„Kocham wszystko co jest polskie na Ukrainie”

z Dmytrem Antoniukiem
rozmawiają
Krzysztof Wojciechowski i Iwan Parnikoza

Krzysztof Wojciechowski: Dlaczego zdecydowałeś się pisać przewodnik akurat po polskich zabytkach a nie np. żydowskich, których na Ukrainie przecież też nie brak?

Dmytro Antoniuk: Ponieważ to jest taka moja pasja i zainteresowanie wszystkim co jest polskie na Ukrainie. Od lat podróżuje po naszym kraju i wszędzie co krok widzę coś polskiego, wiele, jeśli nie większość zabytków jest związana z polskością i dlatego też i nazwałem ten mój przewodnik „Polskie zamki i rezydencje na Ukrainie”. Chociaż równie dobrze można by dać nazwę polsko-ukraińskie zabytki, ale to jest mój hołd oddany wszystkiemu co jest polskie na Ukrainie. Ja nie mam żadnych polskich korzeni, jestem pół Ukraińcem i pół Rosjaninem, ale po prostu kocham wszystko co jest polskie na Ukrainie, dlatego, że był czas, że na bardzo wysokim poziomie była i kultura i architektura, po prostu wszystko.

K.W. A gdzie zachowało się tych zabytków najwięcej?

Dmytro Antoniuk:Najwięcej takich zabytków rezydencjalnych zachowało się w obwodzie chmielnickim.

K.W. Czyli jednak nie na przedwojennych Kresach, tylko dalej na wschód?

Dmytro Antoniuk:Tak, to już jest za Zbruczem. To może się wydać trochę dziwne, ale naliczyłem tam chyba z 70 takich obiektów, na Wołyniu, w obwodzie wołyńskim jest ich z 5 może 6.

K.W. Właśnie patrząc na mapy w przewodniku również byłem bardzo zaskoczony tym, że nie jest ich więcej na przedwojennych Kresach a tam na terenie, który już wtedy należał do sowieckiej Ukrainy. A powiedz proszę jaki kryterium przyjąłeś dla określenia obiektu jako „polski zabytek”, bo jak sam wspomniałeś, można je też było nazwać polsko-ukraińskimi zabytkami, a pewnie w wielu przypadkach również inne jeszcze nacje można by dołączyć, zatem jakie główne kryterium przyjąłeś?

Dmytro Antoniuk:Najważniejsze kryterium jest bardzo proste, jest nim to, że właściciel obiektu, szlachcic, arystokrata, ziemianin był Polakiem. I ja to sprawdzałem i w literaturze, i u miejscowych krajoznawców i gdzie się tylko dało. To było najważniejsze kryterium. Ja nie pisałem w tych przewodnikach o zabytkach rosyjski, litewskich, rumuńskich czy węgierskich. Nie przeczytasz tam o zamkach Zakarpacia czy Bukowiny, bo zabytki na Bukowinie są pochodzenia rumuńskiego albo austriackiego. I nie znajdziesz w przewodniku też Lewobrzeżnej Ukrainy dlatego, że tam się nic nie zachowało z polskich zabytków [choć znaleźliśmy w Birkach w obwodzie czernihowskim drewniany dworek Michała Czajkowskiego – przyp. K.W. i I. P.]. Moja praca nie pretenduje do miana pracy naukowej jeśli już to popularnonaukowej, ale zdaję sobie sprawę z tego, że mogą jeszcze istnieć zabytki, których nie znalazłem. Poza tym w mojej książce nie ma obwodu kirowohradzkiego, mikołajewskiego, chersońskiego, ale jest odeski.

K.W. Wracając jeszcze do poprzedniego pytania. Bo tutaj pewna narzucająca się logika myślenia się nam łamie. Na tzw. zdrowy rozum wydaje się, że najwięcej polskich zabytków pałacowych, rezydencjalnych powinno się zachować gdzieś np. koło Lwowa, a tu okazuje się, że nie tam a w obwodzie chmielnickim. Jakie Twoim zdaniem były główne przyczyny tego, że tam się akurat nie zachowały te zabytki?

Dmytro Antoniuk:O to jest rzecz oczywista. Po pierwsze I wojna światowa, po drugie II wojna światowa i niestety nasi chłopcy z UPA. Niestety, bo ja szanuję UPA, ale nie za te rzeczy, które robiła na Wołyniu. I jako Ukrainiec powiem i zawsze to powtarzam, że powinniśmy przeprosić za te zbrodnie, które dokonały się na Wołyniu, w Galicji i na zachodnim Podolu. Te cyfry są straszne, kilkadziesiąt tysięcy na samym Wołyniu, ale przecież i nie o liczby tu chodzi, bo każde życie ludzkie jest święte.

K.W. A jak wpłynęły czasy późniejsze na zachowanie tych zabytków. Kiedyś słyszałem, że najwięcej kościołów na zachodniej Ukrainie zostało zburzonych nie w czasie wojny czy „za Stalina”, a „za Chruszczowa”, to jego drażniły te wystające znacznie ponad okoliczne budynki kościelne wieże. Słowem jak wpłynęły późniejsze czasy na zachowanie zabytków dworskich, pałacowych, rezydencjalnych?

Dmytro Antoniuk:Bardzo kiepska jest obecna sytuacja z zabytkami. W takich niewielkich dworach, mało znanych dla szerszej rzeszy turystów, do roku 1995-97 były wiejskie szkoły i w tym okresie wybudowano nowe szkoły a wówczas te dworki zostały bez gospodarza. I od tego czasu do chwili obecnej są już w stanie pół-ruiny. Na przykład wieś Obodówka na Winniczyźnie, gdzie jest rodzinne gniazdo rodu Sobańskich, ich pałac do 1991 roku służył za wiejski klub a potem, po tym jak upadł kołchoz nie było pieniędzy na jego utrzymanie. Nie minął rok kiedy jacyś złodzieje zniszczyli i podpalili go, a tam była wspaniała sztukateria, wspaniałe wnętrza.

K.W. Czyli największym zagrożeniem jest teraz po prostu pozostawienie takiego obiektu bez gospodarza. A jak temu zaradzić? Czy Polacy mogliby coś w tu pomóc?

Dmytro Antoniuk:Mogę podać konkretne przypadki prób ratowania. W tej właśnie Obodówce przyjeżdżali Sobańscy i proponowali pieniądze na odwonienie i zabezpieczanie tego obiektu, nie po to by go odzyskać, bo nawet nie ma na Ukrainie takiego prawa, które by to dopuszczało. Ale niestety miejscowy przewodniczący rady nie chciał nawet o tym słuchać postępując w myśl „logiki”, a niech się wali niech się rujnuje – i dobrze. Ale są też inne przypadki, gdzie miejscowa władza stara się pomagać jak może.

K.W. A czy inni potomkowie rodów, których własnością były te dwory również wykazują jakieś zainteresowanie nimi, chęć pomocy?

Dmytro Antoniuk:Mogę powiedzieć, że prawie wszędzie ktoś tam kiedyś przyjeżdżał, interesował się, a mniej więcej w połowie przypadków coś proponował, jakąś pomoc. Różne były na nią odpowiedzi. Są też bardzo konkretne przykłady wsparcia Polaków dla ochrony zabytków na Ukrainie – jak to się dzieje w Złoczowie czy Łopatynie.

K.W. A jaka Twoim zdaniem byłaby najbardziej praktyczna forma tej pomocy?

Dmytro Antoniuk: Myślę, że nie ma jakiejś jednej, uniwersalnej. W każdym przypadku trzeba patrzeć indywidualnie. Bo jest tutaj wiele czynników. Na pewno te zabytki, które zostały bez właściciel muszą znów stać się czyjąś własnością. To nie ulega wątpliwości. Obojętnie czy to będzie prywatny właściciel, czy państwo.

K.W. Ale czy to możliwe aby one nawet formalnie były bez właściciela, do kogoś przecież należą?

Dmytro Antoniuk; Tak, formalnym właścicielem jest rada wiejska, ale cóż z tego. Ja rozmawiałem z wielu przedstawicielami miejscowych władz, ale powiedzieli mi, że brak funduszy i koniec. Nawet na moje propozycje by sami z nich korzystali tylko zabezpieczyli te podstawowe rzeczy: dach, drzwi, okna. Ale tłumaczenie jest jedno – nie ma pieniędzy.

Iwan Parnikoza: A w jakim stopniu są one objęte ochroną Państwa, tzn. czy posiadają status pomnika kultury?

Dmytro Antoniuk: W obu tomach mojego przewodnika opisanych jest 470 obiektów, daj Boże, żeby choć tych 70 było objęte taką ochronę (a może to nawet 50). Ale jako dobry przykład mogą tu posłużyć zamki w obwodzie tarnopolskim, bo wszystkie je ma pod opieką Zapowiednik Państwowy „Zamki Tarnopolszczyzny”, którego główna siedziba jest na zamku w Zbarażu. W ich posiadaniu prócz zamku w Zbarażu jest m.in. zamek w Wiśniowcu, od niedawna też w Czortkowie i Krzywczu, i oni starają się o nie dbać i je odnawiać. Odnawiają także zamek w Skałacie. Planują też odbudowanie XVIII-wiecznego pałacu w zamku skałackim i chcą oba te obiektu zrobić wielkim turystycznym centrum.

K.W. No tak, jest to jakiś sposób. Do Tarnopola jest stosunkowo blisko zatem i polskie wycieczki też tam docierają.

Dmytro Antoniuk:Również w obwodzie chmielnickim sytuacja z zamkami nie jest jeszcze taka zła, w porównaniu do stanu dworków czy pałaców. Ale na przykład zamek w Sutkowcach jest już tylko malowniczą ruiną podobnie jak zamek w Żwańcu. Stan zachowania zabytków rezydencjalnych, mimo wielkiej ich liczby, jest jednak w obwodzie chmielnickim bardzo zły, zwłaszcza przy granicy z Ziemią Winnicką, rejony: Dunajowce, Winkowce, Nowa Uszyca.

K.W. Top-10 Dmytra Antoniuka, czyli kilka (z tych 470-ciu opisanych przez Ciebie obiektów) wartych polecenia ze względu na swoje piękno, stan zachowania itd. Przy czym nie chodzi mi o te znane nawet powszechnie w Polsce budowle, ale takie może trochę mniej znane, a również piękne.

Dmytro Antoniuk:Na przykład w bardzo dobrym stanie jest teraz pałac w Samczykach. To jest obwód chmielnicki, rejon starokonstantynowski. Wspaniale go teraz odnawiają, bo jest to Państwowy Rezerwat Architektury. Po prostu przepiękny. Na Ziemi Winnickiej jest bardzo wiele zabytków. Np. jest taki pałacyk we wsi Wyszczeolczydajew w rejonie Murowane Kuryłowce. Z jednego źródła mam informację, że to obiekt należący do żydowskiego kupca Kochana zaś miejscowi krajoznawcy z Winnickiego Muzeum Krajoznawczego powiedzieli mi, że to polski zabytek. Jeszcze dwa lata temu mieściło się tam przedszkole. Wybuchł tam pożar i dyrektorka tego przedszkola zagasiła go własnoręcznie. Mogę powiedzieć, że wnętrza tego pałacyku są absolutnie fascynujące. Nigdzie na Ukrainie niczego podobnego nie widziałem. Może jedynie w Pałacu Maryńskim w Kijowie. Zupełnie bajkowe wnętrza. I mało kto wie, że w takiej wiosce jest taki obiekt. Wspomniana pani dyrektor tego przedszkola opowiadała mi, jak to przyjechali do niej miejscowi radni i powiedzieli, że to nie jest autentyczne, że to na pewno jakaś późniejsza podróbka. Ale to nie prawda, bo to jest oryginał z początku XX stulecia. Poza tym na Ziemi Winnickiej polecam pałac w Niemirowie, pięknie odnowiony, wnętrza takie jak za czasów ostatniej jego właścicielki księżnej Marii z Potockich Szczerbatowej. Dalej Woronowica, to jest nie dalej jak 15 km od Niemirowa po drodze do Winnicy. Jest tam taki wspaniały pałac Grocholskich. W dwóch salach tego pałacu są imponujące sufity. Teraz jest tam Muzeum Awiacji i Kosmonautyki im. Możajskiego. Aleksander Możajski kupił od Grocholskich pałac po powstaniu styczniowym i prowadził tam badania nad pierwszymi samolotami. I dlatego właśnie, że jest tam teraz muzeum to piękne wnętrza są zabezpieczone. Pałac jest wspaniały, w stylu empirowym. Również w samej Winnicy jest jeszcze jeden zabytek należący dawnej do Grocholskich. To pałacyk myśliwski położony w rejonie Piatniczany. Dziś jest tam szpital gruźliczy ale też i mieszkania prywatne. Dwa czy trzy lata temu Krzysztof Zanussi odwiedzał ten pałac wraz z małżonką, bo ona pochodzi z rodziny Grocholskich. Zaś jeśli idzie o zachodnią część Prawobrzeżnej Ukrainy, to oczywiście zamek świrski jest piękny. Teraz jest w posiadaniu Ukraińskiego Zrzeszenia Architektów i niestety nic tam nie zostało zrobione od 1993 roku. Stoi „zakonserwowany”. Byłem inicjatorem takiej społecznej akcji, która miała na celu zebranie funduszy na choćby taki kosmetyczny remont, bo dach nad jedną z sal cieknie i jest ona zawilgocona. Udało nam się zebrać na ten cel 5 tysięcy hrywien. Myślę, że w październiku tego roku przeprowadzimy jeszcze jedną taką akcję. Każdy kto w takiej akcji uczestniczy ma możliwość przenocowania w zamku. Nocowaliśmy już tam w jednej z wież. Na Wołyniu z zabytkami jest bardzo źle, choć było ich tam wiele, bo w co trzeciej wsi był albo dworek albo nawet pałac, ale jak już powiedziałem I i II wojna światowa potem sytuacja z upowcami a później z komunistami… Ale za to w Młynowie w obwodzie rówieńskim jest piękna oficyna, która wygląda niemal jak pałac. Był tam cały kompleks stanowiący własność Chodkiewiczów. Pałac został rozebrany zdaje się w 1945 roku, kościół już „za Chruszczowa” ale ostała się oficyna pałacowa, w której obecnie znajduje się bardzo dobre muzeum krajoznawcze. Jest tam też taka niewiarygodna historia związana z Ludwiką Chodkiewicz, która była damą dworu Marii Antoniny w Paryżu i została tam ścięta w czasie rewolucji. I w tym momencie, kiedy to zaszło stara Pani Chodkiewicz zobaczyła w pałacu w Młynowie postać swojej córki bez głowy (głowę trzymała w rękach). Po tym strasznym wydarzeniu nie mogła dłużej żyć w Młynowie i przeniosła się do Czarnobyla, gdzie miała jeszcze jeden majątek. I w tym muzeum pokazują turystom taką sylwetkę Ludwiki Chodkiewicz, który widoczna jest spod tynku na jednej ze ścian. Wielokrotnie próbowano zamalować ją, ale za każdym razem ta postać przebija spod kolejnej warstwy tynku i farby.

K.W. Zdradź nam, proszę trochę tajników własnej „kuchni”. Jak wyglądała praca nad przewodnikiem. Jak to wszystko zorganizowałeś?

Dmytro Antoniuk: Po pierwsze gromadziłem wszelką możliwą literaturę – przewodniki polskie, ukraińskie. Kolejny krok to: w oparciu o informacje zdobyte z literatury na mapie zaznaczam znakami zapytania miejscowości, w których mogą znajdować się obiekty, które mnie interesują. Dalej telefonuję do tych miejscowości i po takich telefonach znaki zapytania na mapie albo znikają, albo zamieniają się na wyraziste kropki, to znaczy, że coś w tej miejscowości jest, że warto tam pojechać i sprawdzić. Następnie wyruszam w drogę i spotykam się z miejscowymi krajoznawcami, albo po prostu miejscowymi ludźmi. Nie zawsze ich informacja jest prawdziwa, ale zawsze jest ciekawa. I zawsze mogę ją podać z zaznaczeniem, że to jest informacja od jakiejś babci. Oczywiście też fotografuję. Nie wyobrażam sobie bym mógł napisać taki przewodnik siedząc w domu za biurkiem. Ja muszę pojechać, zbadać, sprawdzić. Co ciekawe, nawet kiedy już oddałem materiał do druku znalazłem jeszcze chyba 3 obiekty nie opisane przeze mnie i dodałem ich opisy do przewodnika. Co więcej już po ukazaniu się drukiem obu tomów odnalazłem kolejnych 5 czy 6 zabytków wcześniej przeze mnie nie znanych i nie opisanych.

K.W. Czyli rozumiem, że możemy liczyć na tom trzeci przewodnika?

Dmytro Antoniuk: (śmiech) możliwe, kto wie, może jakiś tom bonusowy się ukaże.

K.W. Czy miałeś jakieś szczególne przygody podczas tych ekspedycji, bo to pewnie setki, jeśli nie tysiące kilometrów przejechałeś po Ukrainie?

Dmytro Antoniuk:Oczywiście. Jedną z nich miałem w wiosce Leśkowa w obwodzie czerkaskim gdzie zachował się piękny pałac w stylu angielskiego, tudorowskiego neogotyku należący dawniej do rodziny Dachowskich. Pałac pochodzi z połowy XIX wieku a ostatnia dobudowa z początku XX wieku. Posiada on takie wieże, które nadają mu wygląd zamku. Można tam po prostu kręcić filmy w oparciu o kryminały Agaty Christie. I do dnia dzisiejszego jest on własnością wojska. Jednostki wojskowej już tam co prawda nie ma, ale są wartownicy na kontrolnych punktach. Zanim tam pojechałem przeczytałem w sieci, że oni nikogo tam nie puszczają, a sam pałac otoczony jest zdziczałym parkiem, tak, że nawet zimą, kiedy nie ma liści i tak nic spoza tych drzew nie widać, nie da się sfotografować. Ci jednak, którym udało się tam jakoś wejść radzili, aby każdy kto tam chce pojechać nie przyznawał się i nie podawał za dziennikarza czy w ogóle za człowieka, który ma coś wspólnego ze środkami komunikacji masowej. Ja przyjechałem do tej wioski 24 lutego, dzień po dawnym Dniu Armii Radzieckiej, kupiłem butelkę wódki i podszedłem do tych ochroniarzy, którzy nawet nie byli ubrani w mundury tylko w jakieś sportowe dresy. Dałem im tę butelkę i mówię: „Witam chłopaki i pozdrawiam z Dniem Armii Radzieckiej. Jestem fotografem weselnym z Humania i chciałbym sfotografować trochę ten pałac, bo przyda mi się to do moich przyszłych sesji fotograficznych.” Popatrzyli tak trochę koso, ale w końcu powiedzieli: „A dobra, idź”.

Inną, mniej przyjemną przygodę miałem we wsi Dobra położonej bardzo blisko od Leśkowej. Tam zachował się mały ale bardzo ładny dworek. Przez to, że nie jest w rejestrze zabytków, jest własnością prywatną. Funkcjonuje tam jakiś zakład mięsny. Tam wręcz spuszczono na mnie psy, kiedy próbowałem fotografować. Nie wiem, chyba uznano mnie za jakiegoś szpiega gospodarczego, który planuje wykraść przepisy na te ich kiełbasy.

K.W. Są plany przetłumaczenia Twoich przewodników na język polski. Możemy uchylić rąbka tajemnicy czytelnikom naszego portalu?

Dmytro Antoniuk:Tak, obecnie jest takie zainteresowanie ze strony polskiej by je przetłumaczyć, ale myślę, że przez tą trudną sytuację z brakiem funduszy dla polskich organizacji kresowych ta sprawa w tej chwili się zatrzymała. Mam jednak nadzieję, że w tym roku rozpocznie się tłumaczenie tego przewodnika i podpiszę kontrakt ze stroną polską. Jeśli wszystko pójdzie sprawnie to na wiosnę przyszłego roku przewodnik ten ukaże się po polsku. Bo prawa autorskie do niego mam ja i Instytut Polski w Kijowie.

K.W. A jak układa się współpraca z Polakami, poza Instytutem, bo rozumiem, że z nim jest dobrze?

Dmytro Antoniuk:Tak współpraca z Instytutem układa się dobrze. Poza tym w procesie prac nad książką kontaktowałem się z Michałem Grocholskim, potomkiem rodu Grocholskich, który prowadzi stronę internetową poświeconą zabytkom związanym z tym rodem, na Ukrainie, Białorusi, Litwie i we współczesnej Polsce. Niektórzy polscy księża przyjmowali mnie też na nocleg w czasie tych moich podróży.

K.W. A jakie masz plany pisarskie na przyszłość?

Dmytro Antoniuk:Przygotowuję nową książkę poświęconą rzymskokatolickim klasztorom na Ukrainie. Na razie tylko klasztorom, bo np. kościołów zachowało się na Ukrainie jeszcze całkiem sporo i to nie tylko na Prawobrzeżnej ale i w obwodzie chersońskim. Klasztory są również taką moją pasją „podróżniczą”. Zamierzam opisać historię wszystkich tych zakonów, które były na Ukrainie: franciszkanie, bernardyni, dominikanie, jezuici, kapucyni, brygidki, szarytki i wiele, wiele innych. I zainteresować moich czytelników tymi historiami bo są naprawdę bardzo ciekawe. Na przykład w samym Kijowie był klasztor podominikański na Padole, który został zburzony przez komunistów w 1934 roku. Był też w Kijowie klasztor franciszkanów, bernardynów. A np. w Rżyszewie nad Dnieprem, po drodze z Kijowa do Kaniowa był aż do lat 80-tych XX wieku budynek klasztoru trynitarskiego. Potem został zburzony. Ale jak widać nawet tutaj był klasztor. Ba, nawet z zonie czarnobylskiej jest takie miasto, które się nazywa Poleskie, a dawniej Chabno, i tam zostały polskich ziemiańskich dwór. Temat klasztorów jest jednak bardzo obszerny, może uda mi się zdobyć jakieś stypendium dla przeprowadzenia badań w Polsce, bo wiele z klasztornego wyposażenia (ikony, monstrancje itp.) znajduje się teraz w Polsce, czy to w muzeach czy też w kościołach i klasztorach. Również Kresowiacy, jako mieszkańcy tych terenów są dla mnie ciekawym źródłem informacji. Pisząc o klasztorach będę pisał również o znanych ikonach. Np. cudowna ikona Matki Bożej z klasztoru dominikanów w Podkarmieniu jest teraz we Wrocławiu (miałem okazję ją zobaczyć), również podominikańska ikona czortkowska jest teraz w Warszawie itd. itd.

Zresztą w Polsce wychodzi doskonała seria poświęcona zabytkom klasztornym na terenie dawnego województwa ruskiego, którą to serię wydaje Pan Ostrowski w Krakowie. Ja mam kilka tomów, ale w Kijowie czy w ogóle na Ukrainie dostać tego nie sposób.

I.P. Zapytam trochę z „innej beczki”. Odbyło się Euro 2012, czy polskie organizacje w Kijowie zrobiły coś, aby pokazać tę polską spuściznę turystom z Polski?

Dmytro Antoniuk:O czym ty mówisz. Nic takiego nie było. Przyjmowałem sam Polaków u siebie w domu. Postanowiliśmy z żoną, że będziemy w czasie Euro przyjmować turystów z innych krajów bezpłatnie w naszym domu. Ot tak, żeby porozmawiać, nawiązać jakiś kontakt. Najpierw mieliśmy Szwedów, a potem Polaków, którzy przyjechali na mecz finalny aż ze Szczecina. Kijów trochę zobaczyli, potem planowali jechać do Lwowa, doradziłem im aby jeszcze do Oleska zajechali. Ale generalnie ci, którzy przyjechali na Euro zainteresowani byli głównie futbolem i piwem, no może jeszcze kobietami (śmiech).

I.P. A jak miejscowi Ukraińcy odnoszą się do tych polskich zabytków?

Dmytro Antoniuk:Generalnie mieszkańcy wioski (bo gros tych zabytków jest jednak na wsiach, niekiedy wręcz na takiej głuchej prowincji) prawie nic nie wie o tych zabytkach. Na początku kiedy jeździłem po wsiach i pytałem „A gdzie jest ten wasz pałac?” to słyszałem odpowiedź: „A co to jest pałac?”. Ja byłem w szoku i nie wiedziałem jak na to reagować, bo wiedziałem, że taki pałac tutaj jest, a pytałem tylko o drogę do niego. Dopiero potem jak trochę wyjaśniłem to padała odpowiedź: „A to chce się Pan dostać do szpitala, szkoły, klubu” czy czegoś tam jeszcze. Więc ja wyrobiłem sobie taki nawyk, że przyjeżdżałem i pytałem: „A gdzie tu u was jest budynek, w którym żył pan?”. I wtedy szybciej się dowiadywałem. A w ogóle w podejściu jest taka dwoistość. Z jednej strony nie wiedzą praktycznie nic o tych obiektach i w związku z tym nic nie robią aby te budynki ratować, zwłaszcza te pałacyki czy dworki, które były szkołami a teraz zostały praktycznie bez właściciela. Z drugiej jednak strony bardzo chcą się czegoś dowiedzieć. Więc jest tutaj taki paradoks. Zawsze jak przyjeżdżałem pierwszy raz, fotografowałem to oczywiście najpierw patrzyli na mnie jak na szpiega, ale potem dopytywali się. Miałem taki przypadek w jednej z wiosek w obwodzie winnickim, koło Lubara. Miałem informacje, że jest tam wielki dwór, miałem jego archiwalne zdjęcia, a zastałem tam niemal ruinę, jakby od pół wieku może nikt się nim nie opiekował. Od miejscowych dowiedziałem się, że poprzedni przewodniczący rady wiejskiej postanowił go rozprzedać. I ludzie mówili mi kto co kupił, gdzie są teraz np. schody z tego dworu. Zatem z jednej strony wydaje się, że obchodzi ich tylko chleb codzienny, jak by tu szybko zarobić i przeżyć, z drugiej strony obserwuję jednak taki głód informacji. Kiedy już się zainteresowali tym co robię to dopytywali się, prosili, żeby opowiedzieć im coś więcej. Tak było prawie zawsze. I powiem szczerze, że pisałem ten przewodnik przede wszystkim z myślą o takich ludziach, aby ich zainteresować, aby trochę otworzyć im oczy. Bo to w pierwszej kolejności od nich zależy czy taki dwór czy pałac ocaleje, postoi jeszcze trochę czy szybko zamieni się w ruinę. Jak to się stało np. we wsi Tiutiunniki na Żytomierszczyźnie, pod Cudnowem gdzie był dwór drewniany, który na polecenie miejscowego przewodniczącego rady wiejskiej w 2007 roku został rozebrany. Są tam teraz gruzy.

K.W. Dziękujemy za rozmowę.



7 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz