Na Różańcową

Odpust parafialny – fest z okazji święta Matki Bożej Różańcowej odprawiany w moim rodzinnym miasteczku Sobotniki tradycyjnie w pierwszą niedzielę października.

(02.10-11.10.2014)

Jadę na Białoruś na kilka dni i będzie to zaledwie namiastka planowanego pobytu letniego, który nie został zrealizowany gdyż złamałem rękę. 5 lipca zmarła ciocia Janka, siostra mojego taty. Została pochowana nazajutrz, w dniu moich pięćdziesiątych siódmych urodzin, na sobotnickim cmentarzu obok swojego męża Antosia Kursewicza.

Moim głównym zamierzeniem jest jak co roku odwiedzenie najbliższej rodziny, która pozostała na ajczynie. W Lidzie mieszka ciocia Władzia najmłodsza siostra mojej mamy, na kolonii miasteczka Sobotniki w baćkowskiej chacie mieszka kolejna siostra i moja chrzestna Janina Zofia, na którą wszyscy mówią Zosia. W Sobotnikach, w których się urodziłem, żyje bratowa mojego taty ciocia Janka, a obok niej mój kuzyn Janek, który pochował swoją mamę 5 lipca. Mam tak samo bliskie kuzynostwo w Lidzie, w Sauhuciach koło Iwia, w Sienkiewiczach i Łunińcu na Polesiu, w Charkowie, w Kiriejewsku na południe od Tuły i Niżnym Nowogrodzie. Są jeszcze trochę dalsi krewni ze strony Kononowiczów i Niechwiadowiczów mieszkający w iwiejskim rejonie oraz w innych miejscach Białorusi.

Poranek w Lidzie jest zimny, minus pięć stopni Celsjusza, ale bardzo przyjemny. Mroźna nocka nałożyła białe pokrowce na dachy samochodów. Słońce już wstało, ciemnoczerwone i jeszcze niewielkie. Jego tarcza powoli unosi się i rozszerza przybierając coraz jaśniejszą a zarazem jaskrawszą barwę. Nisko nad trawami unoszą się długie i cienkie pasemka szarobiałej przezroczystej mgły – tuman.

Stoję na przystanku autobusowym przy ulicy Gastełło, gdzie mieszka kuzyn Witek i czekam na mikrobus linii numer 15, który zawiezie mnie na aūtawakzaū. Bezdomny kot z puszystym ogonem nie ma ochoty na plasterek kiełbasy posmarowany masłem, który wyjąłem z podróżnej kanapki. Może zje później?

Ludzie spieszą do pracy, do szkół, po poranne zakupy. Szybko zwracam uwagę na wysokie szczupłe dziewczyny z długimi rozpuszczonymi włosami, z nogami do samej ziemi, w czarnych rajstopach i mini czarnych spódniczkach lub w krótkich czarnych spodenkach. Elegantki! Bardzo bardzo ładne!

Kupuję bilet do Iwia i idę na peron piąty. Na sąsiedni szósty podjeżdża duży rejsowy autobus relacji Wilno-Grodno. Na ławce tego peronu siedzą dwaj mężczyźni w średnim wieku. Jeden z nich ubrany jest w wiatrówkę z wypłowiałym napisem CANADA na plecach. Chłód poranka zwalczają ćwiartką wódki wypitą duszkiem z butelki na dwóch i zapaleniem papierosów.

Jest godzina dziesiąta minut piętnaście – po białorusku piętnaście minut jedenastej. Kierowca uruchamia silnik, włącza radio i ruszamy do Iwia. Tuż za Lidą pierwszą mijaną wioską jest Dubrownia. To stara osada, ale z drogi widać jedynie osiedle nowych i wciąż stawianych piętrowych domów. Mijamy pojedynczych rowerzystów i osoby idące lewą stroną drogi. Jesień już wzięła pędzel do ręki i delikatnie rozpoczęła swoje malowanie dodając liściom nowych pięknych kolorów.

Wioska Kosowszczyzna. Katolicki krzyż z kapliczką w pobliżu przystanku i nieliczne krowy pasące się na wygonie. Wioska Tatarcy, a w radiu śpiewa Tom Jones. Piętnaście kilometrów w prawo jest Dokudowo nad Niemnem. Berdówka, a za nią Kirianowce z krzyżami katolickim i prawosławnym. Opuszczamy rejon lidzki i wjeżdżamy w iwiejski z pierwszym przystankiem Andruniszki jeden kilometr w prawo. Z autobusu wysiada starsze małżeństwo i szeroką polną drogą idzie w słońcu do swojej wioski.

Niestrzeżony przejazd kolejowy na jednej wstędze żelaznej drogi Lida-Mołodeczno. Z lewej strony bezkresny widok aż po horyzont. Po prawej stronie cmentarz prawosławny i wkrótce niewielka murowana cerkiew w Kniazikowcach Wielkich. Drogowskaz w lewo pokazuje jeden kilometr do Nowej Żyżmy. Duża wioska Sciganie i już widać Lipniszki z pasącymi się krowami na pierwszym planie i kościołem w tle. Dziesięć minut przerwy w centrum miasteczka i ruszamy do bliskiego już Iwia.

Zjeżdżamy z głównej drogi w prawo do wioski Gawia, gdzie wysiada starsza kobieta, i robimy nawrót z powrotem na Iwie. Stacja kolejowa Gawia, most na Gawii, Sudorgi, Krasowszczyzna, Drobyszy, jeden kilometr w prawo Sauhucie kuzyna Kazika, Iwie.

Do Sobotnik wiezie mnie kuzyn Janek. Jedziemy starym traktem, który wprost prowadz do naszego miasteczka obok Urciszek, Wodoli, Chilewicz skąd od kilku wieków wywodzi się nasza gałąź Niechwiadowiczów, Wasilewicz i Mażul. Cztery kilometry za Sobotnikami jest Żemłosław z niszczejącym zespołem pałacowym Umiastowskich. Stamtąd do granicy z Litwą są trzy kilometry, a dalej przez Szajdziuny, Dziewieniszki i Soleczniki Małe dojedziemy do Wilna, do Pani Ostrobramskiej. Z Sobotnik to niecałe osiemdziesiąt kilometrów.

W sobotę kilka godzin spędzam na cmentarzu czyszcząc z chwastów kwaterę Kononowiczów. Na zewnątrz niedaleko cmentarnej bramy jest betonowy boks na śmieci, którego w ubiegłym roku jeszcze nie było. Mam szczęście bo akurat podjeżdża śmieciarka, żeby opróżnić dwa pełne metalowe pojemniki.

Pierwsza niedziela października i trzeci, a zarazem ostatni i najważniejszy fest w naszej parafii z okazji święta Matki Bożej Różańcowej. Tradycja kółek różańcowych i wymieniania się tajemniczkami sięga w tu czasów przedwojennych. Istniało wówczas bractwo różańca świętego, do którego w 1930 roku należeli: Mieczysław Bohuszewicz, Bolesław Czejdo, Wanda Czejdo, Adela Cicha, Władysława Bahdziul, Halina Dobuszyńska, Józef Panasewicz, Stanisław Tuczkowski, Antoni Bil, Teofil Tuczkowski, Anna Niechwiadowicz.

Wychodzę od Zosi z kolonii wcześniej, żeby ze spokojem rozwiesić przy kościele moje dwadzieścia plansz ze zdjęciami i dokumentami przedstawiającymi historię miasteczka i gminy Sobotniki. Pogoda jest dobra, podobna do tej z ostatnich dni. Jest ciepło, świeci słońce i tylko czasami lekki wiatr przegina gałązki drzew. Leśna darożka przez dawne dziadkowe pole jest mocno zarośnięta, ale może ją przejechać pogotowie ratunkowe wzywane do Zosi już parę razy w tym roku.

Kiedy po wyjściu z lasu idę polną drogą w kierunku Łyntupskiej Drogi wiodącej do miasteczka, to się zatrzymuję kilka razy i rozglądam dookoła. Chcę się napatrzeć otaczających mnie krajobrazów bliskich pól i odległych lasów, pofalowanych wstążek dróg, na których białoszary obłok unoszącego się pyłu jest oznaką przejeżdżającego właśnie samochodu. Chcę nasycić oczy soczystą zielenią wzeszłej oziminy, posłuchać otaczającej mnie ciszy, której nie zakłócają słyszane śpiewy i trele ptaków.

Fest rozpoczyna się od wystawienia Najświętszego Sakramentu. Uroczystości przewodniczy zaproszony przez proboszcza Aleksandra Lebiedziewicza kolega z seminarium grodzieńskiego pracujący w parafii Grodno Południowe. Następnie z kościoła wychodzi procesja ze sztandarami i feretronami. Kolejno zatrzymuje się przy pięciu odświętnie przystrojonych kapliczkach różańcowych wkomponowanych w wewnętrzną stronę muru otaczającego teren przykościelny. Przy każdej z nich jest odmawiana dziesiątka różańca świętego. Z kolei odbywa się msza odpustowa w języku polsko-białoruskim. Fest się kończy i ludzie powoli wychodzą z kościoła. Powoli cichnie świąteczny przykościelny gwar rozmów między krewnymi i znajomymi. Robimy świąteczne zakupy na straganach, w miasteczkowych sklepach i odchodzimy do swoich domów, odjeżdżamy do swoich wiosek.

W poniedziałek ponownie idę na mahiłki. Modlę się przy grobach dziadków Niechwiadowiczów i stryja Albina. Przechadzam się cmentarnymi ścieżkami, przeciskam między ogrodzonymi grobami, czytam napisy wykute na pomnikach. Trafiam na piękny nagrobek Stasia Kuleszy z Wasilewicz, kolegi mojego taty. Na części pionowej jest jego podobizna z błyskiem w oku i skrzypcami ułożonymi do gry. Na części poziomej znajduje się napis: „ Upływa szybko życie, jak potok płynie czas. Za rok, za dzień, za chwilę razem nie będzie nas. I nasze młode lata upłyną szybko w dal, a w sercu pozostanie tęsknota, smutek, żal”.

Piękny jest nasz stary cmentarz położony nad Gawią. Wiekowe sosny i świerki chylą się w zadumie nad mogiłami. Chociaż do Wszystkich Świętych jest jeszcze prawie miesiąc, to większość grobów jest już uporządkowana i przybrana sztucznymi kwiatami, a niektóre ogrodzenia grobów są świeżo pomalowane.

Ten dzień jest wyraźnie chłodniejszy od poprzednich i czasami kropi deszcz. Z cmentarza idę jednak nad Gawię i przechadzam się jej brzegiem. Poszycie pośród drzew miękko ugina się pod moimi stopami. Jest jak lekko sprężysta zielona gąbka. Dmucha mocniej wiatr i unosi w powietrze liście ledwo trzymające się gałęzi. Przybierają one postać delikatnej i mrugającej wieloma oczami chmurki, która łagodnie układa się na Gawii i płynie z nią do Niemna.

We wtorek żegnam się z ciocią Zosią i wujkiem Władkiem i w środę wczesnym rankiem odjeżdżam z Sobotnik do Lidy.

Lida jest miastem bardzo przyjemnym i czystym. W wielu jej miejscach zauważam nowe budownictwo prywatne i to dość zamożne. Kiedy się o nie pytam moich lidzkich znajomych to słyszę, że często na ten cel idą kredyty bankowe i pieniądze uzyskane ze sprzedaży rodzinnych chat pozostałych na wioskach. Ja uważam, że jest to tylko część prawdy, do której należy dołączyć zawodową i prywatną, przedsiębiorczość obywateli Białorusi nie tak łatwą do osiągnięcia w realiach ich kraju.

Przy ulicy 8 marca stoi duży drewniany krzyż z paciorkami różańca rozwieszonymi na jego ramionach. Przed nim na ławce siedzi pięć ciepło ubranych pań i odmawia różaniec – wiadomo, jest przecież październik.

– Ekanomcie swajehroszy – reklamuje w miejskim autobusie nagrany głos i zachęca do kupowania biletów okresowych. Zwraca się też z prośbą do pasażerów, żeby utrzymywali czystość w pojazdach.

Na aūtawakzale kupuję bilet do Warszawy Zachodniej. Kasjerka, ciemna blondynka gdzieś w moim wieku, okazuje się być ziamliaczką z Lipniszek. W piątek o wpół do czwartej rano odjeżdżam do Grodna. Jestem jedynym pasażerem busa marki mercedes.

W Grodnie przesiadam się do dużego, rejsowego polskiego autobusu, którego końcowym przystankiem jest port lotniczy imienia Fryderyka Chopina w Warszawie. Razem z dwoma kierowcami jest nas dwadzieścia jeden osób. Większość stanowią młodzi ludzie świetnie mówiący o polsku i wysiadający w Warszawie na przystanku Politechnika. Nadjeżdża mój pociąg do Poznania. Wsiadam, zajmuję miejsce i ruszamy.

Jesteśmy już blisko miasta. Szyld na stacyjce kolejowej Antoninek, za chwilę jest cmentarz miejski na Miłostowie, gdzie blisko żelaznej drogi spoczywa mój tata, Franciszek – starszy brat dziadka Janka i jego żona Maria – babcia starsza.

I już jest osiedle Warszawskie i ulica Łęczycka z mamą. Wysiadam na Dworcu Głównym o godzinie osiemnastej.

To jest koniec tej podróży, ale zakończenia całości nigdy nie będzie.

Uwagi

Pogrubioną czcionką zaznaczyłem głoskę lub sylabę akcentowaną

Znakiem „ū” zaznaczyłem tak zwane „u” długie wymawiane jak polskie „ł”

Opisy zdjęć

zdj. 1 i zdj. 8 Fest na Różańcową.

zdj. 2 Fest na Różańcową. Mój kuzyn Janek Kursewicz z żoną Ireną i teściami swojej córki Olgą i Leonidem Jabłońskimi. Pani Olga śpiewa w polskim chórze „Polonez” w Mińsku. Na murze fragment mojej wystawy fotograficznej i historii miasteczka i gminy Sobotniki.

zdj. 3 Rzeka Gawia, prawy dopływ Niemna.

zdj. 4 Cmentarz parafialny w Sobotnikach.

zdj. 5 Grób Stanisława Kuleszy.

zdj. 6 Śmietnik przed cmentarzem.

zdj. 7 Poranek przed odjazdem z Sobotnik.



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz