Huculszczyzna jest ciągłą obecnością

Huculszczyzna – dla wielu jest miejscem spowitym sentymentem i rzewnością. Za Kresami bowiem wciąż się tęskni. Pozostają miejscem utraconym, więc tym mocniej oplecionym nostalgicznym całunem. Tam, gdzie słychać szum Prutu i Czeremoszu, została czuła pamięć i dobre wspomnienie.

Jednym z najważniejszych apologetów Huculszczyzny niewątpliwie pozostaje Stanisław Vincenz. Związany jest ze Słobodą Rungurską – tam się urodził w 1888 r. Jego rodzina wywodziła się z Prowansji. Ojciec był pionierem przemysłu naftowego, matka – córką właściciela ziemskiego z Krzyworówni. Wychowywał się w domu swojego dziadka, pod opieką piastunki Pałahny. Ona wtajemniczała go w huculskie historie, legendy, zwyczaje. Znaczną rolę w rozwoju chłopca spełniła także jego babka Otylia, kobieta wyniosła wobec ludzi pysznych, a dobrego serca dla słabych i ubogich. Nauczyła swojego wnuka, że nade wszystko należy unikać egoizmu, tym bardziej że ma on tendencje do kostnienia, utrwalania się.

Między górami a Kołomyją

Rok 1900 zapadł w pamięć małemu chłopcu. Przyjechał wówczas z Kołomyi, gdzie się uczył, na wieś, w góry, wraz z rodzicami do rodziny matki. Był już gimnazjalistą, a dziadek, chociaż mocno schorowany, dokładnie wypytywał go o naukę, zainteresowania, profesorów. Pochwalił, że przyjaźni się z biednymi chłopcami, byle tylko byli porządni.

Kołomyja była dla młodego Stanisława nie lada wyzwaniem. Nie mógł się przyzwyczaić do tego miasta, podobnie jak mieszkańcy połonin i wierzchowin, pasterze i rolnicy huculscy. Hucułom Kołomyja kojarzyła się z więzieniami, urzędami, sądami, koszarami, kasami podatkowymi, czyli obcym mechanizmem i niezrozumiałą biurokracją. Czymś innym natomiast były huculskie targi, jarmarki, chramy czy odpusty kościelne. To był czas świętowania, spotkania się ze znajomymi. „I ja spostrzegłem – pisze Vincenz – ze zdumieniem, że w Kołomyi tylko to mi się podoba, co Hucułom”[1].

Wyjazd z górskiego kraju, obszaru macicznego, do Kołomyi, był inicjacją w dorosłość. Pamiętał tę podróż z wujem Stasiem, bratem matki, jazdę hożą czwórką, najpierw na wstępne egzaminy, później na poważną naukę. Tam uczył go m.in. Zachariasz Dembitzer, dzięki któremu mógł czytać Homera i Platona w oryginale. Ze wzruszeniem przyznaje, jak wiele zawdzięcza temu miastu. Podkreśla trwałość szkolnych przyjaźni. Przypomina słynną kołomyjską Bibliotekę Kraszewskiego i Wielką Bibliotekę Jankiela Orensteina. Tam właśnie profesor Dembitzer uczył swoich uczniów „czytać Homera z zawziętą doskonałością (…)”[2]. Ta akrybia towarzyszyła mu zresztą przez resztę życia. Tam uczniowie poznawali Wyspiańskiego i francuski symbolizm. Kołomyja to także szkoła muzyczna i pierwsze wtajemniczenia w utwory Wagnera i Schuberta. Po wielu latach zrozumiał powiedzenie Arystotelesa, że „poezja jest czymś bardziej filozoficznym i poważniejszym od historii”. Potem wyjechał do Wiednia (1909-1914), gdzie studiował biologię i psychologię, później slawistykę, sanskryt i filozofię. Te ostatnie studia zaowocowały dysertacją doktorską: Filozofia religii Hegla i jej wpływ na Feuerbacha. Niestety, wojna nie pozwoliła na prowadzenie działalności naukowej. Pracował nad habilitacją: Hegel w Polsce i w Rosji, która spłonęła w 1915 r. w dworku dziadka. Debiutował przekładami z Walta Whitmana, które ogłoszone zostały w 1921 r. ze wstępem tłumacza. W 1940 r. znalazł się na Węgrzech, gdzie powstawały pierwsze eseje, a siedem lat później wraz z żoną wyjechał do południowo- wschodniej Francji.

W huculskiej przestrzeni Vincenz odnajduje swój środek, axis mundi[3]. Miejscem centralnym jest Palenica, góra, na której zboczach znajdują się źródła Białego i Czarnego Czeremoszu. Autor pisze:

Otwórz twe oczy ślepoto, bo wciąż się w twych oczach zieleni

Twa Wierzchowina, wieczysty pomnik i ziemi świadectwo!

Ocknij się, słuchaj głuchoto, bo Palenica wciąż szumi,

W pępku ziemi, co karmi wciąż źródła Czeremoszowe![4]

Vincenz przywołuje tutaj ciekawą formułę – „pępek ziemi”. To miejsce niczym pępowina łączy dawność z teraźniejszością, jest znakiem tożsamości. Góry Wierzchowiny są istotnym dla Vincenza krajobrazem, mistyczną przestrzenią, źródłem radosnych przeżyć, trudu wspinaczki, epifanii Najwyższego. Dostarczają głębokich emocji, ekstatycznych doświadczeń wchodzenia w obszar dziewiczy, czysty. Zdobywanie góry to czas zmagania się z własnym ciałem, ze zmęczeniem, to miłe uczucie triumfu, kiedy osiąga się szczyt.

Huculszczyzna opisywana przez Vincenza to przede wszystkim oryginalna, egzotyczna kultura pasterska. Wskażę na wybrane jej aspekty, te, które wydają mi się najciekawsze. Huculska scheda zdeterminowała Vincenza jako człowieka, gdyż wyrastanie na pograniczu wielu narodów, kultur, w klimacie idei jagiellońskiej stało się istotnym dziedzictwem historycznym i emocjonalnym. „U Vincenza – pisze Dorota Sapa – wartości wnoszone przez każdą z nacji są dobrem, które funduje podstawy wspólnej egzystencji. Różnice nie dzielą, ale tylko odróżniają, by nie zatraciła się osobowość i odrębność”[5]. Huculszczyzna widziana jest właśnie przez pryzmat kultury pasterskiej, której Vincenz przydaje moc zakorzeniania w tym, co najistotniejsze. Kultura ludowa w ogóle stanowi fundament kultury europejskiej. Jeśli więc z takim pietyzmem wypowiada się na temat folkloru huculskiego, to jednocześnie włącza go w czas mityczny. W eseju Uwagi o kulturze ludowej podkreśla, że spontaniczna działalność ludu buduje „podświadomość duszy narodowej”. Pozostaje Vincenz spadkobiercą tradycji romantycznej i dostrzega, że za sprawą kultury ludowej społeczność zyskuje wymiar ponadczasowy; niezależnie od przewrotów historycznych „pieśń ujdzie cało”. Za romantykami głosi przekonanie, że siła historii, tradycji stanowi o istnieniu pokoleń. Najistotniejszą sankcją kultury ludowej jest religia, ona bowiem stanowi ważne oparcie moralne, ale i jest elementem silnie łączącym wspólnotę. Za romantykami dostrzega także, że natura jest wielką księgą zapisaną przez dzieje, jest tłem historii. Pejzaż nie jest tylko malarskim czy wzrokowym efektem, ale to „także gleba, po której stąpamy, na której pracujemy, jej falistość lub równinność, jej wody – morza, rzeki lub moczary – jej powietrze, którym oddychamy: to, co nadaje postać ruchom człowieka, co formuje jego kroki, jego pracę, jego ręce i nogi, jego postawę, zapewne jego oddech nawet. Inaczej bowiem żyją ludzie tam, gdzie nieustanna mgła, niż gdzie powietrze czyste, horyzont daleki, przejrzysty. Innych ruchów nabiera się grzęznąc w moczarach i piachach, niż gdy się stąpa po skałach (…)”[6].

W Outoposie odnajdujemy refleksję o tym, że ludzie na przestrzeni wieków utracili umiejętność „życia w krajobrazie bez naruszania go”, nie umieją być „częścią tego wszystkiego z elegancją właściwą rzeczom naturalnym: roślinom, ptakom i zwierzętom”. Jako wzór do naśladowania podaje mieszkańców Bali, którzy stworzyli swoją przestrzeń z dziewiczej dżungli, umiejętnie dbając o to, by nie naruszyć równowagi w przyrodzie. W ten sposób osiągnęli „harmonię życia”. Vincenz opowiada się po stronie kosmosu, czyli po stronie piękna, bo ono zostaje. „Pewnie, że im będziemy lepsi, tym więcej ono nam się odkryje. I będzie to nawet miarą naszego tak zwanego rozwoju, ten udział w Godach Świata”[7].

Słowiańska Atlantyda

Vincenz mówi o wielowiekowej tradycji huculskiej, przekazywanej ustnie z pokolenia na pokolenie, snuje opowieści o wojowniczych i odważnych pasterzach, opryszkach, dokonujących spektakularnych czynów. W eseju Spotkanie z chasydami jednoznacznie stwierdza, iż kultura ludowa to rudymenty archaicznej religijności. Ale krążyły tutaj także opowieści żydowskie o Baal Szem Towie, który mieszkał w Jasieniowie u Hucuła Fiedeczki, a może, jak głosi gminna wieść, w pieczarze leśnej na lewym brzegu Czeremoszu. Wiele emocji towarzyszy Vincenzowi, kiedy pisze o huculskich chasydach, o ich przedziwnych modlitwach, które małemu chłopcu wydawały się magią, czarodziejstwem. Zasłyszane gawędy zapładniały wyobraźnię, uczyły, rozwijały. „Jakże bezpiecznie czuje się dziecko – wyznaje Vincenz – wyrastające w kraju, którego rok za rokiem strzegą takie modlitwy, nawet jeśli są to modlitwy innej religii. Przez stulecia wznosił się szmer tych modlitw ku niebu – teraz zamilkł. Czy zabrzmi kiedy znowu?”[8]

Huculszczyzna jest, jak notuje Vincenz, „ostatnią wyspą Atlantydy słowiańskiej”. Istnieje prastara legenda o Atlantydzie, przekazana Solonowi, Ateńczykowi, przez kapłanów egipskich. Mówi ona o olbrzymiej wyspie, która istniała na Oceanie za Słupami Heraklesa, naprzeciw cieśniny Gibraltarskiej. Mieszkańcy stworzyli bogate państwo, ale na skutek ich moralnego zepsucia zostało zatopione przez bogów. W opisach Atlantydy mowa o ogromnych bogactwach, o przepychu pałaców, świątyń, ogrodów. Nawet klimat sprzyjał mieszkańcom, gdyż był niezwykle łagodny. Krajem rządzili mądrzy ludzie. „Wiedzieli, że to zewnętrzne dobro – czytamy – tylko wówczas prosperuje, gdy rządzi nim przyjazna wspólnota, a bez tego rozprasza się i ginie. Gdy cała troska i dążenie zwróci się tylko ku rzeczom zewnętrznym, to z cnotą i one potoczą się w przepaść. Także z boskiego natchnienia i wpływu wyrosły tu przekonania i pod ich wpływem kwitło to wszystko”[9].

Ale przyszedł moment, kiedy mieszkańcy, kierując się ciekawością, zaczęli opuszczać wyspę, by zobaczyć, jak żyją inni ludzie. Pojawiła się chciwość pieniądza, chęć posiadania nowych ziem, które doprowadziły wyspę do upadku. Zaatakowali Europę i Azję, lecz zostali pokonani i ukarani za pychę. Stanisław Próchnicki w kontekście rozważań Vincenza stwierdza, że są one odniesieniem do mitologicznej utopii, oraz widzi trafność mówienia o raju, raju utraconym czy Arkadii, bo te „są naturalnymi krainami, w których człowiekowi zdarzyło się przebywać. Atlantyda natomiast, podobnie jak Huculszczyzna – słowiańska Atlantyda, jest tworem i organizmem społecznym, wynikiem pewnej ideologicznej konstrukcji i, choć obie mają być (…) idealne, przecież nie są doskonałe, już choćby dlatego, że nie mogą się oprzeć kataklizmowi zarówno natury, jak i historii”[10].

Duchowe centrum Vincenza jest ograniczone od zachodu pasmem Czarnohory, od wschodu Białym Czeremoszem, od północy grzbietem łączącym Iherc z Bukowcem i Pisanym Kamieniem, a od południa szczytem Palenicy i górnym biegiem Czarnego Czeremoszu. To tereny, które są trudno dostępne. Czas sączy się tutaj niespiesznie, a wielka historia toczy się w innym miejscu. Mieszkańcy żyją według rytmu, który wyznacza cykl przyrody, prace polowe, świętowania, codzienne obrządki. Autochtoni nie lubili stąd wyjeżdżać, a konieczność podróży była niczym wyrok. Chyba, że zmusił ich do tego głód, ale i wtedy szukali innych rozwiązań. Vincenz pisze, że niektórzy mieszkańcy nigdy nie opuszczali gór. Młodzi już inaczej – wyruszają na przykład na Węgry za tytoniem, są ciekawi świata.

Dla Hucułów absolutem jest dom, a jego budowanie powtarzaniem gestu boskiego kreatora, to początek świata[11]. Założenie domu jest wyznaczeniem środka świata, stworzeniem podwalin cywilizacyjnych. I nieważne, że tych środków może być wiele, że człowiek buduje wiele domów. Każdy jest tak naprawdę pierwszym.

W zakładzinach domu istotny był wybór miejsca. Nigdy nie podejmowano takiej decyzji pochopnie, bo niecierpliwość mogła srogo zemścić się na przyszłych mieszkańcach. Jeśli coś ma trwać długo, to nie może być budowane z pośpiechem. Stanisław Vincenz na przykład pisze, że bardzo uważnie obserwowano zachowanie bydła. Zwracano uwagę, które miejsce jest ich ulubionym, gdzie kładą się na odpoczynek, szukano mrowisk, widząc w nich pozytywny znak, kładący kres poszukiwaniom i wyznaczający ważny punkt w homogenicznej przestrzeni. Ponieważ zwierzęta kierują się niepojętym dla człowieka zmysłem, wyczuwają niebezpieczeństwo, ufano, że miejsce wybrane przez nie będzie także niezgorszym dla człowieka. To one nakreślały miejsce święte. Dobrze było, jeśli jeszcze gazda w tym miejscu rozpalił watrę i spał przy niej. Sny miały dodatkowo poświadczyć, czy wybór jest słuszny. Później zakopywano jeszcze krzyż ze smreczyny, oczywiście poświęcony i dla większej mocy okadzony kadzidłem. Te wszystkie techniki mówią nam, że homo religiosus posiada potrzebę życia w przestrzeni numinotycznej, uświęconej znakami, rytuałami, powtarzającymi działanie Stwórcy.

Przy wznoszeniu nowego domu przestrzegano odwiecznych zasad. Kiedy na przykład ścinano drzewa na budowę domu, najpierw przepraszano mieszkające w nich duchy. Modlitwy, formuły zaklęć, magiczne zwroty, właściwe ryty miały skutecznie zabezpieczyć przed złem, zapewnić bezpieczne schronienie. Dom, imago mundi, stawał się środkiem wśród chaotycznej, obcej przestrzeni. Wśród Hucułów, co warto podkreślić, trumnę nazywa się domowiną, chcąc zaznaczyć, że to nowy dom dla człowieka, nowe „ciało”.

Tutaj, na Huculszczyźnie, toczy się inny czas – czas górski, dostojny, uroczysty. To czas związany ze światłem, stopniowym poznawaniem istoty świata i sensu życia. Wreszcie, to czas związany z uświadomieniem sobie ludzkiej samotności. Jest ona darem, generuje bowiem, jak przekonuje Vincenz, serdeczność, umiejętność dzielenia się, sztukę bycia z drugim człowiekiem. Bez niej, tłumaczy pisarz, nie ma prawdziwej wolności, słobody. Kiedy człowiek pozostaje nieustannie w rozkrzyczanym tłumie, zapomina o tym, że w ogóle jest. Bycie samemu uczy bycia z innymi. Przebywanie z pejzażem gór, puszczy, wiatru nie tylko hartuje, ale uzbraja w męstwo i pokorę. W obliczu potęgi natury, jej urody, ale i kaprysów, człowiek przekonuje się, że jest tym, kim jest, i to odkrycie cieszy i rodzi sensowność życia. Samotność jest ważną drogą do samoświadomości. Pokazuje, że można być wolnym i szczęśliwym poprzez uwolnienie się od zgiełku świata. To „moc światowładna”, ale gdy nazbyt długo jest się samym, to poszukuje się „zaludnienia”. „Człek długo samotny – pisze Vincenz – w wielkim świecie chmur, szczytów i lasów, wód i traw szuka towarzystwa, szuka pobratymstwa”[12]. Wtedy okazuje się, że dookolna natura jest niezwykle rozmowna i snuje swoją opowieść, wzdychając, szemrząc, ględząc, dzwoniąc. Wody strumieni w tanecznym korowodzie niosą przypowieści, historie ważne, przestrogi i nauki. Moce upiorne są wszędzie, wystarczy tylko dobrze się rozejrzeć i zasłuchać w tajemne szepty skalnych rumowisk, wyrw, splątanych korzeni. Są niebezpieczne, bo lubią zakpić z niewtajemniczonego, uczynić żarty nieskromne. Upiorzyska budzą grozę wyglądem, mają wyżarte lica, z tyłu zwisają im kiszki. Niosą choroby, cierpienie, szaleństwo i śmierć. „[…] Gdzieś pod wierchami w Czarnohorze, w najgłębszych ustroniach gór, spoczywają po królewsku, w potajnikach baszt i wieżyc, w komorach i łożach, wykutych przez olbrzymów, olbrzymy orle – potęgi groźne, lecz wspaniałe, chmuroskrzydłe, gromodzwonne. Spoczywają do – czasu. Z okienek skalnych baszt, z ganeczków, z narożnic wiszących nad przepaścią, błysną czasem ogniste oczy, zadudni pomruk odległy”[13]. Przebywanie w takim miejscu, pośród niepoznanych, irracjonalnych zjawisk, uczy pokory i ostrożności. Tu nieopatrznie wypowiedziane słowo może stać się klątwą, nierozważnie ściągniętym przekleństwem. Trzeba obwarować się roztropnością. Nawet samo przypomnienie kogoś dawnego, z kim doszło do spotkania, może sprawić, że nagle, nie wiadomo skąd, wyślizgnie się mara, oniryczna zjawa ptasia, skrzydlata wiodąca niefrasobliwego człowieka ku przepaści, na zatracenie. Rusałki, wielce urodziwe niauki, czają się pośród dzikich ostępów, rusałczanych zakątków i w każdej chwili są gotowe, by prowadzić na manowce naiwnego człowieka. Obiecują wyszukane pieszczoty, subtelne pocałunki, a potem nagle z przerażeniem omotany odkrywa, że zwiewna mara – Leśna, bo o nią chodzi – ma otwarte plecy dymiące wnętrznościami. Moce są chytre i bardzo podstępne. Należy wykazać się nie tyle odwagą, ile sprytem i mądrością, która zna ezoteryczne zaklęcia i wie, co czynić, by nie narazić się drzemiącym siłom natury. Cały system ochrony przed złem jest prosty, choć wymaga wielkiej czujności i uważności od człowieka. Ten, szukając skutecznej „przymówki”, co dnia przed świtem zbiera wodę z dziewięciu źródeł, tak, aby go nikt nie zobaczył. Najpierw wysłuchuje mowy strumienia, potem grzecznie mu się kłania. Czerpiąc wodę, składa podziękowanie źródłu za hojność i cenny dar: „Wodo, Wodyczko! Święta Jordanyczko! Najstarsza caryczko! Umywasz brzegi, korzenie, białe kamienie, gasisz płomienie! Umyj mnie od grzechu, od złego, od zmazy! Jakaś Ty czysta, jakaś Ty święta, spraw, bym był taki!”[14]. Myje twarz i ręce, a po przyjściu do domu kłania się dymowi z ogniska. Wtedy już może rozpocząć „przemawianie”, odmawianie modlitw, śpiewanie. Jako wtajemniczony umie nawet posłać obertyn, czyli odesłać nadesłane przez jakiegoś molfara czary, i to z taką mocą, że tamtemu pękają żyły.

Znajomość tajnych reguł, zaklęć jest niezbędna, by poczuć się bezpiecznie pośród żywiołu natury, by przezwyciężyć lęk i oswoić miejsce. Nie każdy oczywiście radzi sobie z przymówkami, wymagają one bowiem doświadczenia, pewnej sprawności, ale i hermetycznych praktyk i wyczerpujących postów. Ci, którzy nieodpowiedzialnie, z próżności i głupoty po prostu, używali swoich mocy, zadając przy tym innym śmierć, pokutują we wnętrzu Czarnohory. Tam dźwigają na plecach lód z czarnohorskich jezior.

Bardzo niebezpieczny jest molfar, czyli czarodziej i uzdrowiciel. Umie zamienić się w dzikie zwierzę, zaatakować nagle i skutecznie. „Gdy molfar – pisze Vincenz – lalce drewnianej lub glinianej przedstawiającej jego przeciwnika (albo jego krowę) – a zawierającej włosy lub cząstki ubrania wroga – wbije szpilki lub kołki w język, przeciwnik choruje na język albo oniemieje, gdy wbija w głowę – szaleje, gdy w oko – ślepnie, gdy kładzie lalkę do komina – wróg schnie i ginie powoli. Czasem robi to jeszcze inaczej. „Zwiąże” w „jakiś” sposób – myślami i czarami – jakieś zwierzę z wrogiem. Chwyta na przykład wiewiórkę i zadaje jej męki lub powoli zabija ją. To jest najpewniejszy sposób męczenia. Molfar nasyca się męką wroga”[15]. Już pomijając wszelkie narzucające się skojarzenia z laleczkami voodoo, należy podkreślić, że molfary dysponują mocą straszną, mają klucz do ludzkich cierpień i męczarni. Ale najgorsze, co czynią, jak prawią Huculi, to krzywdzenie zwierząt. Zgrozą napawa fakt, iż wiedźmy – wydojnice – potrafią krowę z daleka wydoić, tak że nieszczęsnej krew cieknie z wymion. Jest to grzech najgorszy i okrucieństwo największe, to „grzech nad grzechy”.

I jeszcze ciekawostka o molfarach. „Na dołach” powiadają, że w święto czarta spotykają się molfary gdzieś na Łysej Górze i wtedy dzieją się tam rzeczy najbardziej ohydne. Z godnym pogardy służalstwem biją czołem przed czartem, a wiedźmy dokładnie wycałowują czartowski tyłek „jakby muchy lizały miskę po miodzie”[16].

Uwodziciel Samael przeciw teologii nadziei

Chciałabym jeszcze krótko jedną rzecz poruszyć. Chodzi o Samaela, o którym pisze Vincenz w apokryficznej historii dołączonej do Barwinkowego wianka, a który w ujęciu pisarza łączy się z ideą apokatastazy. Samael jest aniołem śmierci, uwodzicielem, duchem zniszczenia. Pojawia się w literaturze talmudycznej, ale także w tworzonej później kabalistycznej i religijnej. W tradycji żydowskiej funkcjonuje jako ten, który skłonił Ewę do grzechu, później ją uwiódł i spłodził Kaina. W tradycji chrześcijańskiej Samael jest upadłym aniołem, wypędzonym przez Boga za bunt. Samael u Vincenza ze smutkiem mówi, że nie należy mu się w niebie żadne miejsce, a jeśli już, to ostatnie, darowane przez Ostatniego człowieka. Ale co będzie, jeśli ten Ostatni rzeczywiście będzie chciał ocalić nieszczęsnego i tak naprawdę godnego litości Samaela? Może okazać się, że piekło pozostanie puste, a zło jako komponent dobra zostanie zniwelowane, wypełniwszy wcześniej ważną rolę w stwórczym planie zbawienia. Ten, który dźwiga „zgasłe bryły”, którego bezlitośnie gniotą strzaskane przestworza, czuje, że znalazł się we władzy pokory. Nade wszystko pragnie ją unicestwić. „[…] W imię prawdziwej pokory należy unicestwić pokorę”[17]. Ta sofistyczna deklaracja ostatecznie ponosi klęskę. Samael uświadamia sobie, że pokora nie jest chorobą ani szaleństwem. To budzi w nim zakłopotanie. Przyznaje, że nigdy nie udawał, iż jest przeciwnikiem Boga, że choć powstał ze światła, to szukał wszelkich ciemnych mocy, by zapomnieć o świetle. Teraz dopiero pojmuje, że oceany ciemności rodzą się ze światła i on sam do światła wraca. Mówi: „I tylko jednego pragnę: ukryć w mym cieniu, bo gdzież indziej, cień wstydu, który przylgnął do tych, co wyklinając mnie, wyzywali Pana, już tym samym, że chcieli Go usprawiedliwić za pomocą mnie: »Wszystkiemu winien on – Wąż!«”[18].

Koniec przynosi ostateczny upadek zła, winy zostają odkupione i wybaczone. A stanie się to za sprawą pokory i miłosierdzia („Miłosierdzia chcę, a nie ofiary”, Mt. 9,13 – to ewangeliczne przesłanie). Vincenzowska teologia buduje na nadziei, głosi przekonanie, że łaska Boga ma moc odkupieńczą, a wszelka kara ma sens, o ile służy poprawie. Okazuje się, że gniew Boga nie jest ostateczny, lecz ma charakter warunkowy. Jeśli Pan zobaczy dobrą wolę, to odwraca swoją złość, zmienia werdykt. Można by nawet mówić o terapeutycznej roli bożego zagniewania. Eschatologia przerażenia, ludzkiej obawy jest początkiem eschatologii nadziei.

Z tą odrodzeńczą refleksją łączy się tradycja rachmańskiej Wielkanocy. Może się komuś wydawać, że w tradycji huculskiej nazbyt często to, co chrześcijańskie, splata się z pogaństwem, zahaczając o profanację. Ale Huculi tłumaczą to bardzo prosto – Chrystusowe święto oczywiście największe w roku, ale jakby na tyle wysokie, że nie dla ludzi. Natomiast Wielkanoc rachmańska jest prostsza, swojska. Rachmanowie według podań żyją na najwyższych górach, niedostępnych. Są pełni życzliwości, a za sprawą modlitwy, życia godnego i cnotliwego utrzymują ten świat. Choć mówi się, że Rachmanowie to chrześcijanie, zauważa się także, że posiadają czarodziejskie moce, są nadludzcy, może nawet święci. Pewno ze względu na te niezwykłe atrybuty prawdziwy kontakt z nimi bywa utrudniony. Jest możliwy jedynie raz w roku, na wiosnę. Wtedy daje się znaki Rachmanom, poprzez rzucanie skorupek jaj na płynące wody. Dzieje się to od środy do piątku. Dokładnie za pięć i pół tygodnia skorupki zmienią się ponownie w jaja i dopłyną do Rachmanów, którzy podzielą się jajkiem. Z wielkiej radości dzwonią w dzwony, a ich dźwięk dociera do Hucułów. „Święto rachmańskie – konstatuje Vincenz – ma ton szczególny: od ludzi – do ludzi zwraca się znak – ofiara i słowo modlitewne. Od ludzi omylnych i niemądrych do mędrców, od skłóconych i zawistnych do zgodliwych, od grzesznych i gnuśnych, do miłosiernych i przyjaznych światu”[19]. Słowo rochmanić stało się określeniem łagodzenia, a rachmanny to tyle, co ‚łagodny’. Kraina Rachmanów wyraża nie tylko tęsknotę za miejscem arkadyjskim, dobrym i bezpiecznym. To także pragnienie mądrego współistnienia narodów, wspólnot, pokojowego jednoczenia się, poszukiwania człowieczeństwa

Vincenz był mistrzem dialogu, człowiekiem tolerancyjnym, otwartym na Innego. To chyba najcenniejsze dziedzictwo po przodkach, którzy cenili rozmowę i w każdym człowieku widzieli partnera do dialogu. Szacunek do interlokutora charakteryzuje Vincenza, który pozostaje apologetą idei sokratejsko-platońskiej. Podziela zdanie Sokratesa, że prawda nie rodzi się w głowie pojedynczego człowieka, ale jedynie z twórczej rozmowy[20]. Najważniejsze jest to, co rozgrywa się pomiędzy ludźmi, ich wzajemna relacja werbalna, która niesie radość i odkrywanie. Mirosława Ołdakowska-Kuflowa mówi, że w Dialogach z Sowietami pisarz „przyjmuje funkcję Sokratesa wobec ludzi, z którymi spotkał się w okresie wojny. […] Starał się wydobyć z rozmówców to, co podświadomie w nich tkwiło. Zazwyczaj chodziło o uświadomienie im, że w gruncie rzeczy uznają inne wartości, niż wynikałoby to z ich deklaracji lub postępowania. Jeśli osiągnięcie tego było zadaniem zbyt trudnym lub odległym, zasiewał przynajmniej niepokój wobec tego, co rozmówca deklarował lub do czego był przyzwyczajony przez warunki zewnętrzne. Skrzętnie też odnotowywał sytuacje, kiedy mógł przez życzliwą rozmowę wyrazić akceptację, a więc umocnić człowieka świadomego głębszych wartości”[21].

Tamten świat umierał dla Vincenza przynajmniej kilkakrotnie. Pierwszy raz pod koniec 1905 r., kiedy zmarł dziadek, a potem jeszcze, kiedy spalił się dom. I to był chyba ostateczny koniec świata. „I to dobrze – mówi surowo – bo na to się kończy, aby się znów zaczynało”[22].

Los Odysa

Stanisław Vincenz został zmuszony do opuszczenia Huculszczyzny w 1939 r. i przyjął los podróżnika. Nigdy jednak nie był fatalistą i nawet jeśli ze smutkiem pisze o utracie miejsc kochanych, to jednocześnie wyznaje zasadę, że w końcu jest jednocześnie początek. Z wielką mądrością mówi o tym, co dało mu wychowanie, dorastanie pośród ludzi przynależących do różnych nacji. Ukraińcy, Huculi, chasydzi tworzyli barwny kulturowy splot, który w efekcie ukształtował go jako człowieka i jako pisarza. Opuszczenie ojczyzny nie ogranicza człowieka, wyznacza natomiast los Odysa, odwiecznego globtrotera. Vincenz przypomina, że Odys podczas swoich wędrówek także cierpiał, ubolewał z powodu śmierci oddanych towarzyszy. Ale podróż była dla niego ważną nauką życia. Autor Na wysokiej połoninie nie rozdziera szat, nie rozwodzi się nad swoją kondycją, daleki jest od ckliwego sentymentalizmu. „Z każdego spotkania – konstatuje – z każdego zakątka, nawet z każdego uwiedzenia przez obczyznę wypełza tęsknota i pobudza rozbitka potężnie do powrotu. A przy tym demoniczny pęd ciekawości, aby ujrzeć niewidzialne. Po stuleciach pozostaje takiemu poecie jak Dante z postaci ten obraz: »Nie urodziliśmy się, aby żyć jak zwierzęta, lecz aby iść za męstwem i poznaniem«”[23].

Vincenz nigdy nie nosił polskości jako balastu, toteż nie czuł się wykorzeniony. Jako emigrant będzie szukał nowego miejsca, które mógłby oswoić i uczynić przyjaznym. Poczucie obcości przeszkadza w normalnym, stabilnym i szczęśliwym funkcjonowaniu. Może wpędzać w kompleksy, poczucie niższości. To kwestia umysłu, należy więc dbać o to, by zbudować przestrzeń, która będzie nie tyle namiastką domu, ile domem. Vincenz przekonuje, że przebywając na obczyźnie, należy dostrzec i docenić uroki tego miejsca. Nie należy negować emigracyjnego przystanku, gloryfikując przy tym ojczyźniane krajobrazy. Taka postawa przede wszystkim wpływa deprymująco, już nie mówiąc o tym, że może kształtować niepotrzebną megalomanię. Należy raczej szukać wyjaśnienia dla zachowań ludzi, z którymi się mieszka, trzeba zrozumieć obcą ziemię, by wyzbyła się obcości, a stała się czymś bliskim i odkrytym.

Wyrastając w kręgu kultury ludowej, dostrzegał konieczność dbania o szlachetne przywiązanie do wartości najpierwszych. Wiek XX, narastające nacjonalizmy ze swoim dążeniem do czystości zbanalizowały kulturę, zdesakralizowały ją, pozbawiły mocy i znaczenia. Nie można doskonalić swojego ducha jedynie za pomocą racjonalnych instrumentów. To zubaża psyche, odbiera człowiekowi magię przeżywania świata. Współcześni nie umieją tak jak kiedyś ich przodkowie odczytywać tradycji, nie rozumieją jej, bo utracili z nią kontakt. „[…] Jednym z najważniejszych warunków zdrowia duchowego jest odnowienie – pisze Vincenz – Być zawsze kopią, oddźwiękiem, echem, być epigonem, to życie bezkrwiste i w gruncie rzeczy smętne. […] Bez kryzysów i przełomów nie byłoby także odnowień polegających na wskrzeszeniu lub odrodzeniu dawnych wartości”[24]. Najcięższą zbrodnią, przekonuje autor Na wysokiej połoninie, jest narzucenie jednego wzorca kulturowego, forsowanie treści niewyrastających z charakteru danej wspólnoty. I trudno się z nim nie zgodzić!

Czesław Miłosz nazywał Vincenza mędrcem, ponieważ ten był przyjazny wobec wszystkich narodów mieszkających na Huculszczyźnie, a więc Polaków, Ukraińców, czyli Hucułów, i Żydów. To, według Miłosza, najważniejsza cecha mędrca – charyzmat przyjaźni. Jest ona bowiem weryfikacją człowieczeństwa, stwarza perspektywę tolerancji i wyznacza nowy horyzont trwania. Bogatszy o dar spotkania.

Barbara Sokołowska(ur. 1967): doktor nauk humanistycznych, współpracuje z „Nową Okolicą Poetów”.

Przypisy:



[1]S. Vincenz, Zakończenie: Start w przyszłość [w:] tegoż, Po stronie dialogu, t. II, Z portretem autora przez Jeanie Hersch, PIW, Warszawa 1983, s. 191.

[2]Ibidem, s. 191.

[3]Por. N. Taylor, Stanisław Vincenz i tradycja kresowa [w:] Świat Vincenza. Studia o życiu i twórczości Stanisława Vincenza (1888 – 1971), pod red. J. Choroszego i J. Kolbuszowskiego, Oficyna Wyd. „Leopoldinum”, Wrocław 1992, s. 121.

[4]S. Vincenz, Na wysokiej połoninie. Nowe czasy. Księga pierwsza. Zwada, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1982, s. 6.

[5]D. Sapa, Między polską wyspą a ukraińskim morzem, Kresy południowo-wschodnie w polskiej prozie 1918-1988, Universitas, Kraków 1998, s. 91.

[6]S. Vincenz, Krajobraz jako tło dziejów [w:] tegoż, Z perspektywy podróży, Znak, Kraków 1979, przypis 1, ss. 362-363.

[7]S. Vincenz, Outopos. Zapiski z lat 1938-1944, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1992, s. 72.

[8]S. Vincenz, Spotkanie z chasydami [w:] tegoż, Z perspektywy… op. cit., s. 55. Vincenz pisze, że Żydzi w dawnej Polsce odnaleźli w osobie Baal Szem Towa proroka i reformatora religijnego. „W połowie XVIII wieku – czytamy – w okresie, gdy Żydów poruszały najpierw kurczowe nadzieje, potem rozczarowania, rozpacz i bezradność, znalazł on czarodziejski klucz, który łaknącym duszom otworzył nowa drogę chasydów, to znaczy pobożnych, łagodnych i pełnych dobrej woli ludzi. Historia i nauka chasydyzmu są na różne sposoby interesujące, ale legenda ma może jeszcze większe znaczenie. W niej znajdujemy bowiem świadectwo konkretnego przeżycia, i jest godne podkreślenia, ze te legendy, te ustnie przekazane słowa Baal Szem Towa i jego uczniów gdzieniegdzie żyją aż po dzień dzisiejszy w poszczególnych rodzinach zarówno pośród Żydów, jak i wśród chłopów chrześcijan”. Ibidem, s. 41.

[9]S. Vincenz, Atlantyda. Pisma rozproszone z lat II wojny światowej, wybór, wstęp i opracowanie J. Snopek, „Świat Literacki”, Warszawa 1994, s. 26.

[10]W. Próchnicki, Człowiek i dialog. „Na wysokiej połoninie” Stanisława Vincenza, Universitas, Kraków 1994, s. 29.

[11]Por. M. Eliade, Sacrum, mit, historia. Wybór esejów, wyboru dokonał i wstępem opatrzył M. Czerwiński, przeł. A. Tatarkiewicz, Wydawnictwo KR, Warszawa 1970, s. 82.

[12]S. Vincenz, Na wysokiej połoninie. Prawda starowieku. Obrazy, dumy i gawędy z wierzchowiny Huculskiej, Przedmowa A. Kuśniewicza, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1980, s. 140.

[13]Ibidem, s. 141.

[14]Ibidem, s. 143.

[15]Ibidem, s. 148.

[16]W tradycji pupa pozostaje poza zasięgiem działania szatańskiej mocy. Diabeł, jak głoszą przekazy, nie posiadał pośladków. Choć w sposób dowolny mógł przyjąć ludzką postać, to dar krągłych pośladków był mu odebrany. Było to dla niego przedmiotem wiecznej udręki. Dlatego takim cierpieniem dlań jest obraz wystawionego zadka – to bolesne przypomnienie o diabelskiej niedoskonałości, a jednocześnie skuteczne pozbycie się jego ingerencji. Na średniowiecznych fortyfikacjach czy kościołach można zobaczyć rzeźby kobiet z wypięta pupą – w ten sposób odstraszano złe moce. Diabeł nie miał pośladków, natomiast w tym miejscu znajdowała się jego druga twarz. Podczas rytualnych sabatów kobiety miały całować właśnie twarz demona. Oskarżane czarownice wypierały się swojej winy, mówiąc, że nie całowały diabła w tyłek, lecz w drugą twarz. Por. D. Morris, Naga kobieta, z ang. przeł. P. Amsterdamski, Albatros, Warszawa 2006, ss. 221-222.

[17]S. Vincenz, Na wysokiej połoninie. Barwinkowy wianek. Epilog, posłowie A. Vincenza, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 1983, s. 428.

[18]Ibidem, s. 434.

[19]Ibidem, ss. 438-439.

[20]E. Czaplejewicz mówił o istnieniu w tetralogii Vincenza dialogu, który swe korzenie ma w dialogach platońskich, Por. E. Czaplejewicz, Stanisław Vincenz, czyli kontynuacja dialogów Platona, „Przegląd Humanistyczny” 1981, nr 6, ss. 79-86.

[21]M. Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz wobec dziedzictwa kultury, Wydawnictwo KUL, Lublin 1997, s. 43.

[22]S. Vincenz, Koniec świata [w:] tegoż, Po stronie dialogu, t. II, op. cit., s. 178.

[23]S. Vincenz, Dialog o „Odysei” berneńskiej [w:] tegoż, Po stronie dialogu, t. I, op. cit., s. 222.

[24]S. Vincenz, O książkach i czytaniu [w:] tegoż, Ibidem, s. 79.

Niniejszy tekst ukazał się w XV Tece ,,Pressji” – Wydawnictwa Klubu Jagiellońskiego, zapraszamy na stronę KJ: www.kj.org.pl

Śródtytuły pochodzą od redakcji Kresów.pl

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz