Ostatnie artykuły Piotra Skwiecińskiego poświęcone polskiej polityce wschodniej można określić jednym słowem: rejterada. Teksty te są zapisem jednej z najbardziej spektakularnych ideowych kapitulacji, z jakimi mieliśmy okazję zetknąć się w III RP.

Ich lektura wywołuje nieodparte wrażenie, że ukraińska horyłka, którą Skwieciński raczył się bez żadnych zahamowań na kijowskim Majdanie, zaczęła w końcu wietrzeć, pozostawiając redaktora tygodnika wSieci z koszmarnym bólem głowy i z uczuciem wielkiego niesmaku w ustach. O tym, że ból jest rzeczywiście potężny, świadczy przede wszystkim artykuł: „Wołyń jak Kuryle, czyli jaki wyciągnąć wniosek z faktu, że historyczny dialog z Ukrainą znalazł się w ślepym zaułku”. Jeszcze dwa i pół roku temu, bo w lutym 2014 roku, Skwieciński był jednym z najgorliwszych prześladowców głoszonych dziś przez siebie poglądów. Każdy, kto wówczas pisał lub mówił, że pamięć historyczna nie powinna być zakładnikiem politycznych relacji z Ukrainą, każdy, kto domagał się, by traktować kwestię Wołynia rozdzielnie, by nie traktować jej, jako elementu transakcji wiązanej w stosunkach z Kijowem, był przez redaktora Skwiecińskiego z miejsca oskarżany o głupotę, ukrainofobię, niewiedzę i, rzecz jasna, agenturalność. Tego ostatniego zarzutu Skwieciński nie odważył się oczywiście postawić nikomu wprost, bo: „to tylko domniemania”, „nie mając jednoznacznych dowodów, nie będę szafował takimi oskarżeniami”, „nie zarzucam nikomu, ale…”, „wielu uważa…”. Słowem Skwieciński nie wyróżniał się pod tym względem ani trochę, był takim samym uczestnikiem polowania na ruskich agentów jak Romaszewska, Gursztyn, Żurawski vel Grajewski i wielu innych, wespół z którymi tkał misterną sieć insynuacji i pomówień.

Gdy wtedy – na przełomie lat 2013 i 2014 – Kresy.pl ostrzegały przed tym, co dziś stało się oczywistością nawet dla Skwiecińskiego, a mianowicie, że na Majdanie mieliśmy do czynienia z triumfem banderowskiej auto-narracji Ukraińców, że nowa Ukraina będzie właśnie taką, jaką jest dziś, Skwieciński sarkał na nas z gniewnym politowaniem, tłumacząc wyraźnie zniecierpliwiony naszą tępotą, że „W Kijowie mogliby rządzić nie tylko banderowcy, lecz sam zmartwychwstały Bandera – i tak w polskim interesie leżałoby umacnianie Ukrainy”. Tak właśnie wyglądała nad Wisłą debata publiczna w owych mroźnych jesienno-zimowych dniach, gdy nad Dnieprem Berkut płonął jak pochodnie, a „niebiańska sotnia” rozstrzeliwana była przez własnych kolegów, nie wiedząc, że stanowi wyłącznie zabawkę w ręku możnych tego świata. W tych właśnie mrocznych dniach histeria opanowała serca i umysły polskiej centro-prawicy na równi z lewicą. Byliśmy w końcu razem. Dzisiaj, podobnie jak i wtedy nikt nie odważy się tego otwarcie przyznać, ale w proukraińskim szale ręce podali sobie wówczas Tomasz Sakiewicz i Adam Michnik, Gazeta Wyborcza i Gazeta Polska, Beata Gosiewska i Saryusz-Wolski, Bogdan Klich i Ryszard Czarnecki, wszyscy oni za przewodem Jarosława Kaczyńskiego ryczeli co sił w płucach „Sława Ukraini!”. „Herojom Sława!” – odpowiadali skwapliwie wdzięczni Ukraińcy.

Wtedy nie wiedzieliśmy – my, Kresy.pl – czemu ci ludzie to robią. Myśleliśmy, że po prostu nie wiedzą, że podobnie, jak większość Polaków, nie mają pojęcia ani o banderowskiej symbolice, ani o banderowskich hasłach, i że generalnie „o Kresach dalibóg mniej wiedzą niż o Chinach”. Dziś jednak okazuje się, że wszystko to miało swój głęboki, ukryty przed nami sens i cel, że wtedy trzeba było „chuchać i dmuchać na Ukrainę” – jak nas poucza Piotr Skwieciński – „aby w żaden sposób nie dopomóc rosyjskiemu imperializmowi”. Gdybyśmy wtedy zachowywali się jak dumny naród – sugeruje Skwieciński – gdybyśmy, nawet wspierając Majdan, wyrażali sprzeciw wobec obecnego tam banderowskiego decorum, gdybyśmy w końcu powstrzymali się od wznoszenia haseł morderców naszych rodaków, mielibyśmy dziś Małorosję i ruskie czołgi na polskiej granicy – i to jak amen w pacierzu. Niech mnie Szanowny Czytelnik nie pyta jak, kiedy i dlaczego. Tak by po prostu było. „To przecież polityczny elementarz”– dowodził redaktor Skwieciński. – „To banał, lecz jak widać trzeba banały powtarzać”.

Jeśli coś może nas w tej sytuacji jeszcze pocieszyć, to wyłącznie fakt, że argumentacja Piotra Skwiecińskiego pozostaje w jaskrawej sprzeczności z wygłaszanymi przez niego, depresyjnymi opiniami o Polsce, jako kraju „o małym ciężarze gatunkowym”. Z tekstów redaktora wSieci, jak i wypowiedzi jego kolegów po piórze wynika coś wręcz przeciwnego. Wyłania się z nich obraz nadwiślańskiego supermocarstwa, które jest w stanie zatrzymać rosyjską inwazję wyłącznie za pomocą samoupokorzenia. „Musimy pamiętać” – redaktor Andrzej Stankiewicz tłumaczy banały– „że z punktu widzenia pewnego interesu politycznego, strategicznego interesu Polski, nasze władze przymykały oko na tego typu nastroje, które się tam pojawiają. Ja tego nie usprawiedliwiam, ale musimy zrozumieć, co jest ceną. Ceną jest niezależna Ukraina”. Jesteśmy dziś tak wielkim mocarstwem, że los Ukrainy zależy wyłącznie od tego, czy Polska zmruży oczy. Dopóki je mrużymy, Ukraina cieszy się wolnością i niepodległością, kiedy je otworzymy, Ukraina znika z mapy Europy. Nie musimy nawet wstawać z miejsca, wystarczy sam delikatny ruch powieki. Proszę poćwiczyć w wolnej chwili.

Aż po dziś dzień taki był właśnie „polityczny elementarz” (a może jednak katechizm?) naszej giedroyciowskiej inteligencji. Użyłem formy przeszłej, gdyż, jak napisałem na wstępie, w ostatnich dniach redaktor Skwieciński przyznał się do bankructwa własnych ideałów: „Polacy, w tym ci zaangażowani po uszy we wspieranie walki Kijowa z rosyjską agresją oczekiwali, że ukraińska narracja historyczna uzna kluczowe dla naszej strony fakty (…) Nic takiego nie nastąpiło. I widać, że chyba długo nie nastąpi”. Kto nie usłyszy w tych wersach skowytu złamanego serca, zapewne sam go nie posiada. Biedny redaktor Skwieciński tak bardzo wierzył, że gdy przymknie się oczy na banderowskie odrodzenie, ono samo zniknie, tak bardzo wierzył, że wystarczy jedynie uciszać własnych rodaków, by Ukraińcom zrobiło się wstyd. „Nic takiego nie nastąpiło. I widać, że chyba długo nie nastąpi…”. To religijne rozczarowanie musiało dogłębnie wstrząsnąć Piotrem Skwiecińskim, gdyż z ufnego wyznawcy zamienił się w prawdziwego mistrza podejrzeń: „wszystko to jest efektem między innymi tego, że oni (tj. ci Ukraińcy, którzy mają kontakty z nami, czyli polską giedroyciowską inteligencją) są przez nas rozpaskudzeni. I sami pracowaliśmy nad tym długo. Przez dekady nosiliśmy ich na rękach, chuchaliśmy i dmuchaliśmy na ich samopoczucie. Żeby tylko sobie o nas źle nie pomyśleli. Omijaliśmy wszelkie tematy, które mogłyby być dla nich przykre (wiem, bo sam tak instynktownie robiłem). W efekcie oni są przyzwyczajeni do takiego właśnie traktowania. Do tego, że Polacy na wyścigi krzyczą „sława Ukrainie!”. I kiedy nagle oprócz krzyczenia „sława Ukrainie” ci Polacy czegoś chcą, to ci zepsuci (przez nas zepsuci) Ukraińcy mają wrażenie, że spotyka ich straszna krzywda. Powtórzę – sami na to ciężko zapracowaliśmy”. Dlaczego zatem – zapyta Czytelnik – nie zatrudnimy Skwiecińskiego w Kresach.pl? Ponieważ – odpowiadamy – nawrócenie Skwiecińskiego nie jest szczere. Nie było żadnego „przepraszam”, żadnego „sorry”, żadnego wynagrodzenia win i postanowienia poprawy. Skwieciński nie tyle przyznał się do błędu, co przeszedł nad nim do porządku dziennego. Mówi mniej więcej coś takiego: „Owszem, rozpaskudzałem Ukraińców, psułem ich na wyścigi z innymi podobnymi do mnie giedroyciowskimi inteligentami, ale jeśli czymś zgrzeszyłem, to wyłącznie nadmiarem filantropii. Co więcej, jako swego rodzaju zadośćuczynienie, ofiarowuję wam dzisiaj (całkowicie za darmo!), zupełnie nowy model naszych stosunków z Ukrainą: oddzielmy sferę symboliczno-historyczną od całej reszty relacji z tym państwem. Co wy na to?”. Pół biedy, że Skwieciński przedstawia postulaty naszego środowiska jako swoje, ostatecznie jeśli ma to w czymś pomóc, jeśli dzięki temu nasze poglądy okażą się bardziej strawne dla „giedroyciowskiej inteligencji”, to trudno. Niech się dzieje nasza krzywda. O tym jednak, jak pilnym czytelnikiem naszego skromnego medium jest Piotr Skwieciński, niech świadczy chociażby fakt, że spora część wspomnianego wcześniej tekstu składa się z cytatów wprost poprzeklejanych z naszego artykułu o Mychajle Kołodzińskim. Smacznego, niech się Skwieciński częstuje, skoro to wszystko na Chwałę Bożą. Nic wielkiego by się jednak nie stało, gdyby poinformował swoich czytelników, że swoją erudycję zaczerpnął z portalu „zasłużonego w rozniecaniu antyukraińskich fobii”, jak zwykł nas tytułować.

Niemniej nasz największy problem z „giedroyciowską inteligencją” nie polega bynajmniej na tym, że od czasu do czasu coś nam podkradną, ani nawet na tym, że nas zwalczają przy pomocy plotek i insynuacji, ale na intelektualnej gnuśności tej formacji. Skwieciński jest doskonałym przykładem tego typu postawy. Nie dajmy się zwieść jego bałamutną pozą. Piotr Skwieciński do niczego się nie przyznał, niczego nie żałuje, niczego się nie wstydzi, nawet podyktowanych panicznym strachem słów o zmartwychwstałym Banderze, którego pragnął oglądać na kijowskim tronie – Skwieciński także dziś „w pełni podtrzymuje te tezy”. Prawdziwy giedroycista jest bowiem zawsze doskonałym oportunistą, co ułatwia mu posługiwanie się niezwykle giętką, paradoksalną logiką. Dzięki temu poręcznemu narzędziu giedroycista jest w stanie dowolnie zaginać rzeczywistość. Dlatego właśnie Piotr Skwieciński, krytykując rozpaskudzanie Ukraińców, może jednocześnie twierdzić, że bardzo dobrze się stało, że właśnie trzeba było rozpaskudzać, że „w pełni podtrzymuje…” itd. Co prawda twierdzi, że teraz już nie trzeba (i chwała mu za to), ale, w razie jakichkolwiek poważniejszych poruszeń na Wschodzie, obezwładniający szare komórki lęk sprawi niezawodnie, że Skwieciński znów sięgnie po swój „polityczny elementarz”, by przypominać nam zapisane w nim „banały”.

Tomasz Kwaśnicki



6 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz