Kat w dawnej Polsce, na Śląsku i Pomorzu

W swym słusznym dziele „O naprawie Rzeczypospolitej” Andrzej Frycz Modrzewski pisał: „Jeśli zbrodniarze nie mają być bezkarni, musi być kat z urzędu ustanowiony”.

Publikacja Szymona Wrzesińskiego zatytułowana „Kat w dawnej Polsce, na Śląsku i Pomorzu” uzupełnia lukę w opracowaniach poświęconych funkcjonowaniu urzędu kata na ziemiach polskich od XI do XVIII wieku. Uzmysławia ona czytelnikowi, że kat był ważnym miejskim urzędnikiem, stanowiącym ważne ogniwo w systemie prawnym dawnej Polski, zwanym nie bez powodu „mistrzem sprawiedliwości”.

Autor pozycji prostuje też wiele nieprawdziwych opinii, panujących na temat katowskiego rzemiosła. Człowiek parający się tą profesją nie był sadystycznym zwyrodnialcem, lubującym się w zadawaniu cierpień skazańcom. Nic z tych rzeczy. Nawet wydobywając zeznania z najgorszych łotrzyków, kat stosował się wyłącznie do poleceń sędziego. Na własną rękę katu nie wolno było stosować żadnych tortur. Zleceniodawcy, czyli rajcy miejscy, wymagali od niego pełnego profesjonalizmu. Wykonując wyrok nie wolno mu było zbytnio męczyć skazańca i zadawać dodatkowych cierpień, jeżeli skazaniec był skazany na ścięcie, ani też przyspieszać jego śmierci, jeżeli nałożony na niego wyrok zakładał, że ma umierać długo. Kat, który nie potrafił wykonać wyroku, sam rychło mógł stracić głowę.

Wrzesiński opisuje, jak kształtował się zawód kata w dawnej Polsce, skąd rekrutowali się ludzie wykonujący tę profesję, jak zdobywali kwalifikacje , gdzie mieszkali, jak ich wynagradzano, jaką opinią społeczną się cieszyli itp. Wrzesiński w swojej publikacji stara się odpowiedzieć na takie pytanie jak np.- czy istniały w Polsce szkoły katowskie?- Jak naprawdę wyglądał strój kata? Itp. Sporo uwagi Wrzesiński poświęca sposobom wydobywania przez kata zeznań z podejrzanych o dokonanie przestępstwa. Opisuje więc z detalami, na czym polegało: osadzanie, obrażanie, unieruchamianie, podwieszanie, rozciąganie, miażdżenie, nakłuwanie i przypalanie. Sporo uwagi poświęca on też sposobom wykonywania kary śmierci przez mistrza. Pisze m.in. jak przebiegało wieszanie, ścinanie, chłostanie, wyświecanie, piętnowanie, ćwiartowanie, spalanie, topienie, zakopywanie, nawlekanie, mutylacja, łamanie.

Od lektury opisu tych czynności włos może się jeżyć na głowie, ale współczesny czytelnik nie może zapominać, że surowe kary były głównym elementem utrzymywania ładu i porządku w dawnej Polsce. Łagodne kary w postaci opłaty pieniężnej czy wygnania całkowicie nie odstraszały ogromnej armii zbrodniarzy i przestępców. Instytucji kata bronili najświetniejsi ówcześni pisarze polityczni. W swym słusznym dziele „O naprawie Rzeczypospolitej” Andrzej Frycz Modrzewski pisał: „Jeśli zbrodniarze nie mają być bezkarni, musi być kat z urzędu ustanowiony”.

Generalny wniosek, jaki można wyciągnąć z książki Szymona Wrzesińskiego brzmi – na rolę kata w dawnej Polsce nie można patrzeć w sposób ahistoryczny, ale oczami ówczesnych ludzi, dla których najstraszniejsze nawet wyroki nie były wypaczeniem istoty społeczeństwa, ale egzekucją prawa, niezmiernie rzadko wymierzona ludziom niewinnym. Każda z kar była przypisana do określonego przestępstwa i nie zdarzało się, by złodziejaszek był nawlekany na pal. Wrzesiński pisze: „Z kolei w Lubaniu obok szubienicy jesienią1403 roku pogrzebano żywcem oraz przebito palem Annę Bonsch za utopienie w studni swojego nowo narodzonego dziecka. Identyczny wyrok zapadł w tym mieście w 1559 roku, kiedy wbito spiczasty palik w serce morderczyni własnego dziecka. W 1603 roku tak samo uśmiercono Marię Krause, służącą, która zabiła nożyczkami swe maleńkie dziecko. Latem 1733 roku na lubańską egzekucje przybyło 370 osób, które z zapartym tchem obserwowały, jak kat Joachim Kuhn grzebał żywcem wyrodną matkę.

W 1571 roku obok szubienicy w Gryfowie Śl. Pogrzebano żywcem lokalną dzieciobójczynię. Wyrokiem ławy z pobliskiego Lwówka Śl. w 1567 roku za uduszenie noworodka żywcem uśmiercono Urszule, córkę Walentego Beyera, odźwiernego Bramy Bolesławieckiej. Po wykopaniu dołu kat wrzucił doń kobietę, przysypał częściowo ziemią, po czym wbił w jej ciało pal i żyjącą jeszcze szybko zakopał”.

Na zakopanie żywcem sądy skazywały dzieciobójczynie. Zwyrodniałych morderców karano inaczej, tych nawlekano na pal. Wrzesiński pisze: „nawlekanie na pal stosowano w przypadku wielokrotnych zabójców, świętokradców oraz osób dokonujących najokrutniejszych mordów. Kiedy w 1531 roku pod Złotoryja zginął wędrowny garbarz, szybko wykryto i złapano czterech sprawców. Okazali się nimi mieszkańcy dwóch okolicznych wsi, Bielanki i Płakowic, oraz Zgorzelca, leżącego na pograniczu Śląska i Łużyc. Po odczytaniu wyroku złotoryjskich sędziów dwóch zbójów połamano kołem, przywódcę grupy nabito na pal, zaś czwarty z nich tylko dlatego uniknął egzekucji, gdyż zmarł podczas tortur w miejskim więzieniu. Latem 1568 roku w Kłodzku kat wywlókł z więzienia Kaspra Hofmanna winnego uśmiercenia piętnastu osób. Po dostarczeniu go na miejsce straceń nabił go na pal. W ten sam sposób w 1615 roku w Środzie Śl. pożegnał się z życiem pewien morderca i złodziej kościelny.

Dla miłośników historii społecznej praca Szymona Wrzesińskiego jest lekturą obowiązkową.

Marek A. Koprowski

Szymon Wrzesiński, Kat w dawnej Polsce, na Śląsku i Pomorzu, Wydawnictwo „Replika”, Zakrzewo, s. 188, c. 29,90 zł.



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz