Pamięć o dolinie śmierci w Palikrowach

„Byłam świadkiem tej masakry – stwierdza pani Ksej. – Rozstrzelali ludzi z karabinów maszynowych. Po trzy osoby stawiali. Mąż patrzył, jak rozstrzeliwują żony, a żona jak strzelają do męża i dzieci. Siostra została, a brata zabili. Nawet zabili takie dziecko co miało miesiąc. Część rozstrzeliwała Polaków, reszta rabowała i paliła domy Polaków. Zabierali krowy. Krew popłynęła tą rzeką. Woda była czerwona od krwi. Oj, tak było… Oby się nie powtórzyło już nigdy. Niestety, nie mogłam wtedy w żaden sposób pomóc czy kogoś uratować. Miałam ausweis i dzięki temu uratowałam się sama. Moich rodziców ukrył Ukrainiec, miał na nazwisko Sokoł”.

W 70. rocznicę mordu dokonanego na Polakach w Palikrowach koło Podkamienia ks. Anatol Szpak odprawił nabożeństwo żałobne w miejscowej kaplicy. Garstka pozostałych w tej wsi katolików odmówiła wspólną modlitwę przy krzyżu na miejscu kaźni 385 rodaków rozstrzelanych 12 marca 1944 roku. Zamordowanych wspominano też podczas drogi krzyżowej z udziałem katolików dwóch obrządków i prawosławnych.

Świadków tej tragedii żyje coraz mniej. „Przed wojną w Palikrowach było więcej Polaków, mniej było Ukraińców – wspomina 89 letnia Stefania Ksej. – To była mieszana wioska. Mąż był Polak, żona Ukrainka – syn był chrzczony w kościele, córka w cerkwi”.

Na pytanie jak układało się życie między Polakami a Ukraińcami stwierdza, że bardzo dobrze. „Ksiądz Marek z Podkamienia nie przyjeżdżał co niedzieli – wspomina kobieta. – Kiedy go nie było, wszyscy Polacy szli do cerkwi. Tu nie było różnicy. Nikt nie przeszedł, nawet maleńkie dziecko, bez powitania: „Pochwalony Jezus Chrystus!” czy „Sława Isusu Chrystu!”. Takie było wychowanie. W każdą środę była katecheza. Na jednym wozie przyjeżdżali ksiądz nasz i greckokatolicki. Ten szedł do swoich dzieci, a tamten do swoich. Nie było różnicy, aż w czterdziestym czwartym zrobili różnicę bandery”. Tak nasi współrozmówcy z Palikrów określają sprawców. Dwie starsze kobiety podpierając się laskami powoli prowadzą nas na łąkę nazywaną „majdanem” – tam właśnie była „dolina śmierci”.

„Nie wiem z czego to wynikło” – mówi Stefania Ksej. Opowiada, jak wszystkich mieszkańców wsi wyprowadzano z domów i schronów z krzykiem: „Na majdan!” Ludzi spędzono i zaczęto dzielić na Polaków i Ukraińców. Część Polaków schroniła się tu z Wołynia, ponieważ Palikrowy położone są na granicy.

„Byłam świadkiem tej masakry – stwierdza pani Ksej. – Rozstrzelali ludzi z karabinów maszynowych. Po trzy osoby stawiali. Mąż patrzył, jak rozstrzeliwują żony, a żona jak strzelają do męża i dzieci. Siostra została, a brata zabili. Nawet zabili takie dziecko co miało miesiąc. Część rozstrzeliwała Polaków, reszta rabowała i paliła domy Polaków. Zabierali krowy. Krew popłynęła tą rzeką. Woda była czerwona od krwi. Oj, tak było… Oby się nie powtórzyło już nigdy. Niestety, nie mogłam wtedy w żaden sposób pomóc czy kogoś uratować. Miałam ausweis i dzięki temu uratowałam się sama. Moich rodziców ukrył Ukrainiec, miał na nazwisko Sokoł”.

Józefa Medwid z domu Zacharczuk: „Urodziłam się 11 czerwca 1943 roku. Miałam wtedy 7 miesięcy, nic nie pamiętam. Mój tato był Ukraińcem, mama – Polką. Zawsze pytałam babcię czemu każdy ma mamę, a ja nie mam? Twoją mamę zabili bandyci, tam na dolinie – odpowiadała. – Dlatego nie ma twojej mamy. Babcia mówiła, że podczas tej masakry tato stał między Ukraińcami, a mama stała koło taty. Ale jedna z tych Ukrainek, które wydawały Polaków, wskazała sprawcom na moją mamę, że to jest Polka. Tato prosił, żeby nie zostawiali dziecka bez mamy. Nie pomogło. Babcia trzymała mnie w fartuszku. Jeden ze sprawców popchnął ją i niemowlę wypadło z pieluszki. Została zabita też moja 14. letnia ciotka. Babcia została w samej koszuli, a ja w jednej pieluszce. Potem sąsiadka dała trochę mleka krowiego, babcia wylała sobie na pierś żebym ssała. Tato zgłosił się do służby na milicji. Moskale go zabili. Było to w pobliskich Jaśniskach, gdzie próbował obronić kobietę: sowieci przyszli do niej zabrać resztki słomy, na której spały jej dzieci. Za to naczelnik milicji potraktował go jako banderowca i zastrzelił. Miałam wtedy półtorej roku. Przez całe życie męczyłam się. Razem z babcią tułałam się po dziewięciu obcych domach. Jak babcia szła do pracy, to przekazywała mnie z jednej chaty do drugiej. Ktoś dał coś zjeść, ktoś nie dał, pod płotem też spałam. Jakaś kobieta wyjeżdżała do Polski, kupiliśmy jej starą chałupę i dzięki pomocy ludzi przenieśliśmy się na nowe miejsce. Skończyłam tylko siedem klas i poszłam do kołchozu. Bieda zmusiła mnie, bo chciałam jeść. A teraz, po takim życiu, już nie mam zdrowia. Po co mnie przynieśli z tej doliny? – płakałam nieraz. – Po co przeżyłam, jeśli znikąd nie ma pomocy i życie jest takie ciężkie?

Masakry w Palikrowach i w Podkamieniu dokonano tego samego dnia. „Strzelano trzy razy z armaty, żeby rozwalić kaplicę – powiedziała Janina Dźwinnyk (z domu Dmytruk), która pochodzi z Palikrów, a obecnie mieszka w Podkamieniu. Jej ojciec był Ukraińcem. „Ale u nas nie było różnicy – stwierdza. – Nikt się w Palikrowach nie dzielił. Żyliśmy wszyscy w zgodzie. Aż doszła wiadomość z Wołynia, że tam biją, palą Polaków i ludzie uciekają do nas. Dotarł niepokój też do nas. Miałam wtedy 15 lat. Starsi chodzili na dyżury nocne. Uciekaliśmy na noc z koleżanką do kościoła w Podkamieniu. A wtedy, 12 marca, wygnali nas w Palikrowach na majdan. Nauczycielka powiedziała nam, dzieciom, że nas wszystkich zabiją. Widziałam jak zastrzelili jej wujka. Modliłam się cały czas na różańcu. Tak mnie Pan Bóg ratował swoją potężną ręką. Udało się uciec. Nielicznym udało się uratować”.

Józefa Medwid nie ukrywa, że dzisiaj niektórzy w Palikrowach zaczepiają ją: „O, zostało jeszcze kilku polskich niedobitków…”

Ale kobiety nie zwracają na to uwagi. „Kapliczkę jakoś wyremontowaliśmy – cieszy się pani Józefa. – Dzięki Bogu, okna tam zmieniono. W każdym domu jest telefon, to ja wszystkich obdzwoniłam i część ludzi pomogła nam. Niestety do kościółka przychodzi mało wiernych, to prawda”.

Stefania Ksej stwierdza, że po wojnie, po tej masakrze ludzie żyli ze sobą w zgodzie. Większość Polaków wyjechała do Polski. Przybyło sporo Ukraińców, przesiedlonych zza nowej granicy sowiecko-polskiej. Kościół został zamknięty.

„Wszyscy chodzili do cerkwi, która już była prawosławna, a ja modliłam się po polsku – opowiada Stefania Ksej. – Niektórzy jeździli aż do Lwowa, do katedry, do ojca Rafała. Jeździli też do kościoła w Złoczowie”. Polacy w Palikrowach ze wzruszeniem wspominają rzadkie przyjazdy z Polski byłych mieszkańców tej wsi, Podkamienia i okolic. Wspiera ich jedynie ks. Anatol i siostry sercanki z Brodów. Na starym polskim cmentarzu zobaczyliśmy niedokończony pomnik ofiarom zagłady, który wzniesiono kosztem rządu RP, miał być odsłonięty jeszcze w 2012 roku. Obok można zobaczyć pochylone drewniane krzyże na zbiorowych mogiłach rozstrzelanych Polaków.

Podczas naszych spotkań nie uniknęliśmy tematu napiętej sytuacji na Ukrainie. „Teraz oglądam wiadomości w telewizji i modlę się, żeby Bóg nas zachował. Bo kto nie widział jeszcze wojny, ten nie wie. A ja widziałam już to wszystko” – powiedziała Stefania Ksej.

Konstanty Czawaga

„Kurier Galicyjski”

Tekst ukazał się w nr 202 za 31 marca – 14 kwietnia 2014



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz