w pysk.I bojkotować.

  5. jan53 :

    Elity były do 1946r.Czesc wybili Niemcy.Czesc Sowieci a reszte „rodzime”UB.Pozostala garstka wyjechala z kraju.Obecne „elity” to w większości kolejne pokolenia UB-ekow,wojskowych prokuratorow,sedziow oraz cywilnej „wyższej administracji” do 1990r.
    Czego się spodziewacie po tej „klasie politycznej”? Cudu?Niestety nie będzie.
    Miałeś hamie zloty rog – trzebabylo przeprowwadzic calkowita dekomunizacje do 3 pokolenia.80% wyslac do „macierzy” czyli Rosji a reszta do pracy niewwymagajacej kwalifikacji – np.tak potrzebne jak sortownie recyklingu czy wwyreby lasu w Bieszczadach.
    Zawwsze nam tłumaczono ze szacunek zdobywa się poprzez ciezka prace.Mogli to osobiście udowodnić.