Z Tarasem Prochaśką, ukraińskim pisarzem i publicystą, rozmawia Marcin Romer, redaktor naczelny „Kuriera Galicyjskiego”.– Jeśli zapytać dziś w Polsce o współczesną ukraińską literaturę, z dużym prawdopodobieństwem można oczekiwać, że padnie też Twoje nazwisko. Jesteś dziś jednym z bardziej znanych, współczesnych pisarzy i publicystów ukraińskich. Jak rozpoczęła się Twoja przygoda z literaturą, co zaowocowało też później częstymi kontaktami z Polską? Jak to się stało, że biolog został publicystą i pisarzem?

– O tym, że jestem z wykształcenia biologiem najczęściej wspomina się w Polsce. Widocznie jest tam taka tradycja kulturalna by wskazywać na wykształcenie autora. Na Ukrainie, nikt na to nie zwraca uwagi, a w Polsce, od pierwszej wydanej książki, w notce biograficznej napisano – „biolog-botanik”.

Zawsze miałem skłonności do nauk humanistycznych. Gdy rozpoczynałem studia, a były to jeszcze czasy „radzieckie”, nie mogłem sobie wyobrazić, jak w ówczesnej rzeczywistości mógłbym pisać o tym, co chciałbym przekazać. Dlatego wybrałem inną dziedzinę, którą też bardzo lubiłem. Studiowałem botanikę i biologię we Lwowie. Wkrótce jednak rozpocząłem współpracę z wychodzącymi w tzw. „samwydawie” czasopismami literackimi. Przede wszystkim było to jedno z pierwszych pism tego typu – „Czetwer”. Moja współpraca z tym pismem datuje się od drugiego numeru.

Stopniowo napisałem to, co chciałem najbardziej napisać i wyszła z tego książka „Inne dni Anny”. Na tym się zatrzymałem, ponieważ sądziłem, że to już jest wszystko, co chciałem w tym czasie powiedzieć. Tak więc, w ciągu kilku lat, stałem się autorem tych kilku opowiadań.

Jeśli chodzi o moje pierwsze kontakty z Polską, ich „katalizatorem” był Jurij Andruchowycz. Jurko zaczął właśnie współpracować z Moniką Sznajderman i wydawnictwem „Czarne”. Kiedy wydano pierwszą powieść Andruchowycza, okazało się, że jest w Polsce zainteresowanie także nową literaturą ukraińską. „Czarne” zaczęło realizować też koncepcję przedstawiania „sąsiednich literatur” z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Zwrócili się do Jurka z prośbą by zaproponował im jeszcze kogoś. Tak przez rekomendację Andruchowycza trafiłem do wydawnictwa „Czarne”. Moja pierwsza książka w polskim przekładzie ukazała się w 2001 roku. Od tego czasu rozpoczęła się moja samodzielna współpraca z „Czarnym”.

– Jak układała się Twoja dalsza współpraca z „Czarnym”i innymi polskimi wydawcami?

– Tak się złożyło, że wszystko co później wychodziło na Ukrainie, dawałem jednocześnie do przejrzenia w wydawnictwie „Czarne”. W taki sposób ukazały się jeszcze dwie moje książki. Ukazała się powieść „Niezwykli”, a następnie jeszcze zbiór opowiadań. Było to ostatnie, co zjawiło się w „Czarnym”, chyba w 2005 roku. Jeśli chodzi o polskich wydawców to podjąłem też współpracę z wydawnictwem „Nemrod” z Krakowa. To wydawnictwo niewielkie, ale specyficzne. „Nemrod” wydał album fotograficzny z dwoma esejami o Ukrainie, moim i Serhija Żadana. Wcześniej wydano tam bardzo ładny album, trzy moje eseje o Lwowie, a niedługo potem książkę „Spalone lato”. Były to radionowele, które pisałem na Ukrainie pod tytułem „FM Galicja”.

Wydawnictwo „Czarne” nie jest wielkim i zbytnio masowym, ale ma swojego czytelnika i to bardzo pewnego. Podobnie ma się sprawa z moimi książkami ma Ukrainie. Nie jestem zbytnio popularnym pisarzem, ale ludzie, którzy czytają moje utwory, bardzo się przywiązują, czekają i pytają. Często spotykam się w różnych sytuacjach z moimi ukraińskimi czytelnikami i bardzo mi się to podoba. Coś podobnego zdarzyło się też w Polsce. Tam, krąg moich czytelników stanowi niezbyt szerokie koło, ale za to są to ludzie bardzo otwarci i ciekawi. Z tego powodu przyszło mi dosyć dużo jeździć na spotkania z czytelnikami nie tylko do Krakowa, Poznania czy Warszawy, ale i do małych polskich miasteczek. Byłem pod wrażeniem aktywności kulturalnej tamtejszych mieszkańców, ich pasji i chęci działania. Jako przykład mogę przywołać chociażby Krasnystaw.

– Od jakiegoś czasu, po obu stronach granicy, tworzy się specyficzne środowisko ludzi, zainteresowanych wspólnym wielokulturowym dziedzictwem naszej części Europy. Granica nie jest dla nich tak istotna. Ważny jest region, wspólne terytorium kulturowe. Mimo sztucznie zerwanej ciągłości, podejmowane są próby jej przywrócenia. Najważniejsze byśmy odeszli od narzuconej nam retoryki konfrontacji i zrozumieli, że więcej nas łączy niż dzieli.

– To o czym mówisz, można rozpatrywać na różnych poziomach i zjawisko to wyraża się w rożny sposób. Najlepiej radzą sobie inteligenci, czy może lepiej byłoby powiedzieć – intelektualiści czy artyści. Zaczynając od ludzi zainteresowanych etnografią do wyznawców najbardziej modernistycznej sztuki. W tych środowiskach istnieje całkowite porozumienie, całkowite zrozumienie potrzeby wspólnego działania i budowania wspólnej przestrzeni kulturalno-intelektualnej. Jest też dla nich naturalnym to, że Ukraińcy mogą i powinni jeździć na ziemię swoich ojców, na tereny dzisiejszej Polski, tak samo jak Polacy powinni przyjeżdżać tutaj, na dzisiejszą Ukrainę. Ta granica jest dla nich tylko symboliczna, jakkolwiek ciężko nie byłoby ją przekraczać. Istnieje też porozumienie na nieco innym poziomie. Poziom ten stanowią handlarze z obu stron granicy. Można mówić, że ludzie ci rzucają cień na nasze wzajemne stosunki, ale tak naprawdę wykonują kawał dobrej roboty w procesie wzajemnego porozumienia. Poznają się wzajemnie, widzą potrzebę współpracy. Między nimi nie ma konfrontacji, jako między Polakami a Ukraińcami. Oczywiście środowisko to ma swoje problemy. Ale konfrontacje, do jakich tam dochodzi, są powiązane z pieniędzmi, z towarem, czy jeszcze z czymś, ale nie są to konfrontacje międzykulturowe, czy międzyetniczne. Świetnie dogaduje się młodzież.

Dziwne, ale wygląda na to, że najgorzej ze współpracą radzą sobie urzędnicy. Zadeklarowano strategiczne płatnerstwo i daleko idącą współpracę. Odbywa się wiele wspólnych formalnych przedsięwzięć, a tak naprawdę po obu stronach wciąż są z tym kłopoty. Najlepiej widać to na samej granicy.

– Najważniejsze – to tworzenie wspólnej tkanki społecznej pomiędzy społeczeństwami i grupami społecznymi po obu stronach granicy. Nie ważne na jakim poziomie. Ludzie, którzy jadą handlować, którzy jadą pracować, tworzą taką wspólną tkankę. Sześćdziesiąt parę lat temu ta żywa wówczas tkanka została przecięta i obumarła. Ale jeśli przypomnisz sobie czasy otwartej granicy polsko-ukraińskiej, jeszcze przed wprowadzeniem wiz, to widać, że w momencie zdjęcia formalnych barier, ta tkanka zaczyna się zrastać. Zachodzi pytanie, na ile ta granica jest prawdziwa w sensie mentalnym? Nie mam oczywiście na myśli jej formalno-państwowego charakteru.

– Nawet na poziomie kontrabandy istnieje współpraca. Mówimy o przyjaźni i wzajemnym porozumieniu. Obaj mamy nadzieję, że tak będzie, ale nie możemy pominąć ważnej rzeczy, jaka ciągle kładzie się cieniem na naszych stosunkach, a jaką są bolesne sprawy z naszej przeszłości. Myślę, że na dzisiejszym etapie naszych stosunków jest to naturalne i typowe z punktu widzenia socjologii. Paradoksalnie pokazuje bliskość obu stron, bo z kim żyje się najbliżej i z kim najbardziej się kłóci, jak nie z sąsiadami zza płotu? A co dopiero dzieje się z tymi ludźmi, z którymi mieszkasz na co dzień? Ci ludzie, którzy są najbliżej, najlepiej wiedzą i pamiętają nasze błędy i nasze wady. Często są gotowi zamknąć na to oczy, są gotowi z nami pracować, żyć, kochać. Następują jednak chwile, kiedy nam to wypominają i nic z tym nie zrobimy. Myślę, że to, iż możemy o tym porozmawiać jest wielkim krokiem do przodu, chociaż uważam, że z ukraińskiej strony wciąż istnieje pewna obawa odnośnie stosunku do nich Polaków. Wciąż jest bardzo silny mit, że jest to próba powrotu, rewanżu. Trudno jest nieraz przekonać ludzi, że kiedy, przypuśćmy, przychodzą siostry zakonne do jakiegoś klasztoru, który dotąd stał w ruinie lub był wykorzystywany dziesiątkami lat jako magazyn lub szpital gruźliczy, że nie ma zagrożenia, kiedy one powracają, kiedy doprowadzają do porządku, kiedy pomagają ludziom. Ciągle u wielu ludzi istnieje podskórna obawa, czy nie jest to aby działalność, która chce przepchać tutaj ideę polską itp. Sądzę, że Ukraińcy powinni nauczyć się wychodzenia do Polaków ze swoimi propozycjami, robienia jakiejś kulturowej czy ekonomicznej ekspansji, w dobrym tego słowa znaczeniu. Nie tylko czekać, kiedy do nich przyjdą, ale samemu robić coś poważniejszego, proponować coś ciekawszego.

– Myślę, że najbardziej rozdzielają nas wciąż istniejące stereotypy i mity. Bardzo często zastępują one rzetelną wiedzę.

– Lekarstwem na stereotypy i mity jest wzajemne poznanie. Stereotypy są najbardziej obecne w środowiskach, które nie interesują się aktualnym życiem tych, których oceniają przez pryzmat wydarzeń sprzed kilkudziesięciu i więcej lat. Dotyczy to zarówno jednej, jak i drugiej strony. Są też ludzie, którzy wykorzystują mity dla swoich celów. Mają one potwierdzić głoszone przez nich tezy, najczęściej nie mające nic wspólnego z prawdziwą rzeczywistością. A co do mojej recepty – jest oczywiście pytanie, jak umożliwić to poznanie i sprawić by ktoś chciał coś lub kogoś poznawać.

– Ostatnio zająłeś się tłumaczeniem Vincenza „Na wysokiej połoninie”.

– To moje pierwsze poważne tłumaczenie literackie. Dla mnie to duże i ryzykowne wyzwanie. Propozycja przyszła oczywiście z Polski. Podjąłem się tego zadania, ponieważ odczuwałem, że Vincenz jest mi bliski, przede wszystkim przez sposób myślenia i przez zakres zainteresowań Krajem Karpackim. Vincenz pisał tę książkę, nie opierając się o doświadczenie literackie czy tradycje. „Na wysokiej Połoninie” – to książka zupełnie niekonwencjonalna, trudno ją zakwalifikować w jakimś jednym nurcie, w jakimś jednym stylu czy rodzaju. Teraz, gdy rozpocząłem już jej tłumaczenie, wydaje mi się, że Vincenz posiada bardzo mi bliski sposób narracji. Kiedy tłumaczę, zaczynam odczuwać, że nie patrzę na zdanie z boku, nie patrzę na akapity z boku, a przeczuwam dalszy rytm, dalszy wykład tego co będzie, odczuwam tak jakby – potok wydarzeń, który niesie i znajduję tam bardzo dużo ważnych rzeczy, których dotąd nigdzie nie czytałem. Pomimo mojej sympatii do Szuchewycza i jego wielotomowego eposu o Huculszczyźnie, czy do legend i bajek huculskich, twórczości Chotkiewicza czy Czeremszyny i Kociubyńskiego, którzy pisali o Hucułach, jest to zupełnie co innego. Nie chcę pomniejszać znaczenie ich twórczości, ale u Vincenza jest wiele rzeczy takich, które rzeczywiście są omówione po raz pierwszy i są to bardzo istotne rzeczy. Sądzę, że Vincenzowi bardzo pomogło to, że był w takiej pięknej sytuacji, kiedy sam był w środku tego świata, a mimo to nie utożsamiał się z tym światem, musiał mieć jakiś punkt obserwacji. Mógł wyjść na ogólną powierzchnię tego świata, o którym pisał, czego o sobie nie potrafili powiedzieć sami Huculi i nie mogli opisać też przyjezdni literaci, którzy przyjechali tam tylko na wakacje. To połączenie nieco większej perspektywy z życiem codziennym dało niepowtarzalny sposób widzenia Ukraińskich Karpat. Teraz myślę, że bez tej książki bardzo traci teraźniejsza wiedza o Karpatach, ta mozaika różnych źródeł i różnych fragmentów bardzo dobrze cementuje się z niektórymi uwagami, obserwacją, wnioskami i uogólnieniami Vincenza. Niedawno doszedłem do takiej rzeczy jak samotność. I Vincenz, po prostu, przetwarza tę samotność w nadzwyczaj ważną filozoficzną i życiową, strategiczną rzecz. Wychodząc z przekonania, o czasie, który ludzie powinni spędzać w samotności, Vincenz rozbudowuje wytłumaczenie bardzo ważnych mentalnych rzeczy, które odnoszą się do całego tego kraju. Wynosi życie Karpat na całkowicie inny poziom.

– Vincenz – to człowiek, którego trudno jest podporządkować jakiemuś schematowi. W swej twórczości pokazuje wielką różnorodność świata, w którym żył i którą się żywił.

– Ta pełnia i ta szerokość jego spojrzenia, całkowity brak schematów. Życie i świat, u Vincenza jest głębokim i szerokim, ale interesujące jest także to, że pisarz świetnie zdaje sobie sprawę ze zmienności świata i rozumie, że przychodzi inny czas, że bieg czasu jest inny. Mówi o górskim czasie, który zachowa się, kiedy ostatecznie zniknie samotność. Vincenz, ukazał, że są znacznie głębsze rzeczy, które nie zmieniają się razem z zewnętrznymi dekoracjami. Pokazał wiele takich istotnych mentalnych rzeczy, które mogą zmieniać kształt, ale w istocie zostaną niezmienne. Dlatego nie ma u niego dramatyzmu, kiedy mówi o odejściu jakiegoś zjawiska czy jakichś ludzi.

– Filozofia Vincenza zawsze skłania do refleksji i marzeń. Jakie są Twoje plany na przyszłość, a może raczej chciałbym Cię zapytać o marzenia.

– Trudno mi mówić o jakichś planach. Czasami mam takie wrażenie, że nie mogę obecnie donieść innym tego, co bym chciał. Wtedy chciało by się nieco pomilczeć, wyciszyć, coś zmienić w swoim życiu. Zejść z karuzeli wiecznego przymusu, konieczności, zobowiązań. Mam takie marzenie – chciałbym udać się w dłuższą podróż, ale tak bardzo wolno, rzetelnie i nieodległymi terenami, chciałem zobaczyć rozmaitość najpodobniejszych miejsc wokół mnie, może wybrałbym się w tę podróż rowerem?

– Zanim jednak wsiądziesz na rower, wróćmy na chwilę do relacji polsko-ukraińskich. Co trzeba zrobić, byśmy wrócili do miejsca, w którym już przecież kiedyś byliśmy, tylko większość ludzi zupełnie o tym zapomniała?

– Wydaje mi się, że tak naprawdę, największym historycznym problemem w naszych relacjach jest to, że w czasach współczesnych, w XIX i XX wieku, nie zaistniało, nawet krótkotrwale państwo ukraińskie. Mówię tu o stabilnym państwie, nie o tworach wojennych. To jest główny powód, dla którego bardzo nam trudno postrzegać jednakowo tę samą rzecz z obu stron. Sądzę, że gdyby w okresie międzywojennym zaistniało w jakiejś formie niepodległe państwo ukraińskie dziś byłoby nam dużo łatwiej. Tak jak łatwiejsze są dziś relacje polsko-czeskie, czy polsko-słowackie. Brak państwa jest bardzo wielką, stałą traumą dla Ukraińców i nawet, uznając to, że obecność Polaków tutaj była organiczną oraz, że istniały porozumienia i współpraca, tak czy inaczej pozostaje jakiś ślad, że jednak to było ICH państwo. Nawet jeśli było ono opiekuńcze i łagodne, nie było nasze. Dlatego wydaje mi się, że przyspieszenie porozumienia polsko-ukraińskiego zależy głównie od pełnosprawności państwa ukraińskiego. Żeby Ukraińcy mogli się w końcu pozbyć statusu narodu drugiej kategorii, który to status ciągle daje o sobie znać w sferze psychiki społeczeństwa ukraińskiego. Rozumiem, że trafiliśmy z tym problemem w bardzo złe czasy. Może nie tyle złe, może i dobre, ale czasy, kiedy w całym świecie odbywają się procesy dokładnie odwrotne – od państwa do regionów. Regiony zdobywają coraz większe znaczenie. Wszystko wokół mówi o tym, że to już nie jest potrzebne, ale opuściliśmy ten moment, kiedy wszyscy ci, którzy mogli, zabezpieczyli sobie byt państwowy i dlatego teraz jedyną naszą nadzieją na polepszenie relacji z sąsiadami, jest uzyskanie większej pewności siebie we własnym państwie. Sam po sobie wiem, że kiedy przekonuję kogoś, że u nas jest tak samo, jesteśmy tacy sami, itd., to sam w to nie wierzę, patrząc na to, jakim jest stan naszego państwa. Nawet porównanie w jakichś najprostszych rzeczach, np. jak zimą jest oczyszczona droga, to już tu różnica jest bardzo realna. To zbija mnie z nóg, odbiera bardzo wiele pewności i zabiera argumenty. Wtedy zaczynam się zastanawiać, czemu Polacy potrafili przynajmniej to zrobić, a my nie.

Wydaje mi się, że tylko pracując nad sobą można uzyskać szacunek i zrozumienie innych. Twierdzę, że bieda jest nie tylko w tym, że my mało znamy jeden drugiego, ale mało wysiłku poświęcamy pracy nad sobą. Potrzebny jest długi marsz, któremu będą towarzyszyć przyjemne pikniki i przystanki, biwaki, przyjazd wspólnych kuchni polowych itd. Ktoś kiedyś powiedział: „Wiele widziałem, dużo podróżowałem, znamy się i lubimy się z Niemcami, Francuzami, z Rosjanami i z Żydami, ale jeszcze ani razu nie widziałem człowieka„. Ja mówię odwrotnie, że znam Rosjan, Ukraińców, Polaków, ale przede wszystkim znam ludzi. Wszystko zależy od człowieka i z człowiekiem zawsze można się porozumieć. Jestem chrześcijaninem i przestałem wierzyć w jakieś inne drogi niż praca nad sobą. Jedynie doskonaląc się, można jakoś zmienić świat.

Jeżeli jest w czymś twoja wina, to trzeba tę winę wyznać i zrobić tak, aby więcej jej nie powtórzyć. Mimo, że każdy naród ma swoją specyfikę, i pewnego rodzaju narodową mentalność, uważam, że nie ma czegoś takiego, jak odpowiedzialność narodu za coś. Wydaje mi się, że to fałszywa droga, kiedy człowiek powinien odpowiadać za uczynki, popełnione przez naród czy przypisywać sobie jego triumfy.

Ty jesteś tylko sobą i powinieneś być przede wszystkim człowiekiem. To jest moje zdanie, które niestety nie daje recepty na rozwiązanie wszystkich, stojących przed nami problemów.

– Dziękuję za rozmowę.

Kurier Galicyjski, nr 12 (112) 29 czerwca – 14 lipca 2010



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz