„Im się naprawdę udało”

„Ja jestem przedwojennym chorążym, dostałem broń ze zrzutu z rozkazem, że to dla polskiego wojska. – Staje przed Żbikiem na baczność. – I choć mam rozkaz współpracować z Armią Ludową, stwierdzam obiektywnie, że to nie jest Polskie Wojsko. Pan według mego rozeznania reprezentuje naród. I oddaję ten zrzut dla NSZ.”

W dzieciństwie i we czesnej młodości, jak pewnie prawie każdy chłopiec z mojego pokolenia, uwielbiałem czytać książki „o Indianach”. Chłonąłem, połykałem niemal kolejne tomy napisane przez Szklarskich, Okonia, Fiedlera, Maya, Curwooda, Coopera, Wernica, Sata-Okha, Yacta-Oya, Szczepańskiego i wielu, wielu innych. Władza ludowa raczyła nas nimi obficie i rzecz jasna nie bezinteresownie, ale mimo wszystko miało to swoje plusy. Bo w powieściach tych Indianie byli zawsze szlachetni, wierni, honorowi, waleczni, kochający swoją ziemię, gotowi przelewać za nią krew i oddać życie. To imponowało, fascynowało, pociągało i rozpalało młode głowy. Niestety Indianie zawsze jednak, koniec końców … przegrywali. Zawsze źli, podstępni, chciwi, wiarołomni, okrutni biali albo ich wybili, albo zagnali do rezerwatów na powolną śmierć. I nic nie pomagało, absolutnie nic. Nieważne jak dzielnie walczył Pontiac, Tecumseh, nieważne jak cywilizowani byli Czirokezi, jak waleczni Saukowie i Lisy pod wodzą Czarnego Jastrzębia, jak liczni Dakotowie (uparcie nazywani Siuksami) pod takimi wodzami jak Szalony Koń, Siedzący Byk, Czerwona Chmura, jak zajadli Apacze pod słynnymi Geronimo i Cochisem. Nieważne ile tysięcy kilometrów uciekali dzielni Nez Perce pod Wodzem Józefem i tak zostali zagnani do rezerwatu. Zmasakrowani pod Wounded Knee, jak Dakotowie Wielkiej Stopy, rzuceni z pustyń południowego zachodu w malaryczne bagna Florydy (jak Apacze). Większość z nich spędzono na jeden nieurodzajny teren w dzisiejszym stanie Oklahoma, nazywany Terytorium Indiańskim. Trafiło tam nawet 100 tys. Indian praktycznie z całego obszaru Stanów Zjednoczonych od Apaczów z południowego-zachodu i Nez Perców z północnego-zachodu poczynając a na Seminolach z Florydy i Delawarach spod Nowej Funlandii kończąc. Czy czegoś wam ten „gułag” nie przypomina?

I to było właśnie najgorsze w literaturze o Indianach, najbardziej przybijające, bo wiadomo było, że i tak w najlepszym wypadku skończą w rezerwacie – ale nigdy na wolności. (Dziś zastanawiam się czy taka literatura w takiej ilości jednak nie jest szkodliwa dla dzieci, czy nie osłabia wiary w to co szlachetne i w sens walki ze złem).

Nasi „Indianie”

Z pełną świadomością mogę dziś powiedzieć, że my w Polsce, mamy takich „Indian”. To żołnierze, czy wręcz zjawisko nazywane dziś „Żołnierzami Wyklętymi”. Analogia jest tutaj olbrzymia. Wszystko to co napisałem na początku w odniesieniu do Indian (szlachetni, wierni, honorowi, waleczni, kochający swoją ziemię, gotowi przelewać za nią krew i oddać życie) spokojnie można zastosować do Żołnierzy Wyklętych. I niestety smutny koniec również. Nieważne jak dzielnie walczyli „Łupaszka”, „Zapora”, „Ogień” i setki i tysiące innych. Ilu komunistów nakładli, ilu konfidentów, enkawudzistów i innej swołoczy i tak koniec był ten sam: Rakowiecka, kula, nieznana mogiła, albo Sybir („A tam transporty i transporty” nasuwają się słowa piosenki Jacka Kaczmarskiego).

Jednak, jest w tym okrutnym, tragicznym i zda się beznadziejnym historycznym dramacie płomyk, a nawet pochodnia nadziei. I o niej właśnie pisze Elżbieta Cherezińska w swojej najnowszej powieści „Legion”. Bo, tu też trzeba zaznaczyć, że podobnie jak i wśród plemion indiańskich była różnorodność (przywykliśmy do ogólnego określenia „Indianin” a tymczasem w Ameryce Północnej było kilkaset plemion i szczepów). Może tylko nie tak wielka. W każdym razie obok wielkich „plemion” jak akowcy i bechowcy były także mniejsze „szczepy” jak AL -owcy (ich porównałbym do Paunisów, którzy ochoczo dawali swoich zwiadowców białym, do walki ze swymi współbraćmi z innych plemion, co rzecz jasna nie ustrzegło ich przed takim samym losem co i innych, i to kolejna analogia…). Były też NSZ. I to głównie o tej formacji mówi powieść Elżbiety Cherezińskiej

Głównym wątkiem tej równo 800-stronicowej powieści jest historia narodowej partyzantki ideologicznie związanej z obozem narodowym, a ściślej tej jej części, która w sierpniu 1944 roku stworzyła Brygadę Świętokrzyską NSZ. Autorka ukazuje szerokie tło formowania się tej jednostki oraz jej bodaj czy nie najsłynniejszy wyczyn – przedostanie się zwartej liczącej kilkuset żołnierzy formacji przez okupowaną Polskę, Niemcy i Czechosłowację do strefy w III Rzeszy opanowanej już przez zachodnich aliantów. Nim jednak do tego doszło poszczególne oddziały włączone potem do Brygady Świętokrzyskiej formowały się i prowadziły boje na Lubelszczyźnie i w Kieleckiem. Ich szlak bojowy Autorka pokazuje przez pryzmat losów ich dowódców oraz postaci fikcyjnych wymyślonych jednak przez Autorkę w oparciu o wspomnienia żołnierzy Brygady. To właśnie głębokie osadzenie powieści w realiach historycznych, mocne oparcie o dokumenty, wspomnienia, rozkazy to jeden z największych atutów „Legionu”.

Ale nie tylko to. Cherezińska pokazuje całą paletę postaci (tak autentycznych jak i wymyślonych) a także nie mniej barwną paletę postaw w obliczu wojny, od bezinteresownego oddania i bohaterstwa po, czasami również bezinteresowną zdradę, czyli pełne oddanie się komunistom – w tym przypadku. Pokazuje trudne ludzkie wybory, nie zawsze dobrowolne, i głębokie dylematy. Jedną z takich postaw prezentuje Jakub, pepeesowiec, żołnierz AL, który widzi, że Polska, która przychodzi wraz z „wyzwolicielską” Armią Czerwoną nie jest tą, o którą walczył i o której marzył. Tym samym współpracuje nieraz z „ideologicznym wrogiem” a prywatnie dobrym znajomym, dowódcą oddziału NSZ, Żbikiem. Innym przykładem jest epizod związany z berlingowskimi skoczkami przeszkolonymi przez sowietów. Jeden z nich wzorowany na postaci porucznika Mirosława Petelickiego (… tak, tak ojciec tego samego Petelickiego), takie też noszący imię i nazwisko, oddaje transport broni „ideologicznym wrogom” NSZ-owcom. „Ja jestem przedwojennym chorążym, dostałem broń ze zrzutu z rozkazem, że to dla polskiego wojska. – Staje przed Żbikiem na baczność. – I choć mam rozkaz współpracować z Armią Ludową, stwierdzam obiektywnie, że to nie jest Polskie Wojsko. Pan według mego rozeznania reprezentuje naród. I oddaję ten zrzut dla NSZ.”

To jednak co jest niezmiernie ważne, to jest fakt, że Autorka nie wprowadza tutaj żadnej historycznej relatywizacji. Pokazuje, by zacytować słowa Zbigniewa Herberta, że „jak jest potwór, to powinien mieć twarz potwora”. Poszczególni żołnierze z AL czy i sowieci mogą być nawet względnie uczciwymi ludźmi, których uczciwość nie zmienia jednak charakteru całej jednostki czy armii. A jaki był ów charakter dobrze wiemy.

Z drugiej zaś strony pokazuje także oblicze NSZ, przez dziesiątki lat zakłamywane przez komunistyczną propagandę a i dziś nie brak „historyków” np. z ŻIH, szeroko rozpisujących się o antysemickich ekscesach NSZ-owców, choć tak naprawdę żaden nie został im dowiedziony. Autorka nie stroni od trudnych momentów w historii tej organizacji jak i całego ruchu narodowego w czasie wojny (np. usuwanie dowódców spolegliwych względem AK i Sikorskiego), ale także stanowczo rozprawia się z „antysemicką” gębą NSZ-tu. Pokazuje żołnierzy tej formacji jako „typowych” partyzantów okresu okupacji, których od innych oddziałów różniła może tylko bardziej narodowa postawa, a także większa niechęć do komunistów i ich współpracowników oraz całkowity brak zaufania względem nich. Co zresztą im się opłaciło. Partyzanci NSZ – to „pragmatycy w lesie”, czyli tacy, którzy chcą się bić z wrogiem a nie siedzieć na kwaterach, i którzy zdają sobie sprawę z tego, że ich najważniejszym zadaniem jest ochrona polskiej ludności. Naczelne dowództwo i kierownictwo cywilne Związku Jaszczurczego to pragmatycy polityczni, którzy nie mają złudzeń, co do tego kim są sowieci, jak i co do tego, że tak naprawdę „pomocy znikąd”, że nawet aliantom ufać nie można, bo dali już dowód swego wiarołomstwa.

Pragmatyzm NSZ objawia się i w tym, że w razie konieczności opłaca się nawet zawrzeć swoisty „pakt o nieagresji” (nie mylić z kolaboracją) z Niemcami, aby móc bezpiecznie wyprowadzić żołnierzy, i zerwać jednostronnie ów pakt atakując hitlerowców, jeśli tylko nadarzy się sprzyjająca okazja. I nie specjalnie przejmują się tym, że nazwą ich „polskimi faszystami”. Jak pokazała przyszłość formacje partyzanckie takie jak AK, które bardzo się starały w żadne układy z Niemcami nie wchodzić i tak koniec końców dostały tę samą „łatkę”. A różnica jest taka, że NSZ-owcom udało się ocalić znaczną część swoich ludzi, a akowców mordowali i Niemcy i potem sowieci (zresztą przez pewien czas równolegle). A sami Niemcy dziś jeszcze AK traktują z pogardą co widać w głośnym ostatnio serialu, na który telewizja zwana polską wydaje nasze pieniądze.

Ów NSZ-owski realizm „do bólu” wolnej ojczyzny niestety nie przyniósł, ale nie pozwolił przynajmniej na wymordowanie swoich żołnierzy. Podobnie zresztą jak dążenie do tego by chronić substancję narodu, zwłaszcza młodzież. Jest to o wiele bardziej logiczne niż geopolityczne, nie wiadomo czy w ogóle przemyślane, a jak wskazuje przyszłość zupełnie oderwane od realiów plany dowództwa akowskiego. Trudno tutaj nie odnieść się do bolesnego Wołynia, kiedy to konspiracyjna AK zaczęła bronić polskich obywateli dopiero po największych rzeziach. I nie trafiają do mnie tłumaczenia, że wcześniej nie można było, bo skoro na początku 1944 roku można było na tym wyrżniętym Wołyniu sformować jedną z największych jednostek AK, to można to było zrobić i rok wcześniej. No ale dowództwo miało zapewne „Burzę” w głowie a nie wyżynanych wołyńskich chłopów. Zupełnie inaczej postępowały NSZ na Lubelszczyźnie i Kielecczyźnie.

Myślę, że środowisko dawnych żołnierzy NSZ powinno przyznać Autorce jakąś szczególną nagrodę, bo powieść ta zrobi więcej dla pokazania prawdziwego wizerunku NSZ-tu niż niejedna praca naukowa.

Bombowy chłopak

Niewątpliwym atutem powieści jest też humor. Wiadomo, na wojnie zwykle niewesoło, ale też i humor jest swego rodzaju bronią. Przed tym by nie oszaleć, by nie wpaść w przygnębienie i depresję. Autorka korzysta z tej broni obficie. Przytoczę tylko dwa przykłady.

Władysław Kołaciński, późniejszy „Żbik”, spotyka jesienią 1939 roku w niemieckim obozie jenieckim swego znajomego doktora Gosiewskiego, który w nim pracuje. Ów chcąc ocalić młodego żołnierza przed wywózką do Niemiec stara się „zrobić z niego” chorego i inwalidę przy pomocy różnych medykamentów. Kiedy już Kołaciński „w papierach” jest inwalidą, doktor Gosiewski mówi: „Generał Sikorski został premierem i Naczelnym Wodzem. Odtwarza polskie sił zbrojne na Zachodzie. A tu, w kraju, montujemy państwo podziemne. I konspiracyjne wojsko. Taki jak ty, młody, zdrów jak byk inwalida wojenny jest potrzebny Polsce.”

Nie mniej wesoła jest charakterystyka sapera, młodszego brata późniejszego dowódcy Legii Nadwiślańskiej Leonarda Zub-Zdanowicza, Wiktora Zub-Zdanowicza. „Młodszy Zub-Zdanowicz jest saperem. ‘Mam bombową robotę’ – mówił dziewczynom na pierwszej randce i to z jakichś powodów zapewniało mu drugą i trzecią randkę. Jeśli panna była oporna, dorzucał do tego bombonierkę. ‘Rozbrajasz mnie’ – szeptały mu potem do ucha, a on zastanawiał się, jak długo uda mu się stąpać po polu minowym między Joasią, Zosią i Alinką. Dla zabezpieczenia nie używał imion, do każdej mówił ‘kochanie’, jak na razie nie było detonacji.”

Im się udało

Ale wróćmy do tytułu tego omówienia. Celowo wybrałem jako tytuł słowa samej Autorki: „Im się naprawdę udało”. Bo tylko NSZ-owcom udał się ten nie lada wyczyn: przeprowadzenie jednostki liczącej około 800 żołnierzy wraz z taborami przez front i po terytorium wroga do zachodnich aliantów. Podtytuł książki brzmi „Powieść o tych, którzy nie poddali się nikomu” i chyba tutaj należy upatrywać sukcesu tego rajdu. Gdyby wraz z innymi jednostkami NSZ Brygada Świętokrzyska scaliła się z AK to prawdopodobnie wykrwawiła by się w Powstaniu Warszawskim czy w „Burzy” a resztę dorżnęliby sowieci wespół z miejscowymi komunistami. Gdyby poddali się Niemcom, ci wysłaliby ich jako mięso armatnie, kolejny Ostlegion, do walki z nacierającą Armią Czerwoną, w walce z którą rzecz jasna nie mieli żadnych szans. A tak udało się ocalić żołnierzy, którzy co prawda nie zostali już wykorzystani do walki o wolną Polskę, ale i tak lepiej żyć, nawet na emigracji niż oddać życie w komunistycznej katowni.

Wyczyn Brygady próbował powtórzyć porucznik Tadeusz Kuncewicz „Podkowa” z zamojskiej AK, kiedy to z nieliczną grupą, ponad 20-tu akowców, „w stylu pułkownika Kwiatkowskiego” przedarł się przez okupowaną przez sowietów Polskę a potem Czechosłowację. Wyprawa jego jednak, by znów użyć indiańskiego porównania, zakończyła się niczym długi marsz Nez Perców Wodza Józefa, którzy uchodząc do Kanady zostali osaczeni przez żołnierzy amerykańskich jakieś 20 mil od granicy „Kraju Babci”. Podobnie i „Podkowa” został zatrzymany przez czechosłowacką bezpiekę u granicy zajętych przez aliantów Niemiec. Jemu się nie udało.

***

Ta piękna powieść obciąży zapewne półkę i tak już pełną zakurzonych, innych „gotowych scenariuszy” na wspaniały film czy serial (w rodzaju „Czasu Honoru”) o historii naszego kraju. Zgadnę: nie znajdą się fundusze na jej ekranizację. I trudno się dziwić, bo skąd ich nabrać, skoro potrzeba i na film o przybijaniu ludzi do drzwi stodoły przez wrednych antysemitów i na liczne „filmy dla młodzieży”, i na kaca …Wawę, na wyjazd integracyjny, a tu jeszcze Niemcom trzeba zapłacić za „kształcący” serial. No skąd nabierzesz?!

Świadom jednak słuszności słów barokowego poety, że „to tylko przetrwa wieki co na papier wlezie” mam nadzieję, że kiedyś nadejdą takie czasy, że jakiś młody, ambitny i nie zarażony jeszcze wirusem poprawności politycznej reżyser sięgnie po powieść Elżbiety Cherezińskiej i zrobi z tej powieści dobry serial. Na razie możemy się cieszyć samą obszerną książką, do której przeczytania gorąco zachęcam.

I na koniec warto zacytować samą Autorkę: „Wciąż, do natręctwa, powtarzam: cieszmy się naszą historią. Poznawajmy ją z ciekawością i radością. Pomniki zamieniają bohaterów w kamień, a historię czynią twardą i nieprzystępną. Opowieści mogą otwierać przeszłość i oddawać ludziom/historii życie. Bierzmy je takim, jakim było. W nas też jest Las.”

Krzysztof Wojciechowski

Elżbieta Cherezińska, Legion, Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań 2013, ss. 800



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz