Poloneza czas zacząć

Wydawnictwo „Universitas” nie daje nam odpocząć od Stanisława Mackiewicza i bombarduje nas co rusz kolejnymi tomami dzieł wybranych tego publicysty i pisarza.

Oto leży przede mną książka pt. „Był bal”, pisana na marginesie dziejów dziewiętnastego stulecia, a już ustawiły się w kolejce „Herezje i prawdy” oraz „Europa in flagranti”. Morderczego tego tempa nie wytrzymują już sami recenzenci. Patroni medialni od pewnego czasu przedrukowują tylko pojedyncze rozdziały książek. Byłoby to bardzo niegrzeczne z mojej strony, gdybym – dysponując potrzebną wiedzą – nie pomógł recenzentom w ich pracy.

Nie będę tutaj zajmował się niuansami historycznymi i teoriami autora, o których musiałbym ciągle pisać z zachwytem: „Ach, jak to jest ciekawie i oryginalnie ujęte”. Gdybym napisał taką recenzję w odpowiednio nudnej formie mógłbym pewnie liczyć na publikację papierową w jakimś piśmie historycznym. Nie posiadam w tej chwili tak beznadziejnie marnych ambicji.

Chcę natomiast powiedzieć o dwóch rzeczach, mianowicie o anegdocie i o kobietach.

Rola anegdoty

„O historii – pisał Cat – trzeba mówić pogodnie i anegdotycznie. Im więcej będzie anegdot, tym lepiej zrozumie młodzież to, co chciałeś powiedzieć i tym więcej ludzie starsi będą przekręcać twoje tendencje”.

Anegdota. Można mówić o Adamie Mickiewiczu tak, jak to zrobił jeden z powojennych profesorów, znawca literatury, który w rozmowie ze Słonimskim odezwał się w te słowa: „Mogę panu powiedzieć parę rzeczy nawet dość zabawnych. Otóż każdy wie, że akcent zestrojowy nie przeczy naruszaniu średniówki, bo przecież rytm amfibrachiczno-trocheiczny spełnia regułę niezbieżności akcentów, a tymczasem niektórzy nasi teoretycy uważali, że reguła niezbieżności jest warunkowa! A przecież dziecko każde wie, że reguła niezbieżności jest obszerniejsza, bo obejmuje daktyle es duże, dwa małe i es duże, es małe. Przyzna pan, że to dość zabawne, aby nie poznać się, na czym polega rytm mickiewiczowskiej wersyfikacji tonicznej!”.

Oczywiście, nikt tego słuchał ani czytał nie będzie, bo nie znajdzie się nikt normalny, kto by podzielał poczucie humoru pana profesora.

Można o tym samym Mickiewiczu wypowiedzieć sądy lekkie i przyjemne, a jednocześnie sądy poważne, podszyte anegdotą, napisane w formie polemiki z sądami innymi, jak czyni to Cat w rozdziale „Mickiewicz mój i wasz”.

Swoją drogą znana jest następująca historia łącząca te dwa nazwiska, tj. Mickiewicz i Mackiewicz. Kiedy w połowie lat 30-tych zeszłego stulecia stawał w Wilnie pomnik Mickiewicza autorstwa Henryka Kuny, wileńskie „Słowo” rozpisało ankietę publiczną pt. „Czy cieszy się pan(i) z pomnika Kuny w Wilnie”. Jerzy Zaruba puścił wtedy świetną fraszkę w „Cyruliku Warszawskim”, która brzmiała jak następuje:

Zanim Kunę utrącę, monarchię założę,

Ciebie godnie wystroję, „Słowo” ci założę,

Tobie to nie zaszkodzi, a dla mnie reklama.

Tak mówił.

Wtem odezwał się głos wieszcza Adama:

„Pilnuj szewcze kopyta,

Admirale floty,

Egzaminów studentko,

A dziewico cnoty,

I zapamiętaj sobie, ty z konserwy głowo,

Że milszy mi płaszcz z Kuny niźli twoje „Słowo”.

Jak wiemy, ostatecznie niezrealizowany projekt Kuny przedstawiał Mickiewicza jako w szacie pielgrzyma, z prawą ręką wzniesioną nad głową.

Anegdota odgrywa rolę ilustracji. „Zawsze jest pożytecznie – podkreśla Mackiewicz – czytać dzieło na przykład o Janie Kazimierzu i zobaczyć w tym dziele ilustracje: portret króla, portret Radziejowskiego, jakieś malowidła przedstawiające bitwy ówczesne czy coś takiego. Ilustracje tłumaczą nam epokę lepiej i przystępniej niż wywody. Staram się o to, aby przytaczane przeze mnie scenki rodzajowe zbliżały czytelnika do historycznego okresu, który omawiam”.

Przyjrzyjmy się więc ilustracji następującej. Kiedy Cat pisze o polityce Ludwika XVIII, który wrócił na tron francuski po upadku Napoleona, że przeciwstawiał się wymazywaniu wszelkich śladów cesarstwa, pokazuje nam obrazek następujący. Oto Prusacy chcą wysadzić Pont d’Iena, jeden z paryskich mostów na Sekwanie, gdyż kojarzy im się on niekoniecznie przyjemnie. Ludwik XVIII miał „rozkraczyć się” na nim i powiedzieć: „Jeśli go wysadzicie to razem ze mną”.

O ileż więcej mówi nam ten obraz, pokazujący mądrość króla, od kilku stronic na ten temat w podręcznikach akademickich!

Anegdota pełni jeszcze jedną funkcję, z pozoru błahą, nieistotną, lecz tylko z pozoru – pozwala nam odpocząć, zatrzymać, rozluźnić się. W swoim ostatnim artykule o braciach Zbyszewskich zawarłem bardzo dużo anegdot, może nawet za dużo, głównie dla takiego właśnie efektu. Uznałem po prostu, że czytelnikom, po serii artykułów arcypoważnych i koszmarnie napisanych należy się chwila odpoczynku, chwila przyjemności.

Muza jest kobietą, kobieta jest muzą

„Cherchez la femme!”, miał powiedzieć Józef Fouché.

Role kobiet w historii możemy podzielić na role pierwszoplanowe, widoczne oraz na role zakulisowe, ciche, na pierwszy rzut oka niewidoczne.

Przykładami ról pierwszoplanowych będą Joanna d’Arc, królowa Jadwiga, a mówiąc o wieku dziewiętnastym księżna de Berry, stojąca na czele spisku przeciwko Ludwikowi Filipowi, królowa Wiktoria czy nasza Emilia Plater. Są to postacie, których nie sposób pominąć w podręcznikach do historii.

Kobiety-cienie. W rozdziale pt. „Liberum konspiro” czytamy o tym, jak rząd powstańczy chce zrobić Chłopickiego dyktatorem. Wtedy pani Wąsowiczowa wyraża w swym salonie pogląd, że „dyktatura należy do rzeczy, które się biorą, a nie dają”, a która to uwaga ma skłonić tegoż Chłopickiego do odrzucenia propozycji rządu i ogłoszenia się dyktatorem.

„Władzę nad Polską – pisze dalej Mackiewicz – sprawują kobiety. Zasługują sobie na to, bo są o wiele od Polaków odważniejsze, reprezentują u nas czynnik determinacji, decyzji, energii. Ale ich kobieca uczuciowość nadaje całej naszej historii, wszystkim naszym aktom politycznym specjalnie uczuciowy koloryt”.

Opowiem w tym miejscu inną historię. Otóż w roku 1894 umarł car Aleksander III. W listopadzie tego roku przenoszono zwłoki cara do katedry Piotra i Pawła. Za trumną ciągnęły nieprzebrane tłumy, a w nich wieśniaczki żegnają się nabożnie i szepcą: „Przyszła do nas za trumną, przynosi z sobą nieszczęście”. Mowa była oczywiście o carowej Aleksandrze Teodorównie, żonie Mikołaja II.

Carowa przed wybuchem wielkiej wojny nie mieszała się do polityki. Po 1914 r. widząc niezdecydowanie i brak wiary w siebie u swego małżonka postanowiła wziąć ciężar decyzji na swoje barki. W małżeństwie tym to ona była mężczyzną, natomiast Mikołaj miał więcej cech kobiecych. „Wpływ jej na cara był bardzo wielki i prawie zawsze szkodliwy” – pisze w swych wspomnieniach Piotr Gilliard, guwerner wielkich księżniczek i następcy tronu. „Politykę uważała za kwestię uczuć i kierowała się zawsze sympatiami lub antypatiami, a często nie tylko swoimi, ale i swego otoczenia”.

Carowa wierzył w „narod”, czyli w lud rosyjski, wierzyła w jego emanację, szarlatana Rasputina. Utwierdzała cara w przekonaniu, że musi za wszelką cenę utrzymać samodzierżawie, że nic złego stać się nie może, bo czuwają nad nim wszyscy święci. Carowa ma wgląd do map sztabowych, carowa doradza mężowi dymisję Goremykina, carowa za namową Rasputina popiera kandydaturę Stürmera.

Kto wie, czy nie przyłożyła ona bardziej ręki do upadku państwa od swego męża. Oczywiście, wymawiając jej imię widzimy zawsze cień Rasputina. Strzały Włodzimierza Puryszkiewicza padły o kilka lat za późno.

Mamy w końcu jeszcze jeden, najbardziej niewidoczny wpływ kobiety na bieg wydarzeń. Oto w rozdziale pt. „Wdzięk i niewinność” czytamy: „ Ten amoralista Talleyrand ileż zyskiwał z tego, że pewne myśli polityczne wyczytywał w pięknych oczach. Bo inteligentna kobieta być może nie podsuwa planu politycznego wprost, planu opracowanego, lecz inteligentne patrzenie w czyjeś inteligentne oczy rodzi koncepcje najinteligentniejsze”. Jest to twierdzenie jak najprawdziwsze. Mylił się wielki bakteriolog i immunolog Almroth Wright, kiedy twierdził, że mężczyzna, aby efektywnie pracować, powinien żyć kompletnie odseparowany od kobiet. Wręcz przeciwnie! „Pisarz, poeta, mąż stanu, wielki człowiek nie może istnieć bez wielkiej miłości. To tak jak chart bez ogona w Panu Tadeuszu”.

Mackiewicz zatytułował swoją książkę o powojennej emigracji polskiej „Zielone oczy”, bo Renata Ostrowska, w której kochał się platonicznie i którą namawiał do przyjazdu do powojennej Warszawy miała oczy tego koloru.

Nasze sądy historyczne

Gdzieś na przełomie XIX i XX stulecia młody dziennikarz „Przeglądu Polskiego”, Józef Flach, może dla zamanifestowania niezależności swej myśli, może ze zwykłej przekory, zaczął w pewnym młodopolskim salonie wyzywał Matejkę od partaczów. Był tam obecny m. in. olbrzymiej tuszy malarz, Jan Stanisławski. Boy tłumaczył, dlaczego ten wielki człowiek (i nie zachwycamy się akurat w tym miejscu jego działalnością artystyczną) maluje obrazy o wymiarach bardzo skromnych: „Przy większym obrazie zanadto go męczył konieczny ruch ciągłego zbliżania się i oddalania”. W pewnym momencie Stanisławski wchodzi dziennikarzowi w słowo; zaczyna niepewnie, nieśmiało, powoli:

– Tak… ja nie śmiałbym… zdanie szanownego pana, ja rozumiem, oczywiście, trudno podważyć… ale, jeżeliby pan pozwolił, czy mógłbym jednak… bo przecież, mimo wszystko, Matejko” – wtem jak nie ryknie – „eeee, świnia pan jesteś…

Nasze sądy historyczne wygłaszamy zazwyczaj pewnie i niemądrze lub niepewnie i nijak.

Pan Piotr Zychowicz napisał książkę, której dał tytuł „Pakt Ribbentrop-Beck”. Zawarł w niej sądy odważne i mądre, ale tezy p. Zychowicza nie są właściwie jego własnymi tezami. Są to zebrane i odświeżone konsyderacje przede wszystkim Studnickiego, Adolfa Bocheńskiego i Mackiewicza właśnie. Pewien mój rozmówca nazwał książkę p. Zychowicza „przekładem”. Oczywiście, dla większości jest ona niesamowitym odkryciem, dlatego jej autor święci dziś tak wielki sukces. Ale nie zmienia to faktu, że p. Zychowicz powtarza coś wcześniej już wypowiedzianego, jest w tym przypadku nie tyle publicystą historycznym, bo nie wygłasza swojej oryginalnej myśli, ale jest propagandystą, bo rozpowszechnia idee już wcześniej wymyślone. Gotów ktoś oskarżyć mnie w tym miejscu, że obrażam p. Zychowicza. Przypominam więc, że wyraz łaciński „propagandus” oznacza: „przeznaczony do rozpowszechniania”.

Spójrzmy na indeks nazwisk w omawianej pozycji, sporządzony przez red. Sadkiewicza, człowieka, jak zauważyłem, ogromnej pracowitości. Otóż zajmuje on dokładnie 40 stron. Jeśliby Mackiewicz chciał zamieścić bibliografię, z której korzystał przy pisaniu „Był bal”, również zajmowałaby zapewne kilkanaście, albo dwadzieścia kilka stron. Cóż za rozmach!

„Przeczytałem właśnie uważnie pamiętniki tego Guizota…” – czytamy w rozdziale „Restauracja”. „Mémoires” Guizota zebrane są w ośmiu tomach. Dzisiejszemu śmiertelnikowi przeczytanie ośmiu tomów zajmie dobre pół roku, jeśli wcześniej nie rzuci tego w cholerę. Pamiętam, jak Cat chwalił się jednym z listów do przyjaciela, że jego studium o Stanisławie Auguście zajmuje kilkaset stron, ale przecież temat ten studiował na jakimś milionie stron i jestem w stanie w to uwierzyć. W swoim felietonie o Czechowie, opublikowanym w londyńskich „Wiadomościach” w 1955 r. napisał: „W czterech tysiącach dwustu listach Czechowa, obejmujących okres od jego młodości do samej śmierci, nie spotkałem się…”

Tutaj tkwi właśnie problem naszych dzisiejszych sądów historycznych – nie mamy po prostu potrzebnej wiedzy, jesteśmy niemożliwie leniwi. Albo – jak w przypadku p. Zychowicza – powtarzamy sądy już wypowiedziane, albo próbujemy stworzyć coś oryginalnego, ale tezy nasze łamią sobie nogi w pierwszej konfrontacji z faktami historycznymi.

Gdzież podziała się ta piękna sztuka zachłannego czytania, czytania rzeczy pozornie niepotrzebnych? Jeśli nawet już coś uda nam się od święta przeczytać, to zazwyczaj tego nie rozumiemy, bo nie mamy możliwości odniesienia, nie posiadamy szerszej perspektywy. Jesteśmy wcale nie więcej warci od analfabetów.

– Cóż czytasz, mości książę? – pyta Hamleta Poloniusz.

– Words, words, words – pada odpowiedź.

Przekładam ostatnie strony książki, zamykam ją i odkładam. Cisną mi się jeszcze tylko pod pióro dwa wersety z „Pana Tadeusza”:

Ach, to może ostatni! patrzcie, patrzcie, młodzi,

Może ostatni, co tak poloneza wodzi!

Marcin Furdyna



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz