W roku 1863 hrabia Jan, właściciel dóbr kórnickich, postawił wszystko na jedną kartę. Jako szef tak zwanego Komitetu Działyńskiego organizował oddziały, kupował broń, mundury, furaż i przerzucał ochotników z Poznańskiego do Królestwa.

„Żyłem z Wami, cierpiałem i płakałem z Wami […]” – cytat z wieszcza został wyryty na epitafium z czarnego marmuru w kaplicy Matki Boskiej Kórnickiej, ponad grobami hrabiów Działyńskich. Ufundowali je „ś.p. Janowi Działyńskiemu towarzysze broni i wspólnych prac z r. 1863”. Podobnie jak sam hrabia, także i epitafium nie miało szczęścia. Uszkodzone, zaległo w magazynach zamkowych i dopiero w roku 1957 wmurowano je na obecnym miejscu.

W roku 1863 hrabia Jan, właściciel dóbr kórnickich, postawił wszystko na jedną kartę. Jako szef tak zwanego Komitetu Działyńskiego organizował oddziały, kupował broń, mundury, furaż i przerzucał ochotników z Poznańskiego do Królestwa. Wspomina jego siostra Anna:

Dom nasz [Pałac Działyńskich w Poznaniu] w jedną wielką pracownię się zamienił. […] lano kule, sporządzano broń, pisano. […] Matka moja […] wraz ze mną poszła od sklepu do sklepu, prosząc o poparcie sprawy […] Pamiętam jeszcze te ogromne bale płótna, flaneli, sukna, stosy ciepłych rękawic, filcowych butów, wreszcie cygar i wódek. […] Wieczorem przy czytaniu gazet robiłyśmy szarpie i krajały bandaże.

Tu dodam, że jest to ten sam Pałac Działyńskich, w którym jutro odbedzie się sesja poświecona powstaniu (zob. galeria). A wieczorem – już poza pałacem – w ramach tej samej imprezy „Powstali 1863” – koncert w Auli Uniwersyteckiej (program – jak wyżej; wstęp wolny).

Ale wracam do roku 1863.

Pruska policja zadziałała – po niespełna dwu miesiącach nastąpiły rewizje i aresztowania. Hrabia jako poseł do pruskiego sejmu miał jednak immunitet, odwieszalny decyzją ministra sprawiedliwości, po którą trzeba było telegrafować do Berlina. Zatem od momentu rewizji, która go zdekonspirowała, miał jeszcze mniej więcej dzień czasu. A jednak nie było mu wesoło, bo – znów oddaję głos Annie:

Pan Guttry czy pan Kantak — jeden z dwóch, nie pamiętam już dzisiaj — papiery bardzo kompromitujące oddał do schowania pannie służącej mojej Bratowej, nie-mądrej Francusce, która nic nie mówiąc nikomu schowała je do bielizny. Te papiery, o których Brat mój nie wiedział, znaleziono przy rewizji. Papiery te skompromitowały mnóstwo osób i wiele osób nie wiedząc, jak się rzeczy miały, obwiniały Brata mego, iż przez nieostrożność dał pochwycić u siebie papiery tak wielkiej wagi, które mnóstwo osób pociągnęły do odpowiedzialności.

Ta historia z „niemądrą Francuzką” jest dość względna… w biografiach hrabiego dominuje wersja o znalezieniu inkryminowanych papierów w jego własnym, źle ukrytym pugilaresie. Nawet wręcz na biurku… Krótko mówiąc, generalnie uważano, że hrabia, chcąc nie chcąc, z własnej głupoty „wsypał” współkonspiratorów, których – w liczbie stu kilkudziesięciu! – zaaresztowano, po czym urządzono im w Berlinie pokazowy proces. Dla hrabiego – to jednak plama na honorze. Taką plamę zmazać mogła, na przykład, krew. Zatem…

Po rewizji Brat mój wiedział, że skoro tylko rozkaz z Berlina otrzymają, zostanie aresztowany; wieczorem też tego dnia przebrany starannie umknął furtką od ogrodu i nie odezwał się do nas, aż po bitwie pod Pyzdrami.

Pod Pyzdrami Moskale zostali odparci, ale pod Ignacewem przyszła klęska. Jan – pan z panów – nie obrał żadnej „ważniejszej” roli. Nie siadł nawet na konia, jak inni arystokraci. Za to w obu bitwach ostentacyjnie wystawiał się na ruskie kule. Cytuję wspomnienia naszego kawalerzysty – Wyskoty Zakrzewskiego – spod Ignacewa:

Z mojego miejsca widziałem także Działyńskiego, stojącego na szańczyku i strzelającego z prawdziwie budujacym spokojem ze swego 16-tu strzałowego karabinu jak prosty żołnierz. Prawda, czynił on to samo pod Pyzdrami, ale tam stali nasi za sosnami w bardzo łagodnym ogniu – tu biło w szańczyk, mający co najwyżej 120 kroków długości, 8 armat i strzelało do niego 1000 karabinów. […] [a Działyński] wśród gradu kul, z marmurowym spokojem, strzelał jakby do celu. Z taką odwagą trudno zaprawdę się spotkać. […] Tam spokój zdradzić może tylko pogardę życia i chęć zakończenia tej smutnej wędrówki na ziemi.

Po klęsce Jan objął dowództwo ocalałych powstańców, wywiódł ich z okrążenia, przekroczył znów granicę zaboru pruskiego i wreszcie przedostał się do Paryża, gdzie został przedstawicielem Rządu Narodowego. W stajni kórnickiego Zamku pozostał jego rumak „z 24-ma ranami po bitwie pod Ignacewem” (słowa jego siostry).

A w procesie berlińskim otrzymał zaocznie karę śmierci. Do domu wrócił jednak – po wielu latach, dzięki amnestii.

Jan Działyński to postać znana, nie trzeba pisać o nim więcej. Będzie jeszcze – jak mam nadzieję – „świecić” w innych okruchach. Tu jako „okruch” figuruje tylko jego mało znane epitafium na straceńczym tle. Zwłaszcza, że przy tym epitafium za kilka dni – w 150 rocznicę wybuchu powstania, we wtorek 22 stycznia o godzinie 18.00 – odprawiona zostanie uroczysta Msza Święta za dusze wszystkich uczestników powstania związanych z Kórnikiem.

Jacek Kowalski

Cytaty: Anna Stanisławowa Potocka z Rymanowa, z Działyńskich ostatnia, „Mój pamiętnik”, Kraków 1927; Paweł Wyskota Zakrzewski, „Pamiętnik wielkopolskiego powstania z 1863 roku”, Poznań 1934.

Opublikowane na: [link=http://korabita.salon24.pl/]



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz