Między potulnością, ekstazą i histerią

Dlaczego nikt w Polsce nie walczy o autonomię dla polskich gmin na Kresach Wschodnich?

Niezależnie od swojego – jeszcze nieznanego – końcowego rezultatu, rewolucja w Kijowie, nazywana przez jej animatorów Rewolucją Godności, okazała się kolejną zaprzepaszczoną szansą na zmianę statusu Polaków na Kresach. Ujawniła przy tym ideową pustkę polskiej polityki wschodniej w kwestii Polaków na Kresach: pustkę obozu władzy, pustkę centroprawicowej opozycji (PiS) ale także pustkę opozycji narodowej (Ruch Narodowy). Szczególnie, jeśli za niezbywalny element tej polityki ktoś śmiałby uważać jeszcze obronę Polaków i polskości na polskich Kresach Wschodnich. To znamienny fakt, że polscy politycy wszystkich opcji od zarania III RP zgodnie i haniebnie milczą w sprawie autonomii dla kresowych Polaków. Autonomii, będącej dziś jedynym legalnym, realnym i racjonalnym narzędziem zabezpieczenia bytu narodowego ponad 1,5 miliona Polaków na Kresach Wschodnich.

Kiedy 20 lat temu Republika Litewska policyjnymi pałkami i aresztowaniami tłumiła polską autonomię na Wileńszczyźnie, towarzyszyła temu skandaliczna bierność polskiego obozu rządzącego. Ale idea autonomii dla Polaków na Kresach nigdy nie była w Polsce na żadnych politycznych sztandarach, także sztandarach antysystemowej opozycji (również opozycji narodowej). Z tego błędu trzeba wyciągnąć nauczkę i zmiany polityczne jakie mogą niebawem zajść na Ukrainie – uznać za szansę dla sprawy polskiej na Kresach Wschodnich. Szansę na autonomię, której konieczność musimy głośno wyartykułować i po prostu zdobyć.

O co chodzi w rewolucji

Rewolucja w Kijowie to przede wszystkim eksplozja społecznego buntu, wywołanego fatalną sytuacją i warunkami życia w tym kraju. Fatalnymi zwłaszcza w porównaniu z jakością życia w krajach UE (nawet tak marnie rządzonych jak Polska), którą z kolei z autopsji poznało już wielu podróżujących za chlebem Ukraińców. De facto legalna korupcja, bezrobocie, ogromna bieda, masowa emigracja za chlebem, katastrofa demograficzna, deprawacja wśród młodzieży to codzienność tego kraju. Znamy to dobrze także w Polsce. Całości dopełnia strach ukraińskiej etnicznie części społeczeństwa przed wasalizacją ich kraju ze strony Rosji, instytucjonalizowaną za pomocą projektów polityczno-gospodarczych takich jak Unia Eurazjatycka. Rewolucja Godności pełna jest więc socjalnego buntu spauperyzowanych mas Ukrainy. Towarzyszy jej ogromny brak zaufania i wiary we własne instytucje państwowe, ich wolę i zdolność działania na rzecz własnego społeczeństwa, którą to wiarę masy ukraińskie przenoszą teraz na instytucje UE. Tak to zadziałało również w Polsce w 2003 r. (gdy nasz naród w referendum poparł wejście Polski do UE) i tak to działa na Ukrainie w 2013 r. Równocześnie jednak pod tym wszystkim gotuje się gorąca lawa zawiedzionej narodowej dumy („Ukraińcy są Europejczykami”) i szereg uczuć, które nadają Rewolucji Godności wymiar rewolucji ukraińskiej i narodowej. Dlatego wśród jej głównych politycznych animatorów, obok dosyć bezideowych partii sprzeciwu („Ojczyzna” J. Timoszenko, UDAR Kliczki) była i jest nacjonalistyczna partia Swoboda oraz inni ukraińscy nacjonaliści (nawet jeśli nie są zwolennikami UE).

My Polacy oczywiście dobrze wiemy, że gdy ma się słabe własne państwo, to UE nie jest lekiem na wszelkie problemy, ale z perspektywy Ukraińców – może takim lekiem być, a przynajmniej tak uważają uczestnicy Rewolucji Godności . Wiemy, że stowarzyszenie i członkostwo w UE oznaczała także presję ze strony Brukseli na przeprowadzanie w państwach członkowskich rozmaitych eksperymentów obyczajowych (np. legalizację małżeństw homoseksualnych) oraz etnicznych (prawa dla mniejszości etnicznych, imigracja spoza Europy) ale w tym przypadku akurat to drugie (prawa dla mniejszości etnicznych) może być wyłącznie szansą dla sprawy polskiej na Kresach. Zresztą tego typu problemy obyczajowe z perspektywy Majdanu wydają się co najmniej odległe, a Ukraińcy – w tym nacjonaliści ukraińscy – mają prawo oczekiwać, że uda się ich uniknąć lub przezwyciężyć. W szeregach nacjonalistów ukraińskich zapewne działa też pogląd, że integracja z UE może być prowadzona na warunkach określanych przynajmniej częściowo przez samą Ukrainę. Jak wiemy polscy negocjatorzy naszej integracji z UE myśleli dokładnie odwrotnie, dlatego nie silili się nawet na twarde negocjowanie z Brukselą polskich spraw. Ale Ukraińscy wcale nie muszą powtórzyć tego błędu, na co wskazuje asertywność z jaką obecny obóz władzy prowadzi swoją grę z Brukselą. Ukraińcy wierzą więc, że gospodarczo zyskają na UE a społecznie i narodowo – nie stracą. Przykłady takie jak Chorwacją mogą ich w tym przekonaniu umacniać. Przypomnijmy, że Chorwacja latem 2013 r. została członkiem UE i już w pierwszych miesiącach członkostwa pokazała Brukseli, gdzie jest czerwona linia poza którą nie przekroczy: poprzez referendum narodowe, które wykluczyło legalizacje małżeństw homoseksualnych oraz kolejne planowane referendum, które ma wykluczyć prawo do używania serbskiej cyrylicy (de facto języka serbskiego) w instytucjach i miejscach publicznych Chorwacji (nawet tam, gdzie duży odsetek mieszkańców to Serbowie)… Można tak grać i wygrać? Można…

Postawy polskie wobec Rewolucji Godności

Tego można się było spodziewać. Na rewolucją w Kijowie wszyscy aktorzy polskiej polityki zareagowali w sobie właściwy sposób. Obóz władzy (PO) przyjął taktykę niejasnych gestów i dryfowania pomiędzy formalną proeuropejskością a faktycznym lękiem przez Rosją. Wybrał „potulność”. Opozycja centroprawicowa (PiS) w romantycznym porywie ogłosiła ustami J. Kaczyńskiego na Majdanie pełne i bezwarunkowe poparcie dla rewolucji. Dało się odczuć „ekstazę”.

Najbardziej interesująca była dla mnie postawa opozycji narodowej, którą można określić jako schizofreniczną. Jak wiadomo przedstawiciele Ruchu Narodowego (RN) do bardzo niedawna pozostawali w kontakcie i dialogu ze Swobodą, zapewne nie tylko na forum Sojuszu Europejskich Ruchów Narodowych (AEMN) ale również bardziej bezpośrednio. Jeszcze bardziej bezpośrednie relacje w 2011 r. ze Swobodą nawiązał swoją drogą NOP[1], ogłaszając ją w swoich mediach przykładem sukcesu i nowoczesnej partii nacjonalistycznej oraz podkreślając zasługi Swobody dla uregulowania niektórych polskich spraw na Kresach (Dom Polski we Lwowie), co – jak twierdzono – miało świadczyć o braku antypolskich resentymentów w tym ugrupowaniu[2].

Retoryka Rewolucji Godności jest w ogromnym stopniu identyczna z retoryką Marszu Niepodległości. Tiahnybok na Majdanie mówi niemal to samo, co mówi Winnicki na Agrykoli (polecam obejrzeć przemówienia Tiahnyboka, publikowane na profilu Swobody na youtube). Prounijność i antyunijność obu tych języków jest tylko funkcją wobec głównego wątku: antyrządowej, antysystemowej rewolucji. Na Ukrainie wrogość do systemu wyraża się dzisiaj w prounijności, w Polsce wyraża się w antyunijności.

Opozycja (także nacjonalistyczna) w Polsce (i zapewne także w innych krajach) często odczytuje jednak rzeczywistość wg zasady lustra. Jeśli główny nurt coś popiera, oni to coś z miejsca potępiają. Można było się więc spodziewać, że skoro prorządowe media w Polsce ciepło relacjonują antyrządową rewolucję w Kijowie (która wszak nie jest wycelowane w obóz rządzący Polską) a jednocześnie bardzo krytycznie relacjonują porównywalny frekwencyjnie (choć jednodniowy) antyrządowy Marsz Niepodległości w Warszawie (wycelowany dokładnie w obóz rządzący Polską), to środowisko RN odniesie się z niechęcią do rewolucji w Kijowie. Tak też się stało.

RN dla uwiarygodnienia tego stanowiska przypomniał sobie o ideologicznych korzeniach Swobody i wyciągnął na swoje sztandary zombiez UPA i Rzeź Wołyńską. Nie było to oczywiście trudne, bo Swoboda nie kryje się z tym, do jakiego dziedzictwa politycznego się odwołuje. Okazało się też pomocne w zaatakowaniu PiSu, którego lider bezwarunkowo poparł Rewolucję Godności i pozował do wspólnych fotografii z Tiahnybokiem. Z kolei NOP odkrył nagle, że Swoboda to amerykańscy agenci, którzy zdradzili nacjonalistyczne idee Stepana Bandery i niepodległej Ukrainy[3] (za tę troskę NOPu o dziedzictwo ideowe Bandery i suwerenność Ukrainy żaden Ukrainiec jakoś jeszcze nie podziękował). Można się domyślać, że równocześnie opozycja zazdrości jednak Swobodzie (i całemu obozowi Rewolucji Godnosci) siły oraz masowości rewolucji, których to cech na taką skalę ani akcje PiS ani RN na razie nie posiadają. Wielotygodniowa okupacja przez opozycję centrum stolicy państwa wciąż wydaje się czymś niemożliwym w Polsce…

R. Winnicki napisał niedawno, że polska prawica tkwi w rozdarciu pomiędzy potulnością a histerią. Rzecz w tym, że reakcje wielu osób i środowisk kresowych ale i narodowych (w tym RN) na ostatnie wydarzenia na Ukrainie również można by tak opisać. Z jednej strony strach (być może zaprawiany także pogardą) przez Ukraińcami i lęk przed mocnym akcentowaniem polskich praw na obszarze Kresów dzisiaj należącym do Ukrainy, zasada „siedźmy cicho bo rezuny nas wyrżną”. Z drugiej strony zaś groteskowa histeria, że „oni” śmią istnieć i robić swoje, że podnoszą głowy, że stawiają pomniki UPA bez pytania nas o zgodę… Funkcjonując w takim rozdarciu, na pewno nie posunie się do przodu sprawy polskiej na Kresach południowo –wschodnich. Może lepiej po prostu… twardo walczyć o swoje: określić polskie postulaty (autonomia) i przejść ze stroną ukraińską (także prawicą, nacjonalistami, banderowcami) do negocjacji na ich temat. Niemożliwe po Wołyniu? Dla AK, Polski Podziemnej i rządu emigracyjnego to było możliwe… Niemoralne? Podobno w polityce narodowej moralne jest to, co służy sprawie polskiej…

Ukraina w UE – skutki dla Polski

Ukraina to bardzo duży kraj. Jeśli wejdzie kiedyś do UE, będzie to największe terytorialnie państwo w Unii. Ludnościowo jak i terytorialnie jest ona większa od Polski i ma wszelkie „parametry”, aby zająć w UE miejsce, które PiS w czasach swoich rządów przewidywał tam dla Polski. Nie ma też żadnych przesłanek wskazujących, że Ukraina w UE kierowałaby się jakimikolwiek innymi przesłankami niż jej interes własny i/lub interes jej obozu władzy. W żadnym wypadku nie można więc oczekiwać, że byłaby sojusznikiem Polski, choć oczywiście byłoby wspaniale, gdyby była, bo Polska i Ukraina razem to po prostu gotowe Międzymorze. Tu uwaga natury geopolitycznej: nie można uprawiać jakiejkolwiek geopolityki bez mapy w ręku. Międzymorze to obszar pomiędzy trzema morzami: Bałtyckim, Czarnym i Adriatyckim. Jest tylko jedno państwo, które zapewnia łączność terytorialną Polski z Węgrami i Chorwacją oraz ma jednocześnie dostęp do Morza Czarnego. Tym państwem jest Ukraina…

Nie ma jednak przesłanek, aby oczekiwać że Ukraina byłaby sojusznikiem Polski z samego tytułu „wdzięczności” wobec Polski za poparcie rewolucji w Kijowie lub też z jakiegokolwiek innego tytułu, gdyż takie rzeczy w polityce i biznesie po prostu nie występują. Nawet Węgrzy, pomimo ich gorącej sympatii do Polaków, zawsze szli swoją własną geopolityczną drogą, z reguły w ramach sojuszy wrogich sojuszom, z jakimi swój los wiązała Polska. Ale nawet jeśli obecność Ukraina w UE byłaby pośrednim sukcesem politycznym Polski (ze względu na ograniczenie obszaru dominacji Rosji w Europie), to na poziomie ekonomicznym jej integracja z UE byłaby w tej chwili potencjalnie niekorzystna dla Polski. Ogromna terytorialnie i ludnościowo Ukraina stanie się bowiem wówczas głównym beneficjentem unijnych środków pomocowych, którym pozyskiwanie (i defraudowanie) jest dzisiaj jedyną solidną kroplówką finansową dla wielu sektorów polskiej gospodarki. Otwarcie granic dla Ukrainy i Ukraińców oznacza też zapewne, że wyprą oni szybko z rynku pracy polską tanią siłę roboczą (będącą głównym towarem eksportowym Polski na Zachód a zarazem głównym zasobem Polski udostępnianym zachodnim korporacjom lokującym się nad Wisłą). Tutaj prawa ekonomii mogą zadziałać w sposób nieubłagany: Ukraina ma swoją gospodarkę, swoje problemy i swoją biedę, której pokrycia na pewno nie będzie konsultowała ani z PiSem ani Michnikiem ani nawet duchem Jerzego Giedroycia. Przynajmniej, jeśli jej obóz władzy będzie wówczas tak asertywny wobec Brukseli i innych państw UE jak obecny obóz Janukowycza i Azarowa…

Jak to robią inni

Na Ukrainie trwa rewolucja polityczna, która za cel stawia sobie zmianę obozu władzy oraz integrację tego kraju z UE. Polska jest już w UE. Warto popatrzeć, jak nacjonaliści w innych krajach członkowskich UE reagują na prounijne apetyty swoich sąsiadów, z którymi dzieli ich spór o ziemię, historię i ludność. Doskonałym przykładem może być tutaj trwający obecnie proces integracji Serbii z UE. Proces ten jest bowiem permanentnie wykorzystywany przez Węgrów oraz Bułgarów do podnoszenia kwestii praw ich rodaków, mieszkających w regionach leżących na obecnym terytorium Serbii. Zamiast jałowego pojedynku na miny, Węgrzy (Jobbik) mówią wprost: autonomia dla Wojwodiny/Delvidek musi być jednym z warunków dla tak pożądanej przez Serbów integracji z UE[4]. Jeszcze jaśniej sprawę stawiają bułgarscy nacjonaliści z ATAKA, która domaga się aby Bruksela zapewniła Bułgarii odzyskanie etnicznie bułgarskich, pogranicznych gmin, należących obecnie do Serbii[5]. Bez tego Bułgaria nie będzie mogła zaakceptować akcesji Serbii do UE, jak mówią. Oczywiście żądania te obszernie uzupełnia się unijną retoryką ochrony praw mniejszości etnicznych i likwidacji zbędnych granic. Nawet Serbowie potrafią sporo ugrać za pomocą tejże metody: jako warunek ustabilizowania swoich stosunków z „Republiką Kosowo” postawili Brukseli uzyskanie gwarancji UE dla szerokiej autonomii etnicznie serbskich gmin Kosowa (Związek Serbskich Gmin KiM) bez konieczności uznawania niepodległości samej „Republiki Kosowo”. I taką gwarancję dostali po prawie roku trudnych, trójstronnych negocjacji Belgrad-Prisztina-Bruksela[6].

Jakie polskie postulaty (np. dotyczące statusu Polaków na Ukrainie) zostały wyartykułowane przez stronę polską w kontekście ukraińskich ambicji integracji z UE? Czego żądają polscy nacjonaliści od Ukrainy jako takiej? „Najodważniejszym” postulatem, o czym słyszałem, jest żądanie aby Ukraińcy… oficjalnie przeprosili za Rzeź Wołyńską. Coś więcej? Niestety nie…

[foto src=’/foto/UaSecondNationality2001.PNG’]

Opis: Kolor jasnobrązowy – rejony (powiaty) Ukrainy, w których Polacy stanowią drugą co do liczebności narodowość

Czego chcemy? Polski program

Katalog postulatów, z jakimi strona polska może i powinna w tym momencie wystąpić wobec Ukrainy, jest doprawdy szeroki. Na Ukrainie jest wciąż co najmniej kilkanaście gmin i sołectw, w których Polacy stanowią istotny odsetek ludności. W niektórych stanowią bezwzględną większość ludności. Od Strzelczysk i Doboszczówki w Małopolsce Wschodniej po Gródek Podolski i inne liczne miasteczka i wsie na Podolu i Żytomierszczyźnie, aż po legendarną Murafę. To nie wielki i piękny Lwów, tylko te wsie i miasteczka są dzisiaj żywymi bastionami polskości oraz świadectwem naszej wielkiej historii, które musi przetrwać dla następnych polskich pokoleń. Polskość trwa w wielu z nich nieprzerwanie od czasów I Rzeczpospolitej… Należy jasno i otwarcie domagać się dla nich pełnej dwujęzyczności oraz autonomii narodowej, z prawem do powołania Związku Polskich Gmin. Bez tego nie powinno być żadnej zgody Polski na integrację Ukrainy z UE. Nie należy się obawiać, że Ukraińcy zrezygnowaliby ze swojej – jak sądzą – dziejowej szansy na certyfikat europejskości z powodu polskich napisów w jakichś prowincjonalnych miasteczkach Podola… Niektóre z tych spraw można by zresztą załatwić już w obecnym porządku prawnym Ukrainy, chociażby polskie napisy. Trzeba jednak chcieć i mieć odwagę otworzyć usta. Po instrumenty wprowadzone przez nową ukraińską ustawę językową bez kompleksów sięgnęli nie tylko Rosjanie ale nawet – nieliczni na Ukrainie – Węgrzy, Rumuni i Mołdawianie[7]. Nie zrobili tego jednak Polacy, choć spełniają po temu wymogi formalne…[8]

[foto src=’/foto/UaThirdNationality.PNG’]

Opis: Kolor jasnobrązowy – rejony (powiaty) Ukrainy, w których Polacy stanowią trzecią co do liczebności narodowość

Wszyscy kresowi Polacy posiadający Kartę Polaka powinni mieć również prawo wybierania swoich przedstawicieli do Sejmu RP, ponieważ jednym ze źródeł patologicznej ślepoty władz Polski na sprawy kresowych Polaków jest fakt nieposiadania przez nich żadnej reprezentacji politycznej w organach władzy państwa polskiego, które wszak jest państwem wszystkich Polaków.

Należy też domagać się unijnych gwarancji dla ochrony polskiego dziedzictwa kulturowego, znajdującego się na terenach I RP należących dzisiaj do Ukrainy. Jest ono wszak częścią dziedzictwa europejskiego i częścią historii Ukrainy. Jego dewastacja musi być powstrzymana a środki unijne na jego rewitalizację – zagwarantowane.

Należy jednocześnie zadbać o ochronę polskiego i unijnego rynku pracy przed obywatelami Ukrainy nie posiadającymi Karty Polaka i maksymalnie oddalać moment jego otwarcia dla Ukraińców.

Czy któraś z tych spraw została podniesiona przez którąś z sił politycznych w Polsce?

Co powie Rosja

Jeśli mówi się o sprawie polskiej na Kresach Wschodnich, nie sposób zapomnieć o Rosji. Wydarzenia na Ukrainie i reakcje na nie w Polsce i innych krajach UE są bacznie śledzone na Kremlu. Być może zdziwi to obitych przez historię i pozbawionych wiary w siebie Polaków, ale Rosja wciąż widzi w Polsce „potencjał wielkości”, którego nie widzi w Polsce jej obóz rządzący oraz spora część opozycji antyrządowej. Polska, choć fatalnie rządzona i zdewastowana jako państwo, wciąż postrzegana jest bowiem (z powodu położenia geograficznego, potencjału ludnościowego, tradycji mocarstwowych) jako potencjalnie duży gracz w Europie. Część opozycji (PiS) jest – jak wiemy – niemal ostentacyjnie antyrosyjska, inna część (RN) – usiłuje nie musieć być antyrosyjską. Ta druga postawa w praktyce jest niemożliwa do realizacji, ponieważ suwerenność i wielkość Polski oznacza także aktywną politykę Polski na wschód od Linii Curzona, co w każdym wariancie ideologicznym (eksport demokracji, autonomia dla polskich obszarów czy rewizja granic) spotka się z jednoznacznie wrogą reakcją Rosji. Nie tylko ze względu na jej chęć dominacji w całym obszarze postradzieckim. Moskwa po prostu uważa Białoruś i Ukrainę za wewnętrzną, ścisłą część wschodniosłowiańskiego, prawosławnego „ruskiego świata”, co jest unowocześnioną wersją teorii głoszącej że Białorusini i Ukraińscy są po prostu Rosjanami. Każde podnoszenie sprawy polskiej na Kresach (ściślej: na tej części Kresów która przypada dziś Białorusi i Ukrainie) spotka się z wrogą reakcją Rosji. Nie bez powodu propaganda Kremla w czasie trwania Rewolucji Godności znowu sięga po straszenie złym Lachem i widmem powrotu polskiego panowania na Kresach. Choć jest w tym jak wiemy bardzo dużo przesady, chodzi oczywiście o mobilizowanie opinii publicznej Ukrainy przeciwko Polakom, odwołując się do starych, historycznych stereotypów. Stereotypów które zgodnie głoszą zresztą i Kreml i banderowcy. Ale w tej narracji jest też ukryta pewna logika rosyjskiego myślenia: dla Rosji jest po prostu oczywiste, że ewentualna zmiana polityczna na Ukrainie powinna budzić w Polakach chęć wykorzystania jej dla własnych interesów narodowych, choćby poprzez podniesienie swojej kwestii narodowej czyli kwestii statusu Polaków na Kresach… Walka o sprawę polską na Kresach południowo-wschodnich oznaczać więc będzie ewentualną konfrontację nie tylko z ukraińskim nacjonalizmem, ale również z Rosją. W tej walce nie może nam jednak zabraknąć wiary w siebie i odwagi.

Należy pamiętać, że autonomia na Ukrainie nie jest precedensem: Polacy posiadali ją w latach 1917-18 oraz w okresie Ukraińskiej SRR. Dzisiaj posiada ją Krym.

Bez strachu

Jerzy Giedroyć to postać bez wątpienia kontrowersyjna, jak każdy kto z polskiego mocarstwowca zmienia się w pupila liberalnych demokratów. Wśród jego wypowiedzi znalazłem jednak złowieszcze memento, które warto zapamiętać. Tym bardziej, że jest ono zbieżne ze stanowiskiem reprezentowanym wówczas przez polski obóz narodowy. Dotyczyło Powstania Warszawskiego jako esencji obłędnej polityki Polskiego Państwa Podziemnego wobec ZSRR w latach 1943-45: „Ale błędem było, że za wszelką cenę chciano usprawiedliwiać tę decyzję [o wybuchu powstania warszawskiego]. Przecież to miało wszystko posmak, że trzeba manifestować, że jesteśmy antyniemieccy, że nie współpracujemy z Niemcami. Ciągle takie gesty. Natomiast umierano ze strachu przed wystąpieniami antysowieckimi. I właśnie ten stosunek do Sowietów, który wynikał z nieznajomości tego państwa i jego polityki, to był błąd największy. […] przecież nawet usuwano czy próbowano rozstrzeliwać oficerów, którzy prowadzili akcję antysowiecką. Bo umierano ze strachu przed Rosją. Nie chciano zadzierać. […] Za wszelką cenę chciano podkreślić, że my jesteśmy sojusznikami Związku Sowieckiego”.[9]

Walcząc o sprawę polską na Kresach, nie możemy sobie pozwolić na grzech braku odwagi. Żądajmy autonomii dla polskich etnicznie obszarów. Nie umierajmy ze strachu ani przed UPA ani Putinem. Nie bójmy się zadzierać i żądać tego, co nasze. Zamiast logiki „nie wtrącania się Polski w sprawy Ukrainy” (czyli bierności) połączonej z histerycznymi wezwaniami do niemalże bojkotowania Ukrainy z powodu Swobody – przestawmy elementy układanki: wtrącajmy się w sprawy Ukrainy, wprowadzajmy na agendę naszych relacji – nasze narodowe postulaty (w tym sprawę statusu Polaków na Ukrainie), negocjujmy… Z widza stańmy się jednym z aktorów wydarzeń… Nieobecni i milczący nie mają racji i nigdy nie wygrywają…

Jan Mitrowica


[1] http://www.svoboda.org.ua/diyalnist/novyny/023314/; http://www.nop.org.pl/2011/07/31/warszawa-robocze-spotkanie-nop-i-swobody/

[2] http://www.nacjonalista.pl/2013/05/31/bedzie-dom-polski-we-lwowie-radni-swobody-glosowali-za/

[3] http://www.nacjonalista.pl/2013/12/04/daniel-ukrainski-monty-python/

[4] http://srbinaokup.info/?p=22904

[5] http://www.ataka.bg/index.php?option=com_content&task=view&id=6776&Itemid=66; http://srbinaokup.info/?p=21382

[6] http://en.wikipedia.org/wiki/Association_of_Serb_municipalities

[7] http://en.wikipedia.org/wiki/Legislation_on_languages_in_Ukraine

[8] http://www.rp.pl/artykul/935665.html

[9] Barbara Toruńczyk „Siła słowa. Rozmowa z Jerzym Giedroyciem”, http://zeszytyliterackie.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=317&Itemid=54&limit=1&limitstart=0



2 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. jkm_ci :

    Dobry artykuł i widzę że już można pisać na tym forum w temacie w nim poruszonym,I jeszcze rok temu mógłbym znaleść przynajmniej 5 nicków osób zbanowanych za wyrażanie takiej postawy ,no może deczko ostrzejszej w formie przekazu.Ale jak już można to w najbliższym czasie żeby nie było problemów na przyszłość informuję że w mojej ocenie nie widzę na wschodniej ścianie nikogo z kim moglibyśmy wejść w jakikolwiek sojusz . Może dopiero po jakichś zmianach geograficznych na naszą korzyść.