Otwarta puszka Pandory

Na pewno coś niedobrego dzieje się w kraju, w którym różne jego części zdają się ciągnąć każda w swoją stronę. Każda w zasadzie pod tymi samymi hasłami – demokracji, praw człowieka, wolności – ale z różnym wektorem.

Pod sceną ustawioną na lwowskim „Majdanie” znajdującym się na dawnych Wałach Hetmańskich – dzisiejszym prospekcie Swobody – ustawiona jest pionowa tablica ze zdjęciami postrzelonych śmiertelnie w Kijowie demonstrantów. Ludzie kładą kwiaty i palą znicze. Bojowego ducha zastąpiła trauma i żałoba po zabitych, ale także niepokój i niepewność o losy państwa. Na namiotach wiszą plakaty i rysunki Krymu ze znajdującym się na środku sercem w ukraińskich barwach. Zachodnia część kraju, najmocniej przywiązana do jedności terytorialnej, dzierży w rękach kolejny w jej przekonaniu argument na rzecz tezy, że najgroźniejszym przeciwnikiem dla Ukrainy jest i będzie Rosja.

Udaję się w międzyczasie, mając kilka godzin do odjazdu pociągu, na Łyczaków. Szybko odnajduję miejsce, w którym poległ mały Jurek Bitschan, na moment przystaję, a potem krążę chwilę między mogiłami z nadzieją, że odkryję coś interesującego. Wchodzę i wychodzę przez sobie znane miejsca, aby nie korzystać z głównego wejścia na łyczakowską nekropolię. Z oddali widzę jeszcze pylony na Cmentarzu Orląt Lwowskich, ale te giną za ostatnią rogatką na Pohulance.

Po drodze mijam konsulat Federacji Rosyjskiej we Lwowie. Przejście kilka razy wzdłuż muru w tę i z powrotem samo w sobie wzbudza podejrzenie strażnika, który spogląda na mnie groźnym wzrokiem. Przed budynkiem pikietuje trzech mężczyzn koło pięćdziesiątki. Pikietowanie polega w zasadzie na staniu przed placówką i rozmowach we własnym gronie. Na okolicznych drzewach naklejono kartki z hasłami wyrażającymi sprzeciw wobec polityki Rosji. Widać, że niedawno odbywały się tu liczne manifestacje. Po chwili znów kieruję w kierunku centrum, ponownie mijając lwowski eks-Majdan, po czym wsiadam do tramwaju na dawnej ulicy Sykstuskiej, tj. obecnej Doroszenki.

Jadąc na dworzec słyszę, jak kobieta w średnim wieku rozmawia po polsku. Przysiadam się i pytam delikatnie, czy mieszka we Lwowie – akcent bowiem brzmi znajomo. Okazuje się, że mam do czynienia z lwowianką. Opowiada mi na moją prośbę okoliczności pozostania jej rodziny po II wojnie na Kresach przyłączonych do ZSRS, rodaczka mówi mi także o swoich synach kończących polską szkołę we Lwowie. Prędko jednak musimy się pożegnać, gdyż dojeżdżamy do przystanku, na którym rozmówczyni musi wysiąść. Wzajemnie się pozdrawiamy, a ja rzucam na pożegnanie stwierdzenie, że każdy żyjący dziś we Lwowie Polak to jeden cud. Cud, ale i zobowiązanie – myślę sobie. Być może to też jakiś znak: zawsze trzeba mieć na uwadze tych, których sprawy powinny najbardziej nas obchodzić. Wiem, że w państwie, które znajduje się 70 km na zachód od Lwowa, obchodzą oni niestety niewielu. Żaden z polskich polityków czy dziennikarzy będących na Majdanie nie zatrzymał się po drodze we Lwowie i nie schylił głowy przed bohaterskim dzieckiem, Jurkiem Bitschanem. Cześć Jego pamięci. Hańba tym, co zapomnieli.

Z takimi odczuciami żegnam się z miastem Zawsze Wiernym.

Oligarcha – ale nasz

Zjawisko postmajdanowej traumy nie osiąga tej samej skali w Kijowie. Tam ludzie po dziś dzień mieszkają w rozłożonych w centrum miasta namiotach, pośród nadpalonych bądź osmalonych budynków i urządzeń miejskich. Wokół znajdują się kapliczki mające przypominać o tych, którzy dla ruchu majdanowego stali się kolejnym wcieleniem ukraińskiego heroja.

Ale tak wyraźnej traumy jak we Lwowie nie sposób dostrzec. Mimo ogłoszeń o organizowanym koncercie pamięci ku czci „Niebiańskiej Sotni” i nie mniej licznych niż we Lwowie zniczy i kwiatów, nowy mit i legenda mobilizują do dalszego trwania. Gdzieniegdzie widać też naklejki z kojarzonymi z imperialną tradycją rosyjską wstęgami świętego Gieorgija (Jerzego) ułożonymi w swastykę.

Podchodzę do namiotu, wejście do którego „przyozdobione” jest czerwono-czarnymi tarczami z napisem „Równe” – nazwą miasta na Wołyniu. Robię zdjęcia namiotowi, wokół którego działa sprawnie urządzona, choć prowizoryczna kuchnia i kilka innych urządzeń. Jeden z mieszkańców namiotu proponuje zrobienie zdjęcia, a nawet zachęca do wzięcia tarczy do ręki i zrobienia sobie w tej pozie pamiątkowej fotografii. W drugim przypadku oczywiście grzecznie odmawiam, co nie przeszkadza w kontynuowaniu rozmowy:

– Jak długo jeszcze tu będziecie?

– Zamierzamy być do wyborów prezydenckich w maju.

– I kto jest dla ciebie najlepszym kandydatem na ten moment? – pytam.

– Na chwilę obecną Poroszenko.

Na sugestię, iż Poroszenko to też oligarcha, Ukrainiec odpowiada, iż rzeczywiście to oligarcha, ale wsparł Majdan i nie uciekł jak inni. Jako żywo przypomina to wieloletnią praktykę i poglądy ludzi ze wschodniej Ukrainy: „bandit, no nasz”, jak mawiano chociażby w Donbasie o kandydatach na najwyższe urzędy stamtąd się wywodzących. Tłumaczy mi też, jaką rolę ma odegrać integracja Ukrainy z Unią Europejską – przede wszystkim ma być sposobem na odcięcie się od Rosji. A ja sam mogę tylko pomarzyć o tym, aby mój kraj był punktem odniesienia dla definiowania interesów przez inne kraje.

Trzeba omijać rozmaite przeszkody i obchodzić plac wokół Statuy-Ukrainy z uwagi na barykady, które ciężko zliczyć. Widać, jak bardzo zniszczone zostało centrum miasta. Nadpalone bądź brudne od sadzy budynki, powyrywana kostka brukowa z chodnika, która służy bądź do układania barykad, bądź do budowania tymczasowych kapliczek – całokształt wygląda jak rzeczywisty krajobraz po bitwie. Teraz walkę zastąpiło trwanie, co być może będzie wymagało wbrew pozorom jeszcze większego uporu.

Jedynymi siłami, które zdają się nie przejmować swoistym kacem po utracie Krymu i po stopniowym urządzaniu – czy też próbach urządzania – państwa przez nową oligarchię, są uzbrojone formacje (para)militarne, które w zasadzie kontrolują centrum ukraińskiej stolicy. Co kilkadziesiąt metrów znajduje się punkt naboru Prawego Sektora bądź innych skrajnych organizacji. Te stają się konkurencją dla rządu, odbierając mu monopol na przemoc, jaką chce z kolei posiadać każde państwo. A trzeba przyznać, że członkowie tych formacji prowadzą się i organizują profesjonalnie. Nie pozwalają robić zdjęć punktom naboru, mają swoje żelazne reguły. Poniekąd jest to siła bardziej zmilitaryzowana niż prawdziwe ukraińskie wojsko, z Krymu dochodzą informacje o pacyfistycznym zachowaniu żołnierzy ukraińskiej armii. I chyba tylko oni jedni są w stu procentach przekonani o tym, dlaczego jeszcze są na Majdanie. Jedną z zapowiedzi wyrażoną na wystawionej na ulicy planszy jest zamiar „odwojowania etnicznych ukraińskich ziem na Krymie”.

Z samego Krymu dochodzi też więcej ciekawych informacji, dlatego tym bardziej trzeba było się tam udać. Przysłuchuję się jeszcze na Chreszczatyku rosyjskojęzycznemu – jak sam siebie określał – ukraińskiemu nacjonaliście z Sewastopola, który opowiada o aktualnej sytuacji na Krymie. Podobno ma być tam niebezpiecznie. Mimo wszystko decyduję się zaryzykować.

„Najpierw sprawią się z nami, potem wezmą się za was.”

Sytuacja na Krymie była wówczas całkowicie niejasna. Referendum już się odbyło, prezydent Rosji podpisał już odpowiedni ukaz, ale nie było jeszcze oficjalnego głosowania w Dumie, które w świetle prawa rosyjskiego decydowałoby o formalnym przyłączeniu Krymu do Federacji Rosyjskiej. Obywatele Ukrainy, którzy do Rosji i tak wiz nie potrzebują, niczego obawiać się nie muszą. Z polskim i unijnym obywatelstwem rosyjska wiza jest wymagana. Jak zostanę potraktowany przez służby krymskie? Czy zostanę uznany za osobę przebywającą na terytorium Rosji w sposób bezprawny?

W pociągu spotykam etnicznego Rosjanina z Tatarstanu, który przyjechał zobaczyć Krym, do czego skłoniły go właśnie ostatnie wydarzenia. Krym to rosyjska ziemia i to ten pijaczyna Chruszczow przyłączył go do Ukrainy – oznajmił. A Donieck? To też wg ciebie Rosja? – pytam. Skądże, Donieck i Donbas to Ukraina – stwierdza z przekonaniem. Sąsiad z przedziału to z kolei rzeźbiarz z Eupatorii, jego podstawowym zmartwieniem w związku z sytuacją na Krymie jest kwestia pracy, którą tam podjął. Pozostała dwójka pasażerów z przedziału – prawosławny ksiądz z Symferopola i ukraińska dziennikarka telewizyjna uspokajają mnie co jakiś czas, gdy tylko pojawiają się moje wątpliwości co do sensu jechania na Krym.

Kontrola na pierwszej krymskiej stacji kolejowej w Dżankoj polega na sprawdzeniu paszportów u mężczyzn, a u obcokrajowców na sprawdzeniu bagażu. Jestem jedynym obcokrajowcem w wagonie, a pewnie i w całym pociągu, więc kontrola przebiega szybko. Czy to jest problem, że jako obywatel Unii Europejskiej wjeżdżam teraz na Krym? – pytam. Oczywiście, że nie – dostaję od razu uspokajającą odpowiedź od żołnierza. Mundur nie posiada żadnej atrybutyki państwowej – ukraińskiej lub rosyjskiej, co utwierdza tylko w przekonaniu, że półwysep znajduje się w stanie swoistej bezpaństwowej tymczasowości.

Nad dworcem w Symferopolu powiewa już jednak rosyjska flaga. Zaraz ma tu być Rosja. Ludzie mimo tej rzeczywistej zmiany porządku państwowego żyją jednak jakby nic się nie działo. Obok jednostki wojskowej pilnowanej przez żołnierzy wspomaganych pojazdem opancerzonym ludzie przechodzą zupełnie obojętnie. Widać, że najwyraźniej nawet w składzie Ukrainy Krym był rosyjski, co też słychać na ulicy, gdzie mowa rosyjska jest właściwie jedyną.

Nad siedzibą rady Republiki Krym również znajduje rosyjska flaga, tak jak i na dziedzińcu lokalnego parlamentu. Proszę jednego z dwóch mężczyzn o zrobienie zdjęcia, wdaję się w rozmowę o Majdanie. Nie jesteśmy przeciwko zmianom na lepsze, ale przede wszystkim chcemy, by był porządek. A widać, do czego Majdan doprowadził – mówi młodszy z nich. Zaraz będziemy wieszać nowy napis, przyjdź za godzinę – zachęca z kolei starszy. Rzeczywiście, po starych napisach na siedzibie dawnej rady Autonomicznej Republiki Krym zostały tylko kontury zdjętych wcześniej liter.

Obracając za godzinę po drodze natrafia się możliwość porozmawiania z dwoma przedstawicielami sił samoobrony obywatelskiej ludności Krymu. Formacja ta zorganizowana jest bardzo podobnie jak analogiczne ruchy na Majdanie. Chcieliśmy do Rosji po tym wszystkim, co stało się w Kijowie – opowiadają członkowie straży obywatelskiej. Na początku przedstawiam się, skąd przyjechałem, nie ma żadnych antypolskich uprzedzeń. W głowie świta mi myśl, że gdybym stosował podobne kryterium stosunków osobistych z przedstawicielami drugiego narodu jako probierz wartości danej koncepcji geopolitycznej – niczym polscy majdanoentuzjaści wieszczący polsko-ukraiński sojusz na podstawie własnych doświadczeń z Ukraińcami, to musiałbym chyba zacząć postulować polsko-rosyjski sojusz strategiczny.Rozmowa bowiem przebiega bardzo pomyślnie, aż trudno w pewnym momencie ją zakończyć.

My zawsze mówiliśmy, że jedziemy stąd „na Ukrainę” – kontynuują członkowie samoobrony. Trochę szkoda, bo mamy tam wielu znajomych i przyjaciół, ale nowy rząd nie pozostawił nam wyboru, kasując ustawę językową – mówią. Potem się z tego wycofano, ale my im już nie ufamy. Dlatego tutaj Rosję uważa się nie za okupanta, ale za wybawcę, ludzie naprawdę chcieli do Rosji – twierdzi jeden z nich.

– A wy kim właściwie się czujecie: Rosjanami, Ukraińcami? – pytam.

– Krymczanami. Ale rosyjskimi. Tak, Rosjanami-Krymczanami.

Wyobraź sobie, że jedna stojąca nad grobem starsza kobieta kazała przywieźć sobie podczas referendum urnę wyborczą, a wraz z nimi mieli przyjechać obserwatorzy. Mówiła, że gdyby nie przywieziono jej tej urny, to wyklęłaby wszystkich jeszcze przed śmiercią. I tę urnę jej do domu zawieziono w asyście obserwatorów. I zagłosowała – jak twierdziła – dla swoich dzieci i wnuków za przyłączeniem do Rosji – opowiadają.

Nawet Tatarzy byli za, większość z nich tak naprawdę boi się swoich własnych radykałów z Medżilisu. Wiem, bo mam wielu znajomych Tatarów, natomiast część z tych liderów tatarskich ma kontakt z mudżahedinami – kontynuuje jeden z Rosjan. Poza tym, tam w Kijowie byli faszyści, najprawdziwsi faszyści – dodaje drugi. Podkreślam, że sam jestem przeciwko banderowcom, więc jeśli chodzi o nich, mam identyczne poglądy jak rozmówcy. Ryzykuję tezę, że być może ich nastawienie jest rzekomo antyrosyjskie, ale już nie antypolskie, co wyrażam na głos.

Najpierw sprawią się z nami, Rosjanami, a potem wezmą się za was – mówi jeden z moich rozmówców. Zakładam, że rosyjskie służby nie przewidziały, iż spontanicznie w Kijowie podejmę decyzję o wyjeździe na Krym i nie podstawiły na mojej drodze w Symferopolu swojej agentury, dlatego zapamiętuję sobie tę przestrogę. Zresztą, na dobrą sprawę przecież nigdy nie potrzebowałem Rosjan ani żadnego innego narodu, by zadawać sobie sprawę z tego, czym jest banderyzm.

Mówią, że to nie jest ziemia rosyjska, bo należała wcześniej do kogoś innego. To co, mamy ją oddać Grekom albo Scytom? – pyta retorycznie rozmówca. W ten sposób można doprowadzić sprawę do absurdu. Wszystkie narodowości będą miały na Krymie swoje prawa – przekonuje. Oczywiście, co do Majdanu, to podstawowe jego idee jak walka z korupcją, popieramy. Ale w ten sposób nie sposób niczego osiągnąć – ocenia jego kolega.

Na końcu opowiadam o planszy widzianej w Kijowie na Majdanie z zapowiedzią „odwojowania etnicznych ukraińskich ziem na Krymie”, co wywołuje śmiech rozmówców. Chcąc nie chcąc, śmieję się również, chociaż po prawdzie wolałbym, aby Krym pozostał ukraiński – tego na głos jednak nie mówię. Jednak będąc na Krymie zdaję sobie sprawę, że ukraińskim być już przestał, na co oczywiście wpływu nie mam najmniejszego.

Mając jeszcze chwilę wolnego czasu, zachodzę do pobliskiego meczetu. Od razu zwraca na mnie uwagę starszy mężczyzna, Tatar. Pyta się, skąd przyjechałem. Starając się stworzyć jakąś wspólną płaszczyznę, opowiadam o Tatarach na polskim Podlasiu. Jednak miejscowy usiłuje przekonać mnie do islamu, argumentując zresztą dość rzeczowo. Mówi o proroku Issie (Jezusie), pyta mnie o to, czym jest dla mnie islam. Staram się unikać tego tematu, nie planowałem bowiem konwersji na religię mahometańską. Na końcu Tatar żegna mnie słowami:
– Pamiętaj, jest tylko jedna prawdziwa wiara i jedno życie. Drugiej szansy na nawrócenie nie będzie.
– Zgadzam się w zupełności – odpowiadam w neutralnym tonie.

Będąc wdzięcznym muzułmaninowi za możliwość zwiedzenia meczetu i za autentyczną z pewnością troskę o moją duszę, wchodzę mimo wszystko z pewną ulgą do chrześcijańskiej – choć prawosławnej – świątyni po drugiej stronie ulicy. Przypomniały mi się słowa Rosjanina z Tatarstanu o muzułmanach traktujących swoją wiarę poważnie i rzeczywiście o takie wrażenie nietrudno. Sam jestem zmuszony do traktowania swojej wiary nie mniej poważnie niż napotkany muzułmanin.

Na montowaniu rosyjskich tablic na siedzibie rady Republiki Krym obecnych jest kilkunastu dziennikarzy. Wiesza je dwóch ludzi, których wcześniej prosiłem o robienie zdjęcia na dziedzińcu. Jak zapowiadali, wieszane napisy są tymczasowe, wkrótce mają być zastąpione trójjęzycznymi: rosyjsko-ukraińsko-tatarskimi. Te trzy języki mają być też urzędowymi na Krymie wchodzącym w skład Federacji Rosyjskiej. Decyzja miała zapaść za dwa dni.

Podczas montażu tablic proszę skośnooką dziewczynę o zrobienie zdjęcia, celowo oczywiście dobierając właśnie ją. Zgodnie z przewidywaniami okazuje się Tatarką, ale zapytana o pogląd na temat wydarzeń na Krymie nie jest chętna do rozmowy. Udaje się jedynie wyciągnąć z niej informację, że nie jest zadowolona z tego, co zaszło. Wzrok miała trochę jakby nieobecny. Czas pokaże, czy przedstawiciele jej narodu rzeczywiście mają się czego obawiać.

Do Bachczysaraju prowadzi linia kolejowa, którą jedzie się około godziny i dwudziestu minut. Znowu mam szczęście i siada obok mnie młody człowiek, który pyta mnie o liczbę stacji do Bachczysaraju. Ponieważ dowiedziałem się zawczasu, po ilu stacjach wysiąść, jestem w stanie udzielić mu odpowiedzi. To staje się pretekstem do wymiany kilku zdań, oczywiście pytam o poglądy na kwestię Krymu. Oczywiście, że tak – odpowiada, gdy pytam, czy cieszy się z przyłączenia do Rosji. Jestem Krymczaninem – odpowiada z kolei na pytanie o narodowość, gdzie dodatkowo przedstawiam mu do wyboru opcję ukraińską lub rosyjską. Co ciekawe, obydwie te tożsamości zdecydowanie odrzucił. Twierdząco też odpowiada na pytanie, czy umie mówić po ukraińsku, co również wydawało mi się ciekawe.

W Bachczysaraju pomagam mu przenieść ciężki komputer na przystanek autobusowy, skąd kieruje mnie z kolei do Czufut-kale, skalnego miasta, odwiedzam też przy okazji pałac chanów krymskich. Po drodze widzę prywatny dom przystrojony w ukraińską flagę, natomiast jadąc z powrotem na dworzec, aby udać się do Sewastopola, patrzę na blokadę ukraińskich koszar przez żołnierzy o niezidentyfikowanej proweniencji. Z powodu blokady ludzie chcący się przedostać do wewnątrz skaczą przez ogrodzenie, co nie jest trudne z uwagi na sąsiedztwo lekkiego wzniesienia, po którym przebiega droga do Sewastopola. W kolejce do koszar obok pojazdu opancerzonego stoją samochody cywilne. Będąc już w autobusie jeszcze raz patrzę na ten nietypowy obrazek, na swoistą „dziwną wojnę”, której losy od początku zdawały się rozstrzygnięte.

Prorosyjska euforia

Mijając malownicze krajobrazy przez chwilę żałuję, że prawdopodobnie wkrótce będzie mi potrzebna wiza na rosyjski już Krym. Góry komponują się z morzem i to chyba najkrótsza charakterystyka półwyspu w tej jego części. W Sewastopolu tym bardziej komponują się w jedną całość, gdzie tkanka miejska to element spajający te dwie różne formacje. Piętrzące się góry przystrojone są serpentynami dróg biorących początek od nabrzeża zatoki, w której stacjonuje już od dawna rosyjska Flota Czarnomorska.

Miasto sprawia wrażenie, jakby nie zaszła tu żadna poważna zmiana, można się poczuć jak w mieście od dawna rosyjskim. Co jakiś czas w oknie, na balkonie lub na ścianie budynku wywieszona jest flaga Rosji. Widać też pozostałości niedawnej kampanii referendalnej, o czym świadczą plakaty zachęcające do głosowania za Rosją, gdzieniegdzie przedstawiana jest alternatywna wersja dalszych losów Krymu wyrażona swastyką z mapą półwyspu w tle. Na przedmieściach miasta z kolei postawiono „antybanderowską blokadę”, gdzie samowolnie przeprowadza się od czasu do czasu kontrole pojazdów. Stworzono nawet prowizoryczny posterunek. Działała ona w dalszym ciągu, mimo tego, iż referendum się już odbyło.

Tak jak uprzedzano mnie jeszcze w Symferopolu, w nieodległym od niego Sewastopolu panowało uniesienie z powodu włączenia do Rosji, czego wyraz dawali mieszkańcy miasta, przystrajając je spontanicznie we flagi rosyjskie. Z całą pewnością nikt tam rosyjskich wojsk nie postrzegał jako okupantów, co zresztą byłoby dziwne z uwagi na stacjonującą tu od dawna flotę, którą traktowano jak swoją.

W zabytkowym kompleksie starożytnych greckich ruin, Chersonezie Taurydzkim, proszę o zrobienie mi zdjęcia z Morzem Czarnym w tle jedynego człowieka, jakiego udaje się spotkać w pobliżu. Silna bryza i lekki deszcze raczej zniechęcały do udania się nad stromy czarnomorski brzeg, stąd wybór był ograniczony. Zdjęcie okazuje się marnej jakości, ale nie to jest najważniejsze. Mój fotograf okazuje się bowiem przybyszem z rdzennej Rosji, jest poetą, który szukał w tym miejscu inspiracji. Po czasie zdaję sobie sprawę, jak silne uczucia łączą Rosjan z tymi miejscem – miejscem, którego legenda na trwałe zapisała się w historii ich kraju. Entuzjazmowi i prorosyjskiej euforii na tych terenach nie można na pewno odmówić autentyczności.

Wyjeżdżając z Sewastopola do Doniecka przechadzam się jeszcze po nabrzeżu, gdzie znajduje się baza rosyjskiej Floty Czarnomorskiej. Patrząc na rosyjskie okręty wojenne wspominam w swoich myślach słowa Radka Sikorskiego, który publicznie nawoływał, by Rosja nie ważyła się wchodzić na Krym. Wrażenie, że rządzą nami w Polsce ludzie mali i kompletnie nie zdający sobie sprawy z powagi materii, jaką się zajmują, było u mnie silne jak nigdy dotąd. Bo czy nasz śmieszny minister może coś więcej poza pogrożeniem palcem mocarstwu?

Przechodzę przez dworzec przystrojony w rosyjską flagę i wsiadam do pociągu w Doniecku.

Kontr-majdan

Donieck sprawia wrażenie, jakby żył swoim życiem, tworząc swoisty donbaski mikroświat. Główna ulica miasta to prospekt Artioma, lokalnego działacza rewolucyjnego, który utworzył tu regionalną tymczasowo istniejącą socjalistyczną republikę. Następnie zawarł przymierze z bolszewikami, co, rzecz jasna, skończyło się dla niego tragicznie.

Idę pod jeden z kilku namiotów pod pomnikiem Lenina w centrum miasta, rozmawiam z młodym człowiekiem w kamizelce kuloodpornej. Wokół powiewają flagi Federacji Rosyjskiej i Związku Sowieckiego. To nurtuje mnie na początku najbardziej:

– Dlaczego powiewają tu obok siebie flagi Rosji i ZSRS i dlaczego bronicie pomnika Lenina, skoro Lenin zniszczył podczas rewolucji dawną Rosję i wymordował miliony Rosjan? – pytam.

– Nie chodzi tu o idee Lenina, tylko o naszą historię, Lenin też jest jej częścią – otrzymuję odpowiedź.

Skąd ja to znam? Po chwili sam odpowiadam sobie na to pytanie – dokładnie takie same tłumaczenia słyszałem z ust i czytałem spod piór i klawiatur tych, którzy przekonywali mnie w moim kraju, iż kult Bandery nie oznacza już tego, co właściwie oznacza. Pokrętne tłumaczenie? Owszem. Mając jednak na uwadze, że zbrodniarz to zbrodniarz – czerwony czy czerwono-czarny, miałem poczucie spełnionego obowiązku, pytając najpierw o tę podstawową w swoim przekonaniu kwestię.

Doniecczanin pokazuje mi zdjęcia i filmiki, jak „tituszki” – tylko że tym razem promajdanowe – wychodzą ze specjalnie przygotowanego autobusu w celu zrobienia prowokacji. Jak twierdzi, widziano jak odbierali za to wypłatę w banknotach. Oczywiście jestem za jednością terytorialną Ukrainy, ale jeśli będą nam zabraniać języka rosyjskiego, to najlepszym wyjściem będzie federalizacja – mówi.

– A przyłączenie do Rosji bierzecie pod uwagę? – pytam.

– Jeśli będzie to jedyne wyjście, to tak – odpowiada.

– A ty sam jesteś Ukraińcem czy Rosjaninem?

– Oczywiście, że Ukraińcem.

– A czy język ukraiński znasz? – zadaję to samo pytanie tym razem jemu.

Doniecczanin kiwa twierdząco głową. Przewrotna jest miejscowa tożsamość ukraińska, ale w gruncie rzeczy nie jest powiedziane, że tożsamość narodowa na tych terenach ma nieść ze sobą takie same treści i hierarchię wartości jak, dajmy na to, tożsamość polska. Wszak wcześniej był tu step i dopiero za czasów carskiej Rosji zaczęły tu powstawać miasta. Jednym z nich była Juzuwka, której nazwa pochodzi od fonetycznego zapisu nazwiska walijskiego przedsiębiorcy Hughesa. Juzuwka to dzisiejszy Donieck, wcześniej nazywała się Stalino – jak twierdzą miejscowi studenci, nie od nazwiska Stalina, ale od produkcji stali. W każdym razie, kontekst rosyjski czy post-sowiecki ma tutaj silne korzenie. Nie ośmielam się więc zadać pytania, czy miejscowi życzyliby sobie być antyrosyjskim buforem, chociaż w Polsce to popularny pomysł na Ukrainę.

Ukraina składa się w swej podstawowej części z dwóch różnych narodów. Nasz na Wschodzie i drugi na Zachodzie. Tam żyją ludzie będący w połowie Polakami. Ty byś lepiej ich zrozumiał niż mnie – dodaje jeszcze aktywista.

Udaję się na mecz miejscowego Szachtara, to jest „Górnika”, z Dnipro Dniepropietrowsk. Sam stadion – zbudowany na EURO 2012 za pieniądze oligarchy Rinata Achmetowa, z pochodzenia Tatara z rosyjskiego Tatarstanu – jest urzeczywistnieniem symbiozy kapitalistycznej polityki i politycznego kapitalizmu w swej specyficznej odmianie, jaka od dawna funkcjonuje w Donbasie. Fanatycy Szachtara mają na swoim sektorze rozłożony transparent po ukraińsku, w którym opowiadają się za jednością Ukrainy. Fani Dnipro śpiewają swoje piosenki na przemian po ukraińsku i rosyjsku, doniecczanie jedynie po rosyjsku. W pewnym momencie na pozostałych trybunach stadionu rozlegają się gwizdy, gdy kibice przyjezdnych krzyczą „Sława Ukrajini – Herojam Sława”, w ich stronę pokazywane są wyciągnięte pięści z wyprostowanym środkowym palcem.

W Doniecku jest pół na pół, ale pojedź do Ługańska, tam to już otwarcie wszyscy są za Rosją – mówią studenci politologii miejscowego uniwersytetu. Ciężko sobie to wyobrazić, w Doniecku bowiem – jeśli ma się w pamięci Lwów czy Kijów – ciężko poczuć Ukrainę. A jednak to też Ukraina, tylko że całkowicie inna. Na swoistym majdanie, czy też kontr-majdanie, „herojami” są polegli na służbie podczas walk w Kijowie milicjanci. „Swoim człowiekiem” jest tu nadal Wiktor Janukowycz uznawany za legalnego prezydenta. Ludzie aktywnie występują za samozwańczym gubernatorem Pawłem Gubariewem, który obecnie siedzi w areszcie. Anty-bohaterem jest jego przysłany z Kijowa następca o nazwisku Taruta. zdjęcie parady SS-Galizien z lat II wojny światowej w okupowanym polskim Stanisławowie na Kresach (obecny Iwano-Frankiwsk na Ukrainie zachodniej). Fotografia, co nietrudno było zauważyć ze względu na logo, pochodziła ze zbiorów polskiego Narodowego Archiwum Cyfrowego. Podpisano ją pytaniem: „Czy chcesz, aby dziś Ukraina wyglądała tak samo?”.

Chcemy Ukrainy sprawiedliwej, gdzie przestrzegane będą ogólnoludzkie wartości, gdzie będzie panował porządek – mówi spiker na prorosyjskiej kilkutysięcznej manifestacji na centralnym placu miasta. Ludzie spontanicznie skandują „Rossija, Rossija” czy też „Donbas to Rosja”. Nie zdaję nikomu pytań i nie zdradzam swojej tożsamości, mimo wszystko obawiając się reakcji na obecność obywatela państwa, które jednoznacznie zaangażowało się w po jednej stronie konfliktu na Ukrainie. Atmosfera jest na tyle gorąca, że ograniczam się do roli niemego obserwatora, choć oczy i uszy staram się mieć szeroko otwarte.

Świadomość przynależności do Ukainy mają tutaj tylko studenci – mówią mi potem miejscowi żacy. Ta opinia wydaje mi się przesadzona, mimo wszystko nigdy nie wybuchła tu rewolta przeciwko Ukrainie jako takiej. Jest jednak też inny punkt widzenia:

– Ja to bym chciał, żeby Putin wprowadził tu swoje wojska. Tam są wyższe płace, a teraz klepię tu biedę – mówi pracownik firmy telekomunikacyjnej, monter. Jak widać, ludzie potrafią być do bólu pragmatyczni, chociaż dla nich pewnie takie ustawienie priorytetów nie sprawia najmniejszej przykrości. Tymczasem na organizowany w jednym z centrów handlowych flash-mob polegający na odśpiewaniu hymnu Ukrainy przychodzi około 20 osób. Studenci żartują, że przyszło na niego więcej dziennikarzy niż uczestników. To jednak nie zraziło organizatorów i wydarzenie się odbyło. Nikt nie został pobity ani uznany za „banderowca”.

Lustro socjologiczne

Wracam z wojaży cały i zdrowy, nie zabił mnie żaden banderowiec ani „rusek”. Zaskoczony nie czuję się ani trochę. Nawet gdyby Polska i Polacy rzeczywiście byli godnymi rywalami jednych bądź drugich, to pewnie stosunek do mojej osoby zależałby tylko ode mnie samego, zarówno u jednych jak i drugich, z nielicznymi pewnie wyjątkami. Sama Polska bowiem może być postrzegana jako rywal i wywoływać negatywne emocje tylko wtedy, gdy zacznie prowadzić swoją politykę na Wschodzie. Wszystko, co miała stracić, znajduje się właśnie za Bugiem.

Nie będzie więc nowej Rzezi Wołyńskiej, bo większość Polaków formacje OUN-UPA już dawno pozabijały i garstce Polaków na Kresach można co najwyżej uprzykrzać życie, gdyby tylko zaczęli głosić postulaty należne mniejszościom narodowym. Ale i tak swoje historyczne cele ukraińskie formacje nacjonalistyczne na Kresach przecież już osiągnęły.

Nie jesteśmy też żadnym rywalem dla Rosji, bo dopóki nie prowadzimy aktywnej polityki na wschód od swoich granic, dopóty nie wchodzimy Rosji w drogę. Mówimy tu rzecz jasna o polityce realnej, a nie o koncertach na Majdanie czy machaniu polską flagą w centrum ukraińskiej stolicy, co być może daje w emocjonalnych porywach poczucie wpływania na geopolitykę, ale realnych skutków stety lub niestety nie daje.

Patrząc jednak na całość Ukrainy można mieć wrażenie, że kraj, z którym trzeba się poniekąd obchodzić jak z jajkiem, jest przerzucany z rąk do rąk – a to do Unii Europejskiej, a to do USA, a to do Rosji. Jajko to i tak już jest mocno uszkodzone, dlatego Unia Europejska niby chce je przechwycić, ale nie chce sobie jednocześnie pobrudzić rąk, USA również deklarują zainteresowanie, ale stoją odwrócone plecami, a Rosja najchętniej by to jajko rozbiła. Między nimi podskakuje mały i nieznaczący podmiot, który większym może co najwyżej delikatnie nastąpić na stopę. Próbuje podskakiwać wyżej niż umie, żeby móc włączyć się w grę, ale co najwyżej skapnie mu na głowę trochę żółci. Ten podmiot to niestety, jak łatwo się domyśleć, Najjaśniejsza niegdyś Rzeczpospolita Polska.

Na pewno coś niedobrego dzieje się w kraju, w którym różne jego części zdają się ciągnąć każdy w swoją stronę. Każda w zasadzie pod tymi samymi hasłami – demokracji, praw człowieka, wolności – ale z różnym wektorem. Strony tego wewnątrzukraińskiego konfliktu stanowią dla siebie swego rodzaju lustro socjologiczne. W tym całym zamieszaniu jedno jest pewne – na Ukrainie została otwarta puszka Pandory, która wywoła trudne do przewidzenia konsekwencje. Ukrainie nie wróży to najlepiej, jednak o wiele bardziej martwi mnie, że Polsce również.

Marcin Skalski, Kresy.pl,

Lwów-Kijów-Symferopol-Bachczysaraj-Sewastopol-Donieck



4 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. jankot :

    We Lwowie, poza grobami Orląt i miejscowych Polaków jest jeszcze jeden grób. Z pozoru niewidoczny. Pogrzebana tam jest Polska niepodległa i suwerenna, dążąca do wielkości. W jej miejscu jest mierna III RP z kompleksem zachodu i pogardą dla wschodu. No i oszalałym „brataniem się” ze swoimi wrogami, a odtrącaniem realnych przyjaciół bądź możliwych partnerów do współpracy.