Nie tylko Lwowska Fala

„I z mroków niepamięci przywołuję twarze koleżanek i kolegów – tego bractwa radiowego opętanego miłością mikrofonu i odkrywców jego lwowskiej duszy!”

„Lwowska seria” Wydawnictwa LTW to książki objętościowo niewielkie – zwykle sto kilkadziesiąt stron. Ale jakże ważne, bo są to wspomnienia Lwowian żyjących i angażujących się w życie miasta w okresie międzywojennym. Ludzi, którzy w pewnym sensie tworzyli rzeczywistość tego miasta. Znajduje się w tej serii także wspomnieniowa książka spikera Polskiego Radia Lwów Czesława Halskiego. Autor, jak mniemam nie mający żadnych koneksji ze słynnym komisarzem, napisał ją z potrzeby serca, z chęci utrwalenia fenomenu jakim było Polskie Radio Lwów. Książeczka ta, „tradycyjnie” niewielka rozmiarami (raptem ok. 150 stron) niesie w sobie olbrzymi ładunek … optymizmu. Trudno zliczyć wszystkie jej plusy.

Na pewno jednym z najważniejszych jest lwowski humor. Niemal z każdej stronnicy tych wspomnień jarzy on się jak stale świecąca lampka, pachnie jak kwiat, świeci spokojnym blaskiem jak leniwe, woskowe promienie zachodzącego słońca snujące się lwowskimi ulicami, ślizgające się po murach katedry, ratusza, Wieży Korniakta. To on, ów humor, podobnie jak i całe radio był nieodłącznym składnikiem tej rzeczywistości, tej przestrzeni, którą niekiedy słusznie nazywa się „planetą Lwów”. Mistrzami humoru byli oczywiście nieocenieni Szczepcio i Tońko. Autor pisze o ich żartach tak: „Słoneczny był ich humor, tylko od czasu do czasu zaprawiany łezką sentymentu. Co może najważniejsze, że nic nie tracił on w atmosferze codzienności, nerwowego pośpiechu i pogoni za uciekającym czasem.” Warto też dodać, że humor ten nie był jedynie na pokaz, był on jakby cechą immanentną lwowskich radiowców i przejawiał się nie tylko na antenie, ale i w życiu, w normalnym obcowaniu ze sobą. Dowodem tego jest spontaniczna opowieść jednego z nich, jak to na wyścigach końskich jego klacz faworytka wyprzedziła konkurentkę już prawie na mecie „o pierś Celiny” (Celina Nahlik była spikerką Polskiego Radia Lwów obdarzona przez naturę, jakby to zapewne określiła Anna German, „dobrze funkcjonującą diafragmą”), albo humorystyczna mowa pogrzebowa wygłoszona przez jednego z radiowców nad wiecznie rozrytymi lwowskimi ulicami. Humor też słuchać było ze studia w formie „czystej”, czyli anegdot, dowcipów. Przy czym, jak przystało na „stare dobre czasy” spikerzy nie musieli uciekać się do epatowania ordynarnymi zwrotami, płytkiego naśmiewania się z jakiś grup społecznych, narodowych, socjalnych (nie musieli „gwałcić” swoich ukraińskich sprzątaczek). Wystarczyło, że przytoczyli jakąś anegdotę, również z tych przysłanych przez słuchaczy. Warto kilka z nich przypomnieć. Oto jak wybrnął z trudnej sytuacji CK sędzia, który miał osądzić lwowskiego batiara, za to, że powiedział „Mam cesarza w d…”. Uzasadnienie wyroku brzmiało: „Za rozprzestrzenianie fałszywych wiadomości o miejscu pobytu Jego Cesarsko-Królewskiej Mości”. Albo pytanie: „Jaka część ciała ważniejsza – głowa czy brzuch?” Odpowiedź: „Brzuch oczywiście, bo mogę nie myśleć cały tydzień i nic mnie nie boli, a gdy nic nie jem przez jeden dzień to zaraz mnie mdli i ściska w dołku”. Czy też żart słuchacza z Kołomyi: „Pewien aptekarz lwowski wynalazł gojącą maść tak dobrą, że gdy psu urwało ogon i ranę posmarował tą maścią, to po kilku dniach odrósł nie tylko cały ogon ale pies z drugiej strony!”. Wielką popularnością cieszyły się radiowe kalambury, do których kolejne pomysły również przesyłali słuchacze: dyskretny arcybiskup – Szept-ycki; arcybiskup z astmą – Sapie-ha; arystokrata mający chudą żonę – ma-gnat; a mężczyzna nie lubiący chudych kobiet – anty-patyk, a dla odmiany marynarz lubiący kobiety to – majtek, zaś mężczyzna ogłupiony przez kobiety to – ero-tuman; kolejka do sklepu z pieczywem to po-chelb-stwo, zaś do dentysty to – kolejka zębata, itd. itd. Warto przytoczyć też rymowanki którymi gęsto okraszano audycje na różne tematy (również polityczne). W czasie silnej propagandy stawania frontem do LOPP, do FON i inny państwowych i społecznych inicjatyw Tadeusz Hollender napisał wierszyk:

„Frontem do LOPPa, frontem do chłopa!

Frontem i frontem wciąż każą nam.

– Przepraszam, proszę Panów – a dopa?

A dopę, proszę, gdzie zwrócić mam?”

Mistrzem ciętej riposty był też Jan Zahradnik, który na zarzuty o utrzymywanie intymnych stosunków z pewną damą odpowiedział wierszykiem:

„Nikt tym Boga nie obraził

Kto tam właził i wyłaził

Boć to cnoty jest dowodem

Zwiedzać miejsca skąd-ś jest rodem…”

I jeszcze jeden wierszyk, który zapewne i dziś nie stracił na aktualności. Rzecz dotyczy „ważnego” dzieła:

„Wyszło dzieło z druku

niejednego zachwyci introligatora

oprawne w świńską skórę

ściągniętą podobno z samego autora”

Ale dość już o humorze, bo choć był on ważną rysą lwowskiego radio, to jednak nie jedyną. Zdecydowanie, co różni lwowskie radio od współczesnych, był jedynie narzędziem, pomagającym przesłać do słuchaczy ważniejsze treści. Bo lwowskie radio miało swoją misję. Misję szerzenia w społeczeństwie pożytecznych dobrych treści i inteligentnej rozrywki. Do tych pierwszych bez wątpienia należały audycje księży, działaczy społecznych. To jest ta „poważna strona” lwowskiego radio. A że i traktowano ją odpowiedzialnie świadczy poniższy cytat: „Pewnego dnia wpadł do mnie do spikerni Petry [Juliusz Petry, dyrektor rozgłośni – przypis K.W.] na pogawędkę, podczas gdy na antenie szły programy z innych rozgłośni. Zapytałem go wtedy, co uważa za swoje największe osiągnięcie radiowe. Po chwili namysłu powiedział, że przekonanie naczelnej dyrekcji w Warszawie o słuszności swojej tezy, że rozważania rekolekcyjne w radio powinien wygłaszać nie najwyższy dostojnik w hierarchii kościelnej – prymas czy kardynał – ale najlepszy mówca, choćby nie miał mitry ani infuły.” Tak się jednak złożyło, że we Lwowie hierarchia szła w parze ze zdolnościami oratorskimi. Dowodem na to był „złotousty kaznodzieja”, arcybiskup ormiański, ks. Józef Teodorowicz. To jedno z jego rozważań umieszcza Autor w całości w książce. Ja przytoczę tylko fragment bo jest ono aktualne i dziś, kto wie czy nawet nie bardziej niż 80 lat temu we Lwowie: „Są ludzie, co działają na własną szkodę, wbrew własnemu pożytkowi, bo nie wiedza co jest dobre, a tylko to co jest dobre – jest pożyteczne! Są ludzie tak zwani głębokiego sumienia, umiejący rozeznać co jest dobre a co złe. Niestety zbyt dużo ludzi żyje bez sumienia, co bynajmniej nie znaczy, że postępują niezgodnie z przykazaniami bożymi. Nie. Żyją powierzchownie. Postępują poprawnie, bo mają szacunek dla siebie i dbają o opinię.

Ale – nie przychodzi im do głowy pociągać siebie samych do odpowiedzialności, innymi słowy, postawić się w roli oskarżonego przed sędzią, którym jesteś ty sam, sędzią najsurowszym i najsprawiedliwszym, przed którym nic się nie ukryje!

To spłycenie moralne jest często udziałem ludzi mających powodzenie w życiu, którym los układa się gładko i którzy nie natrafiają na przeszkody i katastrofy. Nie można powiedzieć o nich, że są bezmyślni! Nie! Są to ludzie uczciwi, nie zrobią nic złego ani brzydkiego, ale … nie mają czasu – jak twierdzą – na zastanawianie się nad sobą. A przecież to najważniejsze!

Już w starożytności mówił arcybiskup głosem silnym … poznaj samego siebie a wtedy zrozumiesz świat. I dlatego proszę, wołam … obudźcie się z moralnego letargu, w którym życie wam tak gładko przemija. Obudźcie się i rozważcie swoje dotychczasowe bytowanie, bo czasu tak dużo – już nie ma!” – wołał zwierzchnik Ormian.

Warto też podkreślić, że i misja owa i humor lwowskich radiowców niekiedy nie podobały się władzom (to był byłe czasy, kiedy media nie zabiegały tak nachalnie jak dziś o łaskawość włodarzy). W 1935 roku doprowadziło to do odwołania z funkcji dyrektora Juliusza Petry, co miało ukrócić swawolę „lwowskich wesołków”. Jednak rozpętał się skandal „rewolucja”, jak ją określił Halski, i władza zmuszona była przystopować swoje cenzorskie zapędy.

I na koniec na jeszcze jedną nieocenioną wręcz zaletę książki „Polskie Radio Lwów” należy zwrócić koniecznie uwagę. Czesław Halski wyraził to w lakonicznym ale pełnym treści stwierdzeniu: „I z mroków niepamięci przywołuję twarze koleżanek i kolegów – tego bractwa radiowego opętanego miłością mikrofonu i odkrywców jego lwowskiej duszy!”. Kto wie czy to nie najważniejszy plus książki. Przypomnienie z nazwiska, funkcji, dokonań wszystkich tych, którzy złożyli się na fenomen lwowskiego radia. Wnieśli tam swoją ciężką pracę, czasami zupełnie niewidoczna, a ściślej, niesłyszalną – montażyści, ci, którzy przygotowywali teksty itp. Bo słysząc o lwowskim radio, o Wesołej Lwowskiej Fali oczywiście przypominamy sobie osławionych Szczepcia i Tońka (choć mało kto już pewnie potrafi wymienić ich prawdziwe nazwiska), komuś tam zapewne kojarzy się jeszcze postać Mariana Hemara. Ale już pewnie nie tak łatwo wydobędziemy z pamięci Władę Majewską, która przecież zmarła raptem 2 lata temu w wieku ponad 100 lat (czy ktoś słyszał o tym w naszym radio ?). Przyznajcie, że i postać autora książki, spikera Czesława Halskiego nie była wam znana – choć umarł już w tym tysiącleciu również w pięknym wieku 93 lat. Ja przyznaję. A cóż dopiero takie postacie jak: Wiktor Budzyński, Zbigniew Lipczyński, Adam Sołtys, Jerzy Tepa i wielu, wielu innych. Przypomnienie i utrwalenie tych zapomnianych osób jest wielką zasługą Autora, a dodatkowo umieszczenie ich fotografii – rzeczą nieocenioną. I dlatego też warto przeczytać tę książeczkę.

Myślę też, że dobrze by było gdyby przeczytali ją także współcześni radiowcy. Wiem, nie jest łatwo, to ludzie stale zagonieni, ale warto. To tylko 150 stron a na pewno mogliby się z tej książki wiele nauczyć.

Krzysztof Wojciechowski

Czesław Halski, Polskie Radio Lwów, Wydawnictwo LTW, Łomianki, ss. 152



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz