Benoît Hamon, „najbardziej lewicowy polityk lewicy”, proponuje m.in. bezwarunkowy dochód podstawowy czy wprowadzenie wiz humanitarnych dla uchodźców. Uważa bowiem, że Francja nie staje na wysokości zadania w kwestii przyjmowania osób, które są zmuszone do ucieczki ze swego kraju. „Należy wprowadzić prawdziwą politykę gościnności. To słowo, które jest zbyt rzadko używane we Francji”.

Po rezygnacji urzędującego prezydenta François Hollande’a z ubiegania się o reelekcję, francuscy socjaliści stają przed wyborem kandydata, który w kwietniu tego roku stanie w szranki o fotel prezydenta V Republiki.

W niedzielę, 22 stycznia, odbyła się pierwsza tura prawyborów w Partii Socjalistycznej, którą dość niespodziewanie, wygrał były minister edukacji Benoît Hamon. Tuż za nim uplasował się były premier Manuel Valls. Obaj zmierzą się w drugiej turze prawyborów, która odbędzie się 29 stycznia.

Francuskie media zauważają różnice, jakie dzielą obu kandydatów. Le Figaro, cytując Manuela Valls’a, stwierdza, że prawybory pokazują, że istnieją dwie, niemożliwe do pogodzenia, lewice. Różnice rysują się zarówno na planie ekonomicznym i społecznym, jak i pod względem wartości, tożsamości kulturowej czy zagadnienia laickości. Le Nouvel Obsertaveur, tygodnik związany z Partią Socjalistyczną, mówi wręcz o „schizofrenii dwóch lewic”.

ZOBACZ TAKŻE: Fillon oficjalnym kandydatem Republikanów na prezydenta

Benoît Hamon, „najbardziej lewicowy polityk lewicy”, proponuje m.in. bezwarunkowy dochód podstawowy czy wprowadzenie wiz humanitarnych dla uchodźców. Uważa bowiem, że Francja nie staje na wysokości zadania w kwestii przyjmowania osób, które są zmuszone do ucieczki ze swego kraju. „Należy wprowadzić prawdziwą politykę gościnności. To słowo, które jest zbyt rzadko używane we Francji”.

Manuel Valls natomiast, budzący wśród Francuzów skrajne emocje ze względu na liberalne reformy, których był inicjatorem, głosi hasła odpowiedzialności, dyscypliny oraz „tożsamościowego odruchu” i bije na trwogę, przestrzegając przed wyborem swojego konkurenta:

„Od tej chwili wybór staje się oczywisty. To wybór między pewną porażką, a możliwym zwycięstwem. Wybór między niemożliwymi do zrealizowania obietnicami, a wiarygodną lewicą, która przyjmuje na siebie odpowiedzialność za kraj”. W noc wyborczą, zaskoczony porażką, której doznał właśnie ze strony Hamona, Manuel Valls mówi: „Nigdy w naszej historii nie stawaliśmy przed taką decyzją (…) lewica wymazuje się z opozycji, lewica staje się widzem”.

Istotnie, francuska lewica powoli odchodzi w niebyt. François Hollande, pierwszy socjalistyczny prezydent od czasu Mitteranda, jest równocześnie najbardziej niepopularnym prezydentem w historii V Republiki. Obecnie jego notowania oscylują w granicy 10%. Pojedynek między, jak to określa Le Nouvel Observateur, „zwyczajną lewicą z nowymi pomysłami, a byłym premierem, który gra, przyciśnięty do muru, o ocalenie swojej przyszłości” zapowiada się walką na śmierć i życie nie tylko dwóch polityków, ale i całej Partii Socjalistycznej. Nie ważne kto zwycięży, pewne jest, że lewica wyjdzie z tego pojedynku podzielona. Jeśli zatriumfuje Benoît Hamon, „lewica rozumu” przejdzie na stronę Emmanuela Macrona. Jeśli zaś to Manuel Valls odniesie zwycięstwo, „lewica serca” zwróci się w kierunku Jean-Luca Melenchona. Rozwód i reorganizacja partii są więc nie do uniknięcia, wieszczy tygodnik. I dodaje: „Porażka zwycięzcy z 6 maja 2012 [François Hollande’a, przyp. K.J] doprowadziła wprost do pojedynku Hamon – Valls. Niczym w tragedii antycznej, obaj walczący popychani są przez siły, które ich przerastają. Chodzi tylko o trzęsienie ziemi (…) 22 stycznia ten uskok, który w ciągu pięciu lat przybrał rozmiary przepaści, pozostawia dwie osierocone postacie, każda na swoim brzegu: Hamon i Valls obserwują się i oddalają od siebie”.

Wybory kandydata partii, które miały ukazać wciąż liczącą się, silną lewicę okazują się być porażką, betonowym kołem ratunkowym. Pokazuje to także frekwencja. Przewodniczący PS, jeszcze przed wyborami, zapowiadał, że partia spodziewa się ok. 2 mln głosów, przy 4 milionach oddanych w prawyborach prawicy. Tymczasem, według oficjalnych danych, oddano 1,5 mln głosów z czego jednak 350 tys. pojawiło się nagle, w nocy z niedzieli na poniedziałek. Dziennikarze nieśmiało pytają czy głosy nie zostały sfałszowane, tym bardziej, że podzielono je proporcjonalnie nie zmieniając zupełnie wyniku wyborów. Statystycznie jest to mało prawdopodobne.

Partia Socjalistyczna łapie się więc wszelkich sposobów, by pokazać, że wciąż może się liczyć, jednak to tylko ostatnie, niemrawe tchnienia wydawane przez dogorywającą staruszkę. Wiosenne wybory okażą się zapewne druzgocącą porażką dla socjalistów.

Katarzyna Jagodzińska



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz