O Białym Aniele

Pieśni Anny German do dziś zachwycają i cieszą się olbrzymią popularnością. Mamy wspaniałą okazję zapoznać się z jej życiem w rosyjskim serialu „Anna German. Tajemnica Białego Anioła”

Nie jestem krytykiem filmowym, literackim czy w ogóle krytykiem sztuki. Przyznać muszę, że słowo „sztuka” prędzej kojarzy mi się ze sztuką mięsa niż ze sztuką teatralną. Jestem przyrodnikiem. Jednak jako „naturalista” nie do końca pozbawiony też wrażliwości na to co jest dziełem rąk i umysłu człowieka, potrafię się i tym czasem zachwycić. Tekst, który właśnie czytacie, drodzy Czytelnicy, jest wyrazem takiego właśnie zachwytu i wielu głębokich wzruszeń, które dało mi oglądanie rosyjskiego serialu „Anna German. Tajemnica Białego Anioła”. Rosjanie, jak się okazuje, przynajmniej starają się uczcić pamięć wielkich artystów, którzy odeszli już dość dawno temu pozostawili jednak trwały ślad w niejednym pokoleniu. I tak na 30-lecie śmierci Wysockiego wyemitowano film „Wysocki. Dziękuj, że żyjesz” (temat na oddzielny tekst). A w roku ubiegłym na 30-lecie śmierci naszej piosenkarki sprezentowano telewidzom ten właśnie serial. Jego reżyserem jest Artiom Antonow, zdjęcia do filmu robiono w Rosji, na Ukrainie, w Polsce i na Chorwacji. W rolę Anny German wcieliła się polska aktorka, wilnianka z urodzenia, Joanna Moro.

Pierwszy raz usłyszałem o tym serialu będąc u znajomych w Brześciu, w ubiegłym roku. Mama mojej znajomej, poczciwa i bardzo wrażliwa Pani Natalia rodem spod Moskwy, pamiętająca jeszcze koncerty Anny German, zachwycała się nim: „Krzysztof, musisz go zobaczyć, piękny film, Anna German jak żywa”. Niestety okazji nie było, bo bagna i lasy czekały.

Jest jednak taka prawidłowość w rosyjskim kinie, że nowości filmowe, można bardzo szybko odnaleźć w sieci w niedługi czas po ich premierach. Nie wiem czy to legalne czy nie, ale ja często z tego korzystam – bo innej możliwości obejrzenia wielu dobrych rosyjskich filmów u nas po prostu nie ma, albo czekać trzeba na ich emisję w polskiej TV czy kinie latami. Nie stać mnie na taką cierpliwość. Oto i dziś można już oglądnąć serial „Anna German. Tajemnica Białego Anioła” w sieci on-line (linki podaję na końcu tego tekstu). Skorzystałem z tej okazji i oglądnąłem go – wszystkich 10 odcinków. Pewnie gdyby nie potrzeba snu i praca oglądnąłbym je ciągiem, bo dawno już żaden film czy serial tak mnie nie wciągnął i zachwycił. Czym? Na to krótkie pytanie wiele jest odpowiedzi.

Przede wszystkim grą aktorską Joanny Moro. Należę do pokolenia, które już raczej nie pamięta żywej Anny German (ledwie do zerówki szedłem, kiedy „spodobało się Panu zabrać ją do siebie”), niemniej jednak w sieci można znaleźć dostateczną ilość materiałów o niej w tym i filmowych. Reżyser, charakteryzatorzy i przede wszystkim sama aktorka dołożyli wszelkich starań byśmy mieli łudzące wrażenie, że to sama Anna German przed nami stoi. Wykorzystanie oryginalnych taśm z jej nagraniami jeszcze dodatkowo potęguje to doznanie. Również gra aktorska innych głównych postaci jest bez zarzutu: Marija Poroszyna w roli Irmy German (potem Berner), kobiety doświadczonej życiem, ale twardej i głęboko kochającej córkę. Na marginesie zmarła niedawno – w 2007 roku – przeżywszy niemal 100 lat (98) – czy ktoś słyszał o tym? czy doniosły o tym nasze media? Marat Baszarow grający enkawudzistę, zabójcę ojca Anny, ale również człowieka zakochanego w jej matce. Tutaj trzeba przyznać, że dość umiejętnie wprowadzono ten wątek do filmu. Prawdopodobnie niewiele on ma wspólnego z rzeczywistością, ale wg mnie jest bardzo pożyteczny. Co prawda ktoś nieżyczliwy może powiedzieć, że to wybielanie enkawudzistów, pokazywanie, że to w gruncie rzeczy dobry człowiek, tylko nieszczęśliwie zakochany. Jednak nic, nawet największe „zakochanie” nie usprawiedliwia mordowania ludzi, a zwłaszcza ojca dzieci, tej, którą się kocha. W każdym razie we mnie nie budziła postać tego enkawudzisty nawet krztyny uczucia. A ma ona moim zdaniem duże znaczenie „wychowawcze”, przypomina w filmie co jakiś czas o tej bandyckiej organizacji i o tym co robiła. Swoistym zwieńczeniem tego wątku jest śmierć babci Anny German – Anny Frizen. Doskonale odegrała jej rolę Jekatierina Wasiliewa ukazując ciepłą, mądrą i wierzącą kobietę. Ta właśnie Anna Frizen na łożu śmierci mówi, że życie teraz jest dobre, „to nie 38-y, że cię w nocy rozbudzą i zabiorą z domu na zawsze”….

Nie najlepiej na tym tle wypada gra polskich aktorów (poza oczywiście Joanną Moro i może jeszcze Olgą Frycz). Zwłaszcza Panowie: Mateusz Młodzianowski (grający Hermana Bernera, ojczyma Anny) i Szymon Sędrowski (grający Zbigniewa Tucholskiego, męża Anny), w moim odczuciu grają trochę sztucznie.

Inna rzecz, która w tym serialu zachwyca i pociąga, to pewna eksplozja uczuć i głębokich wzruszeń. Te może przydługie dla niektórych sekwencje ostatniej rozmowy ojca z małą Anną, jej tremy przed pierwszymi publicznymi wystąpieniami, trudnych rozmów z mężem, w ogóle trudnego wspólnego ich życia, w pewnym okresie, czy na koniec scena przed murem, pod którym został zamordowany jej ojciec. Wiem, może się to komuś wydać za długie, tasiemcowate, nudne. Mnie się jednak wydaje, że ten czas ma tutaj znaczenie. Umożliwia „zatrzymanie się”, próbę wczucia się w to co odczuwają bohaterowie. Na to wszystko potrzeba czasu – migające przed oczami kilkusekundowe sceny nie pozwolą na to. A tym bardziej, że wszystkie te wydarzenia, uczucia są realne, bo pochodzą od realnych osób, na których losach oparty jest scenariusz filmu. I to chyba jest najważniejszą i najmocniejsza stroną serialu – człowiek za każdym niemal razem uświadamia sobie, że (w większości przypadków) tak było! Takie trudne były losy naszej słynnej śpiewaczki. To nie wydumana hollywoodzka komedia romantyczna ze szczęśliwym zakończeniem, czy nie mniej wydumane i durnowate przy tym strasznie „Trudne sprawy”. To były realne losy. I to jest właśnie kolejny dowód na słuszność twierdzenia, że życie pisze najlepsze scenariusze.

Jest też w serialu dość udana próba ukazania rzeczywistości sowieckiej (zwłaszcza w latach przed II wojną światową), naszej powojennej polskiej. Tu na szczególna uwagę zasługuje kilka obrazków z życia codziennego: mieszkanie w „komunałce”, rzeczywistość szpitalna i tzw. kulturowa, która pokazuje, że teraz (wówczas) w kraju do rządów dorwały się „kucharczyne dzieci” (jakby to śpiewnie określił białoruski bard Wiktor Szałkiewicz). Pani w papilotach na głowie czy „siostra salowa” to kwintesencja tamtej rzeczywistości. Rzecz jasna daleko im jeszcze do bohaterów Bareji nie mniej jednak są.

Film ukazuje także drapieżną rzeczywistość show biznesu zachodniego (wyjazd Anny do Włoch) z tym, co dziś doprowadzone jest do absurdu: przekupnymi jury, promowaniem beztalencia, nachalnym PRem, agresywną reklamą i wszechobecnymi i wszech-rządzącymi pieniędzmi. To wszystko jest obce Annie i na tle tych pędzących za sławą (za wszelką cenę) „gwiazd” istotnie jawi się nam ona jako „Biały Anioł”.

***

Szukając informacji w sieci (na polskich stronach) o tym serialu – by nie okazało się, ze wyważam otwarte drzwi i zachęcam Państwa to oglądnięcia czegoś, co być może już oglądaliście, trafiłem na niewiele informacji. Na portalu filmweb uznano go za arcydzieło – nie ma tam jednak nawet krótkiej jego charakterystyki. Za to można o nim poczytać w „Gazecie Wyborczej”. Niestety jak to czasem bywa w tym żurnalu, zwłaszcza gdy rzecz idzie o ludzi sławnych a mieszkających w Polsce, tekst zaczyna się od tego, czy aby na pewno byli Polakami (ciekawe, że mniej jest takich wątpliwości w przypadku np. morderców z Jedwabnego). No ale nie chciałbym psuć wrażeń z tego serialu dywagacjami z „Wyborczej”. Sadzę że Pan redaktor Murawski sam sobie może z łatwością odpowiedzieć na to pytanie. Bo o ile z ZSRR Anna i jej rodzina uciekła do Polski może jako miejsca, gdzie najłatwiej było uciec (jej ojczym był Polakiem), o tyle kiedy była już sławną piosenkarką, to nawet SB nie zabroniłoby jej wyjechać/uciec gdzieś na Zachód czy Południe i robić tam karierę. A przyznać trzeba, że miała ku temu i talent i możliwości. Wracała jednak do tych wszak znacznie bardziej niż na zachodzie „siermiężnych” peerelowskich warunków.

Mniej dylematów od redaktora Murawskiego mieli jednak widzowie że wschodu. Serial emitowany był na Ukrainie na kanale Inter i w Rosji na 1-szym kanale, który odbierany jest także w Białorusi i Kazachstanie. Oznacza to, że grubo ponad 100 mln ludzi mogło go obejrzeć. I wielu oglądało, i opinia taka, jak mojej białoruskiej znajomej wcale nie były odosobnione, bo piosenki Anny German cieszą się na wschodzie nadal ogromną popularnością. W Urgenczu gdzie się urodziła, główna ulica nazwana jest jej imieniem, posiada, jako jedyna nie-Rosjanka swoją gwiazdę w Alei Gwiazd w Moskwie itd. Ale to wszystko oficjalnie, reprezentacyjnie rzekłbym. Nie byłoby tego, gdyby Anna German naprawdę nie cieszyła się wielkim szacunkiem u mieszkańców Rosji, Ukrainy, Białorusi. A ten odczytać można dziś jeszcze w komentarzach pod jej piosenkami umieszczonymi gdzieś w sieci czy pod wspomnianym serialem.

***

Czytałem gdzieś niedawno, że polskie seriale nie są najgorsze. Trudno mi się na ten temat w pełni kompetentnie wypowiadać, bo ani ich nie śledzę, ani nawet od szeregu lat nie mam telewizora. Kontakt mój z różnymi „Rysiami z Klanu”, „Hankami”, czy „ojcami Mateuszami” jest raczej przypadkowy i „pod przymusem” – przy okazji odwiedzin w rodziny czy znajomych, dla których moja wizyta nie jest aż tak atrakcyjna jak kolejna zagadka rozwikłana przez wspomnianego księdza. Nie mam im tego za złe, czasem sam siedzę i się gapię. Istotnie, w porównaniu z różnymi „zbuntowanymi Aniołami”, którymi rodzina „molestowała mnie” we wczesnej młodości wydaje się, że jest nie najgorzej. Co oczywiście nie znaczy, że nie mogłoby być lepiej, i że to co periodycznie wycieka z „Wielkiego Oka” nie mogłoby być bardziej pożyteczne. Że nie mogłoby być więcej takich seriali jak „Czas Honoru” czy „Wojna i miłość”, które są i ciekawe i pożyteczne i czegoś uczą za razem.

Za tego typu twórczość uważam też i rosyjski serial o Annie German.

W moim odczuciu „przespaliśmy”, (pytanie tylko czy świadomie i z determinacją?), ubiegłoroczną smutną ale okrągłą rocznicę jej śmierci. Wielka szkoda. Ale sądzę, że jest to jeszcze do nadrobienia. Może zamiast puszczania kolejnej amerykańskiej szmiry, albo wcale nie lepszej ojczystej, zamiast krzyżować ludzi na drzwiach stodoły, męczenia ich ogromnym warszawskim kacem na wyjeździe integracyjnym, miast katowania widza kolejnymi zwierzeniami sfrustrowanych rozwódek z ciężką menopauzą, lepiej wyemitować w polskiej telewizji ten właśnie serial. Zwłaszcza, że bariera językowa nie jest tu tak wielka i w wielu momentach nie oto idzie by wprowadzić polskiego lektora, a oto by jedynie „wyciszyć” lektora rosyjskiego. Warto nad tym podumać Panowie z TVP!

Krzysztof Wojciechowski

Cały serial oczywiście w oryginalnej wersji językowej można oglądnąć pod którymś z zamieszczonych niżej linków. Gorąco do tego zachęcam !

[link=http://seasonvar.ru/serial-4748-Anna_German._Tajna_belogo_angela.html]

[link=http://1kinobig.ru/drama/15879-anna-german-tayna-belogo-angela-serial-2012.html]



1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz