O mały włos i wybory prezydenckie w Mołdawii rozstrzygnęłyby się już w pierwszej turze. To przede wszystkim zła wiadomość dla Unii Europejskiej, ponieważ niecałych dwóch punktów procentowych do wygranej już za pierwszym podejściem zabrakło prorosyjskiemu liderowi socjalistów. Który już zapowiedział, że przed drugą turą wyborów będzie starał się przede wszystkim wyjaśnić Mołdawianom, kim naprawdę jest jego kontrkandydatka.

Tegoroczne wybory prezydenckie w Mołdawii były wyjątkowe pod dwoma względami. Po pierwsze, po raz pierwszy od dwudziestu lat obywatele tego kraju mogli dokonać wyboru w wyborach bezpośrednich. Po drugie, odbywają się one już półtora roku po aferze związanej z wyprowadzeniem pieniędzy z sektora bankowego, która okazała się kompromitująca dla sił opowiadających się za integracją Mołdawii z Unią Europejską. Właśnie dlatego pierwszą turę wygrał Igor Dodon, lider prorosyjskiej Partii Socjalistów Republiki Mołdawii (Partidul Socialiştilor din Republica Moldova, PSRM), który uzyskując 48,6 proc. głosów o mały włos nie rozstrzygnął wyborów na swoją korzyść już 30 października. W drugiej turze wyborów, zaplanowanej na 13 listopada, zmierzy się on z Maią Sandu, szefową utworzonej w tym roku prozachodniej Partii Akcji i Solidarności (Partidul Acțiune și Solidaritate, PAS).

Korzystając na aferze

Jeszcze niedawno wydawało się, że Mołdawia nie zboczy z kursu na integrację ze strukturami zachodnimi. W 2009 r. doszło bowiem do powtórki wyborów parlamentarnych, gdy w ich pierwszej odsłonie zwyciężyła Partia Komunistów Republiki Mołdawii (Partidul Comuniștilor din Republica Moldova, PCRM), która pod wpływem społecznych protestów i zamieszek zdecydowała się na rozwiązanie parlamentu. W ponownym głosowaniu prorosyjscy komuniści ponownie zwyciężyli, jednak nie byli w stanie stworzyć wokół siebie większościowej koalicji rządowej. Dzięki temu władzę w Mołdawii przejęły konserwatywne i liberalne partie tworzące Sojusz na rzecz Integracji Europejskiej, które potwierdziły swoją dominację na tamtejszej scenie politycznej w 2010 i 2014 r. Sojusz zaczął się kruszyć jednak na początku zeszłego roku, kiedy powołano mniejszościowy już rząd Chirila Gaburicia. Niedługo potem okazało się, że pod koniec 2014 r. z mołdawskiego systemu bankowego „zniknął” blisko mld dolarów, a jednym z głównych podejrzanych stał się Vlad Filat, który latach 2009-2013 był szefem rządu i przewodniczącym prozachodniej Partii Liberalno-Demokratycznej (Partidul Liberal Democrat din Moldova, PLDM). Kompromitacja liberałów i ich sojuszników spowodowała masowe społeczne protesty, a przed siedzibą parlamentu w Kiszyniowie przez wiele miesięcy funkcjonowały dwa miasteczka namiotowe. Pierwsze z nich utworzyli zwolennicy integracji z UE i NATO, natomiast drugie skupiało już zwolenników zorientowanych na współpracę z Rosją socjalistów.

ZOBACZ TAKŻE: Kolejne kryzysy w Mołdawii

Afera okazała się korzystna głównie dla socjalistów, którzy w swojej retoryce przekonywali, że właściwie wszyscy zwolennicy integracji ze strukturami zachodnimi mają nieczyste intencje. Notowania PSRM szybko poszybowały w górę, co przełożyło się także na poparcie dla lidera tej partii. Dodon wcześniej w latach 2006-2009 był dość poprawnym ministrem gospodarki, natomiast w listopadzie 2011 r. zdecydował się opuścić szeregi komunistów i zasilić niewielkie wówczas ugrupowanie socjalistów. Wolta była związana z malejącą popularnością PCRM, ale także chęcią porozumienia się z Sojuszem na rzecz Integracji Europejskiej w kwestii trwającego dwa lata kryzysu konstytucyjnego. Socjaliści nie byli jednak już tak koncyliacyjni trzy lata później, kiedy wybuchł konflikt na sąsiedniej Ukrainie. Dodon przed odbywającymi się w 2014 r. wyborami parlamentarnymi uzyskał poparcie Kremla, spotykając się z samym rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem. Obaj politycy mieli wówczas omawiać aktualny stan mołdawsko-rosyjskich relacji i perspektywę ich rozwoju, co zapewne nie wiązało się z żadną ostrzejszą polemiką między nimi. Lider mołdawskich socjalistów jest bowiem zwolennikiem rozpoczęcia współpracy pomiędzy Mołdawią i Eurazjatycką Unią Gospodarczą, a także opowiada się za zwiększeniem autonomii separatystycznej Republiki Naddniestrza, w której stacjonują rosyjskie wojska. Dodon przed tegorocznymi wyborami chwalił się zresztą, iż uzyskał błogosławieństwo od samego patriarchy Cyryla (socjaliści w maju wraz z prawosławnymi środowiskami zorganizowali manifestację przeciwko marszowi homoseksualistów), natomiast w materiałach wyborczych eksponował swoje wspólne zdjęcie z Putinem. Stało się to zresztą elementem skargi wyborczej ze strony jednej z niezależnych kandydatek, jednak Centralna Komisja Wyborcza nie zdążyła przed wyborami zabrać głosu w tej sprawie. Ponadto Dodon nie wzbraniał się również przed wygłaszaniem opinii, iż obecnie Mołdawia z powodu pogrążania się w coraz większej anarchii potrzebuje rządów silnej ręki, co było oczywistym nawiązaniem do postaci rosyjskiego prezydenta. Władze na Kremlu nie zdecydowały się jednak otwarcie poprzeć Dodona, który nie spotkał się nawet z przebywającym w lipcu w Mołdawii rosyjskim wicepremierem, Dmitrijem Rogozinem.

Nawiązania do Rosji nie są specjalnie źle widziane w mołdawskim społeczeństwie, wśród którego poparcie dla integracji z Zachodem w ciągu ostatnich dwóch lat spadło o blisko połowę. Mołdawia jako najbiedniejszy i jeden z najmniejszych krajów Europy nie ma wiele do zaproponowania swoim obywatelom chociażby w sferze kultury, stąd też oglądają oni głównie rosyjskie stacje telewizyjne i pozostają pod ich dużym wpływem. Sposobem na bezrobocie nad Dniestrem jest natomiast wyjazd do Rosji, gdzie młodzi Mołdawianie pracują na budowach i część zarobionych pieniędzy wysyłają do swoich rodzin pozostających w kraju. Możliwość podjęcia legalnej pracy w Rosji jest więc dużo bardziej atrakcyjna, niż wprowadzenie ruchu bezwizowego dla mołdawskich obywateli w państwach UE, bowiem są oni zbyt biedni na zwykłe turystyczne wycieczki. Dużo bardziej szkodliwe od jawnie prorosyjskiego stanowiska jest natomiast skojarzenie danej osoby z mołdawskimi oligarchami. W kampanii wyborczej część przeciwników Dodona oskarżała go o związki z miliarderem Vladem Plachotniukiem, będącym szarą eminencją tamtejszego życia społeczno-politycznego. Zarzut ten jest jednak równie trudny do udowodnienia, co sama nielegalna działalność Plachotniuka i jego wpływ na wszystkie najważniejsze instytucje w państwie. Dwa dni przed wyborami lider socjalistów zaapelował do pozostałych kandydatów, aby podpisali zobowiązanie, iż nie będą współpracować z Plachotniukiem i całym oligarchicznym systemem, który miał być dotąd kwestionowany jedynie przez prorosyjską lewicę.

Nadzieja Zachodu

Plachotniuc był więc tym samym przerzucany niczym gorący kartofel, a zapewne nie zmieni się to także przed drugą turą wyborów parlamentarnych. Dodon dzień po nich ogłosił bowiem, że z chęcią przyjmie zaproszenie do wszystkich telewizyjnych debat ze swoją kontrkandydatką, aby „pokazać kim jest ona naprawdę”. Sama Sandu dotychczas nie należała do czołowych mołdawskich polityków, stąd jest szerzej znana stosunkowo od niedawna. W latach 2010-2012 pracowała jako doradca dyrektora wykonawczego Banku Światowego w Waszyngtonie, natomiast później przez trzy lata była ministrem edukacji, w związku z czym wstąpiła do PLDM. W grudniu ub.r. wystąpiła jednak z partii liberałów i ogłosiła powstanie własnego ruchu społecznego, który pół roku temu przekształcił się w ugrupowanie polityczne. PAS określa swoją ideologię jako centroprawicową i socjalliberalną, a w sferze programowej opowiada się przede wszystkim za integracją z UE, walką z korupcją, promocją wartości demokratycznych i praw obywatelskich, a także za podniesieniem standardów opieki zdrowotnej i systemu edukacji. Przeciwnicy obecnej liderki prozachodniego obozu twierdzą, że Sandu jest tak bardzo zainteresowana przystąpieniem Mołdawii do zachodnich struktur, iż jest gotowa poświęcić nawet jej niepodległość. Szefowa PAS podczas przeprowadzonego w lutym wywiadu telewizyjnego stwierdziła, że jeśli w Mołdawii odbyłoby się referendum na temat stworzenia unii tego kraju z Rumunią, zagłosowałaby ona na tak. Zwolennicy opowiadającego się za rugowaniem rumuńskich wpływów Dodona wykorzystywali często tą wypowiedź, która z pewnością nie znalazła także uznania w oczach części proeuropejskich wyborców. Centroprawicowe władze w ostatnich latach sceptycznie wypowiadały się na temat unii mołdawsko-rumuńskiej, kilkukrotnie zakazując zresztą wjazdu na terytorium kraju rumuńskim zwolennikom zjednoczenia.

ZOBACZ TAKŻE: Mołdawia – jedno państwo w trzech wcieleniach

Wielce prawdopodobne, że Sandu nie znalazłaby się w drugiej turze mołdawskich wyborów, gdyby wcześniej nie uzyskała poparcia dwóch proeuropejskich kandydatów, którzy postanowili wycofać się z wyścigu o najwyższy urząd w państwie. Najbardziej zaskakująca była zwłaszcza decyzja Andreia Năstase z centroprawicowej Platformy „Godność i Prawda” (Platformei „Dreptate şi Adevăr”) powstałej na fali społecznych protestów sprzed roku. Jeszcze dwa tygodnie przed wyborami partia Năstase wystosowała ultimatum do Sandu, które wzywało ją do rezygnacji z kandydowania w celu wzmocnienia sił proeuropejskich. Za poparcie dla Năstase miała ona natomiast otrzymać stanowisko szefa rządu, gdy w kolejnych wyborach parlamentarnych zwyciężą partie przeciwników obecnego systemu. Kupczenie jeszcze niezdobytymi stanowiskami tylko pogorszyło notowania szefa „Godności i Prawdy”, który i tak miał problemy z powodu doniesień o jego ogromnym majątku, stąd ostatecznie udzielił on Sandu bezwarunkowego poparcia. Podobnie uczynił były prezydent Marian Lupu, startujący w wyborach jako kandydat Demokratycznej Partii Mołdawii (Partidul Democrat din Moldova, PDM) czyli ugrupowania Plachotniuca. Lupu stwierdził, że badania opinii publicznej wskazywały na Sandu jako na najbardziej reprezentatywnego wśród proeuropejskich polityków, stąd poparcie jej osoby jest logiczną konsekwencją myślenia o interesach Mołdawii.

Sam Plachotniuc otwarcie nie poparł Sandu. W wywiadzie dla swojej własnej stacji telewizyjnej stwierdził on natomiast, że najgorszym możliwym wyborem jest Dodon. Mołdawski oligarcha uważa bowiem, iż kandydat prorosyjskich socjalistów zaszkodzi interesom kraju poprzez rezygnację z relacji z Zachodem, a także wybujałe ambicje. Jak już wspomniano, podobne wypowiedzi lidera PDM przez niektórych obserwatorów zostały uznane za sprzyjanie Dodonowi i szkodzenie Sandu. Trzeba jednak pamiętać, że Mołdawianie z jednej strony obawiają się oligarchów, natomiast z drugiej czerpią korzyści z niektórych ich działań obliczonych na pozyskanie poparcia. Sam Plachotniuc od dłuższego czasu prowadzi działalność charytatywną, zastępując w wielu sektorach (szczególnie służbie zdrowia) nieobecne państwo.

Wśród planktonu

Wycofanie się Năstase i Lupu na kilka dni przed wyborami spowodowało, iż liczyli się już tylko Dodon i Sandu. Najpopularniejszy z pozostałych kandydatów dostał w wyborach zaledwie 6,03 proc. Dziennikarz Dumitru Ciubașenco z konserwatywnej i prorosyjskiej Naszej Partii (Partidul Nostru, PN) uczestniczył w wyścigu tylko z powodu podniesienia wieku wymaganego od osoby ubiegającej się o funkcję prezydenta Mołdawii. Odpowiednich kryteriów nie spełniał bowiem szef PN Renato Usatîi, milioner i popularny burmistrz drugiego największego miasta kraju czyli Bălți. Usatîi jest głównym przeciwnikiem Dodona w walce o prorosyjski elektorat, stąd obaj politycy często wzajemnie obrzucają się obelgami. Lider PN twierdzi, że szef PSRM tak naprawdę jest tchórzem i po przejęciu władzy wcale nie poprawi relacji Kiszyniowa z Moskwą. Usatîi wielokrotnie udzielał kontrowersyjnych wypowiedzi na temat Stanów Zjednoczonych (chciał zamienić amerykańską ambasadę w klub karaoke) i zapowiadał zbudowanie repliki Wielkiego Muru na mołdawsko-rumuńskiej granicy. Przede wszystkim zyskiwał jednak popularność dzięki działaniom w samorządzie, a także akcjom charytatywnym, stąd Ciubașenco był tak naprawdę jedynie wyborczym słupem Usatîiego.

Zaledwie 3,11 proc. głosów uzyskał natomiast były premier Iurie Leancă, który jeszcze nie tak dawno należał do ścisłej czołówki najpopularniejszych polityków w Mołdawii. Leancă kandydował jako przewodniczący Europejskiej Partii Ludowej Mołdawii (Partidul Popular European din Moldova, PPEM), którą założył w ub.r. po rozłamie w PLDM. PPEM nieprzypadkowo nawiązuje w swojej nazwie do Europejskiej Partii Ludowej, będącej paneuropejskim ugrupowaniem skupiającym m.in. Platformę Obywatelską, Polskie Stronnictwo Ludowe, chadeków Angeli Merkel czy węgierski Fidesz. Leancă i jego partia w swoim programie kładą nacisk na integrację z zachodnimi strukturami, bliższą współpracę z Rumunią oraz zwiększenie transferów państwowych pieniędzy do Naddniestrza, aby wyrwać tamtejszych mieszkańców spod wpływu Rosji. Pod tym względem Leancă nie różnił się wiele od piątego na mecie Mihaia Ghimpu. Opowiadający się za zjednoczeniem z Rumunią przewodniczący Partii Liberalnej (Partidul Liberal, PL) uzyskał tylko 1,8 proc. głosów, stąd można wnioskować, iż jego liberałowie dołączyli do proeuropejskich ugrupowań całkowicie skompromitowanych ostatnimi dwoma latami swoich rządów. PL w porównaniu do PLDM udało się jednak przynajmniej wystawić swojego kandydata, bowiem będący jeszcze do niedawna potęgą liberalni demokraci od razu zdecydowali się poprzeć Sandu.

Polityczny folklor stanowili natomiast pozostali czterej uczestnicy wyborów. Były polityk PLDM i baptystyczny pastor Valeriu Ghilețchi uzyskał 1,08 proc. głosów i swoją kampanię wykorzystywał przede wszystkim do krzewienia wartości chrześcijańskich. 62-letnia Maia Laguta zdobyła natomiast 0,6 proc. głosów i jako jedyna osoba startująca w wyborach nie promowała się poprzez bilbordy i klipy wyborcze, umieszczając natomiast na swoim profilu na Facebook’u… zdjęcia z plaży, aby zaprezentować swoją dobrą kondycję fizyczną. Niewiele ponad 0,3 proc. głosów uzyskała Silvia Radu, honorowy konsul Mołdawii w Hiszpanii i oficjalnie najbogatsza z osób ubiegających się o najwyższy urząd w kraju. Najgorszy wynik uzyskała kolejna kobieta, a więc Ana Guțu. Profesor filologii romańskiej całą swoją skromną kampanię poświęciła na promowanie idei zjednoczenia Mołdawii z Rumunią, co jej zdaniem jest jedyną alternatywą dla przyszłości kraju.

Zaangażuje się tylko Bruksela?

Chociaż funkcja prezydenta w mołdawskim systemie politycznym jest niewielka, tamtejsi politycy doskonale wiedzą, iż od triumfu w wyborach zależeć będzie geopolityczny kurs kraju. Zdają sobie z tego sprawę także przedstawiciele struktur zachodnioeuropejskich. Stąd jeszcze przed pierwszą turą Sandu spotkała się w Holandii z liderami wspominanej już Europejskiej Partii Ludowej, uzyskując poparcie niemieckiej kanclerz Angeli Merkel, przewodniczącego Komisji Europejskiej Jean-Claude Junkcera oraz przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska. Jak już wspomniano na podobne wsparcie z Rosji nie może natomiast liczyć Dodon. Prorosyjskie siły zdają sobie jednak sprawę z wagi głosowania, stąd lider socjalistów otrzymał już poparcie swojego głównego przeciwnika w walce o elektorat opowiadający się za integracją z Eurazjatycką Unią Gospodarczą. Ostateczne rozstrzygnięcie już 13 listopada.

Marcin Ursyński



1 odpowieź

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz