Jeśli przyjdzie prawdziwa wojna i jeśli przerzucimy naszych żołnierzy do republik bałtyckich, to znajdą się oni w śmiertelnej pułapce – pisze David Wood w „The Huffington Post”.

W jeden z czerwcowych poniedziałków kilkaset amerykańskich, brytyjskich i polskich spadochroniarzy wylądowało w centralnej Polsce. Ten czerwcowy skok był częścią wielkich manewrów NATO, w czasie których testowano taktykę obrony Europy Środkowej w przypadku ataku ze strony Rosji.

Jeśli jednak przyjdzie prawdziwa wojna i jeśli tych żołnierzy znów przerzucimy dla obrony krajów bałtyckich, to znajdą się oni w śmiertelnej pułapce. Strefa lądowania desantu w Polsce znajdowała się w prostej linii w odległości 300 km od dużej rosyjskiej bazy wojskowej w Kaliningradzie, tzn. w zasięgu rosyjskich rakiet, skonstruowanyh po to, aby zestrzeliwać takie samoloty jak C-17, które zniżają prędkość przed desantowaniem żołnierzy. Kiedy lekko uzbrojeni żółnierze znajdą się na ziemi, od razu trafią pod ogień rosyjskich samolotów bezzałogowych i rosyjskiej artylerii dalekiego zasięgu, tak jak to miało miejsce w przypadku ukraińskich żołnierzy w zeszłym roku.

PRZECZYTAJ: Amerykańscy eksperci: Rosja może zająć państwa bałtyckie w niespełna trzy dni

W czasie ćwiczeń żołnierze wojsk sojuszniczych mieli za zadanie zabezpieczyć bezpieczny korytarz lądowy i przeprawę przez rzekę, aby kolumna pojazdów „Striker” mogła przyjść z pomocą Litwie, Łotwie i Estonii i obronić je przed rosyjską agresją. Te „Strikery”, które pozostaną nieuszkodzone w rezultacie zamasowanego ostrzału artyleryjskiego i rakietowego będą musiały przebijać się do Litwy wzdłuż 100 kilometrowego odcinka granicy, ściśniete miedzy sojuszniczą Rosji Białorusią na południu, a rosyjskim obwodem kaliningradzkim. Odcinek ten często nazywa sie przesmykiem suwalskim. W sensie wojskowym jest on strefą śmierci.

ZOBACZ TAKŻE: Głównodowodzący wojsk NATO w USA potwierdza: Państwa bałtyckie nie do obrony

Intensywność i częstotliwość podobnych manewrów wojskowych rośnie od czasu, kiedy północne granice NATO znów stały się źródłem zagrożeń. Bałtyccy członkowie Sojuszu leżą w cieniu coraz bardziej agresywnej Rosji, która przezbroiła swoją armię i przygotowała się do jej użycia. Trzy kraje bałtyckie wchodziły w skład jej imperium w epoce zimnej wojny, a prezydent Rosji uważa je za „nasze historyczne ziemie”. Ale dziś NATO jest gotowe w razie konieczności przyjść im z pomocą. Obietnicę obrony złożył prezydent Barack Obama.

Każde starcie wywoła wzrost ryzyka nieplanowanej eskalacji i zagrożenie użycia broni jądrowej. Dlatego wzmocnienie systemu ochrony granic NATO jest jednym z najważniejszych zadań warszawskiego szczytu NATO – obok walki z terroryzmem, kwestii migracji i skutków decyzji Wielkiej Brytanii o wyjściu z UE.

ZOBACZ TAKŻE: USA i NATO przygotowują się do wielkiej wojny z Rosją

Jednak same wojska nie wystarczą do uniknięcie konfrontacji z Rosją. Przy nieuchronnych sporach potrzebna będzie delikatność i mocne nerwy zarówna na Kremlu, jak i w Białym Domu. Zachodni liderzy, w tym przyszły prezydent USA – być może Donald Trump – będą musieli znaleźć sposoby uspokojenia krajów bałtyckich w sposób, który nie sprowokuje Rosji do poważnej konfrontacji.

Dzieszięć lat temu wydawało się, że przyjęcie do NATO krajów bałtyckich i innych państw wschodnioeuropejskich oraz udzielenie im gwarancji obrony nie niesie za sobą żadnego poważnego ryzyka. Po rozpadzie ZSRS w 1991 r. Rosja skupiła się na rozwiązywaniu swoich politycznych i ekonomicnzych problemów. Przy braku bezpośredniego zagrożenia, USA wyprowadziły znaczną część swoich wojsk z Europy, a wiekszość krajów NATO ograniczyło wydatki na obronę.

Kiedy USA i NATO były zajęte wojnami w Iraku i w Afganistanie, Putin odbudował swoją armię, zamieniając ją w mocną, współczesną siłę zbrojną. Dwa lata temu wykorzystał ją, aby zająć Półwysep Krymski. W zeszłym roku rosyjskie wojska załęły część terytorium Ukrainy, demonstrując siłę wojskową, która zaskoczyła amerykańskich generałów.

ZOBACZ TAKŻE: Rosyjska armia nie taka silna

Było to „prawdziwym sygnałem alarmowym”, jak powiedział gen. Herbert Raymond McMaster na posiedzeniu komisji Kongresu w kwietniu. McMaster jest dowodcą centrum analitycznego armii – Army Capabilities Integration Center – i kieruje badaniami nad rosyjskim zagrożeniem wojskowym oraz metodami przeciwdziałania mu. Poinformował on Kongres, że Rosja jest w stanie wywoływać zakłócenia i kompletnie blokować łączność wojskową. Według niego rosyjskie rakiety i systemy artyleryjskie mogą zagrażać samolotom, które powinny zawalczać wrogie systemy obrony i blokować komunikację przeciwnika, atakować zgrupowania pancerne i zabezpieczać wsparcie dla sojuszniczych wojsk. Rosyjska artyleria dalekiego zasięgu – zdaniem McMastera – jest groźniejsza od wszystkiego, co Stany Zjednoczone mogą w tej sytuacji użyć.

ZOBACZ TAKŻE: Artyleria wychodzi z lamusa

W swoim wystąpieniu McMaster poinformował komisję Senatu ds. sił zbrojnych, że USA i ich europejscy sojusznicy nie mogą już polegać na swojej przewadze w powietrzu, na ziemi i na morzu.

„W rzeczywistości nie możemy już być pewni utrzymania przewagi w żadnej ze stref” – stwierdził.

Dowództwo Pentagonu było szczególnie oszołomione wydarzeniem, które miało miejsce na Ukrainie i zostało opisane przez Phillipa Karbera i Joshuę Thibaulta w raporcie dla amerykańskiej fundacji „Potomak”. W lipcu 2014 roku Rosja zaatakowała dwa ukraińskie bataliony pancerne, używając do tego artylerii dalekiego zasięgu i mnóstwa wyrzutni rakiet, strzelających wysokoprecyzyjnymi pociskami i z wyjątkowo mocnymi głowicami termobarycznymi.

„Ten intesnywny ogień trwał tylko kilka minut – pisali autorzy – ale mimo to pozbawił życia wielu ludzi i zniszczył większość pojazdów, neutralizując obydwa bataliony”.

Jeśli Putin przeprowadzi podobny, piorunujący atak w krajach bałtyckich, jego wojska zniszczą systemy obrony NATO i zajmą co najmniej dwie stolice w przeciągu 60 godzin, czego dowodzą wyniki serii wojennych symulacji, przeprowadzonych przez RAND Corporation– amerykański ośrodek badań strategicznych. W konsekwencji, jak wskazują analitycy RAND, amerykańscy i i europejscy przywódcy staną przed bardzo trudnym wyborem: nie podejmować żadnych działań, oddając część terytorium NATO Rosji, albo przeprowadzić pełną „krwawą kontrofensywę”, która może doprowadzić do wymiany uderzeń jądrowych.

Putin już oskarża NATO o bezmyślne prowokacje. Niedawno rosyjski prezydent podpisał nową doktrynę wojenną, otwarcie nastawioną na konfrontację z Zachodem. Obwinia też Zachód o ataki na suwerenność Rosji i tworzenie zagrożeń dla jej bezpieczeństwa.

W swoim wystąpieniu z 22. czerwca zarysował on paralelę miedzy atakiem nazistowskich Niemiec w 1941 r. i niedawnymi ćwiczeniami NATO.

„NATO nasila swoją agresywną retorykę i agresywne działa w pobliżu naszych granic” – powiedział. W odpowiedzi, jak twierdzi Putin, Rosja była zmuszona wzmocnić swój system obrony, rozmieścić trzy nowe dywizje w rejonie graniczącym z republikami bałtyckimi. Rosyjska ambasada w Waszyngtonie nie odpowiedziała na wielokrotne prośby o komentarz do tej sytuacji.

Reakcja Waszyngtonu była zdecydowana. Biały Dom zadecydował o trzykrotnym zwiększeniu wkładu USA do budżetu NATO, do sumy 3,4 mld dolarów w 2017 r., co ma wystarczyć na wzmocnienie sił sojuszników w Europie o jedną brygadę pancerną i eskadrę taktycznych bombowców F-15. Wzmocnione zostaną też siły specjalne i patrole morskie.

„Nie dążymy do zimnej wojny z Rosją, nie mówiąc już nawet o wojnie „gorącej” – mówil sekretarz obrony Ash Carter 3 maja. – Nie chcemy stawiać Rosji w roli wroga. Ale, możecie być pewni, obronimy swoich sojuszników” – stwierdził.

Jego zdaniem działania Moskwy „wywołują niepokojące pytania o to, czy rosyjskie kierownictwo państwowe jest oddane sprawie budowy strategicznej stabilności, przestrzegania zobowiązań do niewykorzystania broni jądrowej, a także o to, ile w nim pozostało z najgłębszej ostrożności, z jaką politycy w epoce jądrowej odnosili się do demonstracji nuklearnej siły”.

ZOBACZ TAKŻE: Polski generał: Nie obronimy kraju

Ponieważ strach Zachodu ciągle rośnie, na szczycie NATO w Warszawie przyjęto plan wzmocnienia obrony NATO, przewidujący rozmieszczenie po jednym batalionie we wstrzystkich republikach bałtyckich i w Polsce. To w sumie 4 nowe bataliony o łącznej liczebności 4 tys. żołnierzy.

Rosja najprawdopodobniej odpowie na to realizujac swoją starą groźbę rozmieszczenia rakiet operacyjno-taktycznych „Iskander” w obwodzie kaliningradzkim. Kraje bałtyckie znajdą sie w ich zasięgu. Dodatkowe wojska NATO, które skompeltowane zostaną z amerykańskich i europejskich żołnierzy, spotkają się z minimum 22 rosyjskimi batalionami, rozmieszczonymi wzdłuż granicy.

„To nie zatrzyma zdecydowanego ataku Rosji – powiedział Steven Pifer, było ambasador USA na Urkainie. – Ale stanie się stosunkowo efektywną przeszkodą. Rosjanie będą musieli przemyśleć, czy gotowi są zabić wielu Amerykanów”.

Zaniepokojnonym krajom, takim jak Estonia, amerykański lub europejski batalion na ich terytoriach przyniesie długo wyczekiwany spokój, ponieważ jego obecność gwarantuje, że atak na ich terytorium spowoduje wojskową odpowiedź NATO. Sygnał dla Rosji w tym przypadku brzmi następująco: „jeśli przekraczacie czerwoną linię, to rozpoczynacie wojnę z 28 państwami” – powiedział Eerik Marmei, ambasador Estonii w Waszyngtonie.

Niemniej dysproporcje sił niepokoją przedstawicieli kierownictwa wojskowego USA, takich jak gen. Ben Hodges.Dowodzi on amerykańskimi wojskami lądowymi w Europie i w trakcie swojej kariery wojskowej oglądał wyprowadzenie większej części amerykańskich wojsk z kontynentu.

„Kiedy byłem młodym porucznikiem w Niemczech, w czasie zimnej wojny, stacjonowało tam 300 tys. naszych żołnierzy, a nasza misja polegała na tym, aby powstrzymywać Rosję i uspokajać sojuszników. Teraz mam 30 tys. żołnierzy, a moja misja nadal polega na tym, że mam powstrzymywać Rosję i uspokajać sojuszników” – powiedział Hodges.

To, co obserwował na Ukrainie w ostatnich latach, wywołuje w nim poważne obawy.

„Rosjanie posiadają ogromną ilość artylerii i rakiet, amunicji kasetowej… Oprócz tego obserwujemy wzrost intensywności wojny elektronicznej. Do tego bezpilotowce na niebie – sytuacja stała się bardziej niebezpieczna” – powiedział.

Gdy gen. Hodges był młodym porucznikiem, rejon porganiczny między Wschodem i Zachodem był najbardziej nasuconym uzbrojeniem miejscem na ziemi – generałowie żartowali, że jeśli trafi tu jeszcze jeden czołg, jeszcze jeden pocisk artyleryjski, jeszcze jedna głowica jądrowa, powierzchnia ziemi się nachyli i wszystko stoczy się do oceanu.

W ciągu wielu wieków płyty tektoniczne imperiów i sojuszy ścierały się z sobą, a w rezultacie powstawała rywalizacja, nierzadko przeradzająca się w wojnę. Tylko w zeszłym wieku wojny między imperiami: niemieckim, austro-węgierskim i rosyjskim, a także III Rzeszą doprowadziły do śmierci milionów ludzi, rozpadu państw i zrodzenia wrogości, która nie wygasa do dziś.

Po zakończeniu zimnej wojny przez ćwierćwiecze uwaga czterech amerykańskich prezydentów i przedstawicieli establishmentu wojskowego USA przieniesiona została na Bliski Wschód, do Iraku i Afganistanu. Wszyscy mieli nadzieje na utrzymanie dobrych relacji z Kremlem.

Jednak po drugiej stronie granicy Putin planował i przygotowywał sie do tego, aby znów zademonstrować siłę Rosji.

„Rosja nigdzie nie znikła. Po prostu długo nie zwracaliśmy na nią uwagi” – powiedział gen. Mark A. Welsh, szef sztabu sił powietrznych USA w maju.

Do niedawna panowała opinia, że armia amerykańska i NATO przeważają potencjałem nad armią Rosji, która osłabła po rozpadzie ZSRS. Ćwiczenia wojskowe podobne do tych, które ostatnio miały miejsce w Polsce, przeprowadzane były rzadko bo wydawały się zbędne.

Teraz armia USA ze wszystkich sił stara się nadrobić zaległości i wytrenować nawyki, których nie wykorzystywała od czasów 11 września.

Artylerzyści, którzy zostali skierowani do służby w piechocie w Iraku i Afganistanie, znów doskonalą swoje umiejętnosci. W centrum treningowym na pustyni Mojave bataliony zrezygnowały z programów przygotwań do operacji przeciwpowstańczych i powróciły do starć pancernych na dużą skalę, koordynacji manewrów z udziałem artylerii, uderzeń z powietrza i walce elektronicznej.

Po 15 latach wojny w Iraku i Afganistanie, gdzie nie było żadnego zagrożenia z powietrza, ameykańscy wojskowi znów uczą się bronić przed szpiegującymi samolotami bezzałogowymi i myśliwcami. Po raz pierwszy od pokolenia żołnierze desantu skakali ze spadochronów z twarzami wymalowanymi farbą kamuflujacą. Po wylądowaniu, rozciągnęli sieci maskujące nad swoimi stanowiskami i zaczęli budowę swojego punktu dowodzenia.

Ale to wszystko a mało – twierdzą eksperci RAND, którzy zorganizowali grę wojenną z udziałem wysoko postawionych oficerów resortu obronnego USA w rolach dowódców wojsk amerykańskich i rosyjskich. Po rozpatrzeniu licznych scenariuszy stwierdzili, że amerykański desant „może stawić zdecydowany opór w warunkach zurbanizowanych”. Ale „siły te, najprawdopodobniej nie będą mogły uzupełnić swoich zapasów, ani wyjść z okrążenia”.

„W ogóle – zaznaczają eksperci RAND – piechota NATO okazała sie niezdolna nawet do odwrotu i została rozbita na miejscu”.

Autorzy nowego opracowania powstałego w Strategic Studies Institute of the U.S. Army War Collegedoszli do wniosku, że NATO „nie jest w stanie odeprzeć nieoczekiwanego ataku rosyjskich sił konwencjonalnych na kraje bałtyckie i Europę Wschodnią”.

Wszystkie te wnioski spotkały sie z niedowierzaniem żołnierzy na pokładzie C-17, który transportował skoczków spadochronowych z Fortu Bragg w Północnej Kaliforni do Polski.

„Wszyscy tutaj czytali raport RAND” – przyznał major Robert Lodewick, odpowiadając na stwierdzenie, że jego dywizja nie jest gotowa do przeprowadzenia operacji.

„Znamy swojego przeciwnika, szanujmey go – ale szczególnie się go nie boimy” – powiedział pułkownik Anthony G. Judge, oficer dywizji, przygotowujacy się do lądowania w Polsce, aby stworzyć tam szturmowy oddział desantowy.

Jeśli Rosjanie zablokują satelitarny sygnał GPS, który dostarcza dane do nawigacji i naprowadzania na cel, zołnierze desantu będą musieli prawadzić walkę w oparciu o papierowe mapy.

„Możemy walczyć wykorzytując środki elektrocznine” – mówił kapitan Daniel Oberrender, oficer rozpoznania. – „Ale możemy walczyć i przy pomocy map. Jesteśmy sił analogową”.

Aby zabezpieczyć się przed utratą sygnału elektronicznego, żołnierze desantu biorą ze sobą różnorodne środki komunikacji, chronione przed zakłóceniami. „Czy prawdą jest, że oni mogą całkowicie zablokować nasze systemy łączności? Nie – mówi podpułkownik Patrick Roddy, dowódca 1 batalionu 82 Dywizji Powietrzno-Desantowej, 504 Pułku Spadochornowego, którego żołnierze lądowali w Polsce. – Jeśli nasz sygnał zostanie zablokowany, po prostu przechodzimy na inny system”.

Razem z Pentagonem, 82 Dywizja Powietrzno-Desantowa oraz inne oddziały prowadzą poważne przygotowania użycia środków walki elektronicznej i myśliwców dla wykrycia baz rakietowych przeciwnika i zabezpieczenia lotów samolotów C-17 w strefie walki.

Na miejscu skoordynowanym działaniom mogą przeszkodzić jezykowe i kulturowe różnice wśród żołnierzy. „Jeśli nasz system komunikacji nie będzie stabilny, rozleci się na części” – ostrzegał podpułkownik Roddy swoich żołnierzy przed skokiem ze spadochronu.

Działania w warunkach szerszej konfrontacji Rosji i NATO stanowią problem już na ćwiczeniach, nie wspominając o stanie rzeczywistego kryzysu. Na ile sojusznicy mogą wzmocnić swoją obronę, nie ryzykując przy tym sprowokowania niebezpiecznej reakcji ze strony Kremla? W którym momencie w sytuacji rosnącego napięcia, należy spełnić gwarancje dane krajom bałtyckim i wysłać tam desant? Jeśli Rosja zapewia, że jest gotowa zestrzeliwać C-17, to czy Waszyngotn powinien kontynuować ruch w tym kierunku i ryzykować życiem żołnierzy? A może należy się wycofać? Albo też zagrozić eskalacją i zniszczeniem rosyjskich baz rakietowych?

Najprawdopodobniek kryzys rozpocznie się od skrytej rosyjskiej agresji, której Moskwa będzie zaprzeczać i która nie urośnie do rozmiarów jawnego ataku, zdolnego sprowokować odwetowe działania NATO. Może być ona podobna do tego, co miało miejsce na Krymie w lutym 2014 roku, kiedy wspierani przez Kreml partyzanci zorganizowali prorosyjskie demonstracje, starli się ze swoimi przeciwnikami, po czym pojawiły się głośne, adresowane do Putina, wezwania do obrony rosyjskojęzycznej ludności. W ciągu tygodnia rosyjski specnaz przeniknął na terytorium Krymu i zajął kluczowe obiekty rządowe.

Sekretarz obrony Carter nazwał ten scenariusz narastającej interwencji politycznej – w szczególności wykorzystanie przez Rosję uzbrojonych prowokatorów – scenariuszem „zielonych ludzików”.

Prowokatorzy zawsze mogą znaleźć wdzięcznych słuchaczy wśród rosyjskojęzycznych mieszkańców krajów bałtyckich. Według ostatniego sondażu, przeprowadzonego jeszcze w okresie sowieckim w 1989 r., żyło ich tam milion osób.

Ambasador Marmei przyznał, że jedna czwarta ludności Estonii – to etniczni Rosjanie, chociaż, jego zdaniem, są dobrze zintegrowani z rosyjskim społeczeństwem. Jednak trudno walczyć z zastraszaniem na najniższym poziomie i politycznymi interwencjami, które mogą w konsekwencji prowadzić do bezpośredniej interwencji.

„Przekroczenie granicy przez czołg – to jedno. Ale jeśli na wasze terytorium przechodzi specnaz, to jak z nim walczyć? Gdzie przebiega linia? Kiedy odwołać sie do artykułu piątego?” – pyta retorycznie ambasador.

„Mówimy o szarej strefie, w której NATO czuje się bardzo niepewnie” – dodał Marmei. Ambasafor nie powiedział wprost o słabej rekacji NATO na wydarzenia na Ukrainie, ale trudno nie wyczuć tej aluzji.

Zdaniem ekspertów Institute for the Study of War, część rosyjskiej strategii polega na tym, aby „prowadzić informacyjną wojnę przeciw krajom bałtyckim w powiązaniu z politycznym naciskiem i prowokacjami militarnymi”, takimi jak niezapowiedziane manewry wojskowe, w czasie których ćwiczony jest atak państwa sąsiednie. Miał na myśli loty rosyjskich samolotów wzdłuż bałtyckiego korytarza powietrznego. Chociaż korytarz ten jest główną trasą lotów komercyjnych, Rosjanie często przemieszczają się tam bez włączonych transponderów, co uniemożliwia dyspozytorom śledzenie ich ruchu.

„Mówimy Rosjanom: włączcie prosimy transpondery. Ale oni tego nie robią – relacjonuje Marmei. – Jak więc zachować się w sytuacji, kedy druga strona nie chce nas słuchać?

David Wood

„The Huffington Post”

tłumaczenie: Kinga Pienińska/KRESY.PL



16 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz

  1. upadlina
    upadlina :

    Rosja nie ma potrzeby atakować państw bałtyckich !!…….Okupowanie tych krajów i walka z partyzantką to olbrzymie koszty!!…..Reakcja świata na taki atak też nie jest Rosji potrzebna !!…….Śmieszne są te analizy usmańskich debili !!……..Ładują się na wycieraczkę przed drzwiami czyjegoś domu, a jak właściciel uchyli drzwi i ich nieco opier**li, to drą się w niebogłosy, że dokonuje się na nich agresji !!………..Najbardziej powinno się obawiać usmańców, bo żaden kraj nie napadł na tyle innych krajów, co ci bandyci zza oceanu!!!!!

  2. jazmig
    jazmig :

    Facet pieprzy jak potłuczony. Rosja swoją siłę pokazała częściowo w Syrii. Krym przejęła bez jednego wystrzału, a w Donbasie walczy miejscowa ludność, a nie armia rosyjska. Ten rzekomy ostrzał batalionów ukraińskich przez armię rosyjską jest bzdurą z dwóch powodów. Armia ukraińska nie walczyła z powstańcami, robiły to prywatne bandy finansowane przez oligarchów: Azow, Ajdar itp. One mogły być ostrzelane przez Uragany, co dla marnych amerykańskich ekspertów, może wyglądać zatrważająco, ale trudno je uznać za wyrafinowane uzbrojenie.

    • zan :

      Amerykanie mają dobrych ekspertów, ale tutaj akurat nie mówili analitycy techniki wojskowej ale propagandyści. Ta tłumaczka, K.Pienińska, zamieszcza taki gniot za gniotem. Po prostu aż przykro się robi gdy człowiek czyta takie bzdury. Ten artykuł bezczelnie wmawia, że sowiecka artyleria rakietowa projektowana w latach 70 to technika szokujaca amerykańskich ekspertów. Czym kuźwa to może szokować i zaskakiwać? Że pijaczków i niewyszkolonych rekrutów stojących NIERUCHOMO w polu na WROGIM terenie (gdzie byle wieśniak przez komórę może robić za spotera) trafili. To jest k… rewelacja?

      • zan :

        nie, naprawdę. Jestem ciekaw. Co takiego rewelacyjnego (że USA zazdroszczą) w trafieniu systemem rakietowym o znanym od 40 lat CEP w nieruchomy batalion zmobilizowanych amatorów. Mając prososyjksiego wieśniaka z telefonem komórkowym w każdej wsi i chińskiego drona za 500$ :)))). W tym artykuliku urosło do rozmiarów superbroni o jakiej Ameryka może tylko pomarzyć. Choć Ameryka też ma niemal identyczne systemy. A więc autor artykułu (a za nim tłumaczka i portal) wprowadza czytelnika w błąd.

  3. jazmig
    jazmig :

    Jeszcze gwoli uzupełnienia: nie będzie wojny w państwach bałtyckich, bo przy pierwszym zagrożeniu, wojska zachodnie wycofają się do swoich krajów. Nikt nie będzie ginął za te państewka. One są potrzebne Amerykanom do tego, żeby w przyszłości na ich terytoriach lokować instalacje wojskowe wymierzone w Rosję.

    • zan :

      Skoro Amerykanie ciągle chrzanią, że chcą je „bronić”, ale obronić nie potrafią, to pewnie chcą tam rozlokować wojska tak liczne, że zdolne pokonać Rosję 300 km od Moskwy. Gdy zacznie się koncentracja natowskich wojsk Rosja najpewniej zajmie te kraje by zatrzymać koncentrację, skrócić granicę i uniknąć wojny na swoim terenie. Pytanie teraz czemu portla Kresy.pl szczuje do III Wojny zamieszczając propagandowe gnioty. To jakaś cena za koncesje walki z banderyzmem? Sorry za insunyacje, ale przez grzeczność nie sugeruję skrajnej głupoty. To już kolejny kretyński atykuł propagandowy w tak krótkim czasie. Pamiętajcie za Orwellem. Raz kurwa, zawsze kurwa.

  4. przebraze :

    Kto to pisał? Republiki bałtyckie? Może od razu republiki radzieckie. 300 km ze Świętoszowa do Kaliningradu? W linii prostej jest 500 km!!!

    Tak naprawdę to NATO powinno zlikwidować bazy w Niemczech bo tam są obecnie w takiej ilości niepotrzebne i przenieść wojska do zachodniej i centralnej Polski.

  5. piotrx :

    Zatrzymać ale przed czym? skoro USA z Rosją się od dawna dogadują ponad naszymi głowami…
    Jak powiedział niedawno „guru” dyplomacji amerykańskiej Henry Kisinger: „Rosja nie jest zagrożeniem dla USA a kluczowym elementem globalnej równowagi”……….W tym samym czasie dla Polaków jest inna wersja, że Rosja jest największym zagrożeniem………

    Gra w dobrego i złego policjanta. Kerry niemal codziennie rozmawia z Ławrowem!…..

    https://polskaniepodlegla.pl/opinie/item/7406-tylko-u-nas-grzegorz-braun-gra-w-dobrego-i-zlego-policjanta-kerry-niemal-codziennie-rozmawia-z-lawrowem…………

    „……………Mądrość aktualnego etapu: „wzmacnianie wschodniej flanki NATO w obliczu zagrożenia rosyjskiego” wkrótce ustąpić może mądrości etapu nowego, np.: „walka z radykalizmem w obliczu zagrożenia demokracji”. My tu bowiem na co dzień ekscytujemy się manewrami „Anakonda” i wizją stałej obecności naszych sojuszników, a tymczasem sekretarz Kerry z ministrem Ławrowem wprost wiszą na telefonie – od początku roku rozmawiali ze sobą już kilkadziesiąt razy (w pierwszych dniach czerwca już trzykrotnie, dzień po dniu!). Oficjalnie dyskutują tylko o sprawach syryjskich, ale z ich własnych wypowiedzi wprost wynika, że Bliski Wschód i Europa Środkowa to geopolityczne naczynia połączone. Hipoteza uprawianej na nasz użytek gry w dobrego i złego policjanta nabiera coraz większej realności. Czy bowiem Rosja i USA mogą pozostawać wiarygodnymi partnerami nad Eufratem, a jednocześnie zaciekłymi przeciwnikami nad Bugiem? ……………..

  6. romictx :

    Ślepota polityczna i nienawiść do rosjan naszych wielkorządców sprowadza na nas zwykłych obywateli ogromne niebezpieczeństwo.Jedyna nadzieja tylko w trym,że Rosja pomimo wytwarzanej np przez Maciarewicza histerii potraktuje nasz kraj jako nie groźnego
    i nie wartego większego zainteresowania przeciwnika.W innym przypadku nie będzie nawet czasu na modlitwę.
    Pytam sie po co Putinowi Polska.Mało ma kłopotów u siebie i potrzebne mu są w razie czego nieustajace walki z Polakiami /rosjanie doskonale pamiętają co prezentowali sobą polscy partyzanci/.Analitycy wojskowi doskonale wiedzą że amerykanie coraz bardziej zacieśniają pierścień wokół Rosji i to jest główną bolączką Putkina.Nie zmienia to faktu,że ci nasi pożal się boże politycy tak szczekający,że Polska jest już bezpieczna bo ma bazę 8 pocisków robią z nas balonów.Te przydupasy amerykańskie za nic nie mają nas zwykłych ludzi – oni w razie czego zwiną dupy jak w 39 roku a nas pozostawią na pastwę agresora.I jeszcze raz ŻADNE ALE TO ŻADNE zaklęcia nie spowodują ,że pierwsze uderzenie nie obróci w pył całą tę baze a przy okazji całą infrastrukturę i siłę żywą czyli mówiąc po prostu ludność Słupska i okolic w pył i proch.I jak już wcześniej napisałem nawet na modlitwę nie starczy im czasu.

  7. zan :

    Czytałem niedawno podobnego gniota. Autor próbował z T-90 i BTR zrobić jakąś super broń dystansującą Zachód, choć każdy amator techniki wojskowej wie, że to bzdura. W tym artykuliku mamy podobne smaczki. Podjarę artylerią rakietową jakby to była Wunderwaffe a nie klasyczne rozwinięcie katiuszy, przerażenie systemami plot niszczącymi „wszystko” – choć celem było stojące z braku części i amunicji lotnictwo ukraińskie – czyli tak naprawdę te systemy nie miały z kim walczyć….itd. To jest traktowanie czytelników jak bydlęta, którym można wmówić wszystko. Zaraz się dowiem, że Ruscy maja statki nadświetlne, działa plazmowe i komunikację kwantową, a Amerykanie nie mają nic co by mogło ten super tech powstrzymać.

    • zan :

      Do tej pory takie bzdziny czytałem w rusofilskich komentarzach, a teraz zaczyna je stręczyć natowska propaganda. …bo jak wiadomo Ameryka nie ma nic. Mniejsza z tym, że ma kilkadziesiąt razy więcej amunicji precyzyjnej, kilka razy więcej samolotów (nie licząc wasali)i, i że jest w większości obszarów kilka generacji przed Rosją. Teraz się dowiadujemy, że to Rosja ma Wunderwaffe, nawet kilka systemów Grad trafiających w zapijaczony ukriański batalion to dowód zostania USA w tyle za Rosją. No k…Amerykanie takiego batalionu za nic by nie trafili. Nie potrafią. Ja pierniczę. Czego jeszcze się od was dowiem?

      • krok :

        Ja wiem jedno, amerykanie nie będą ginęli za Warszawę, a tym bardziej za Wilno, Kijów, czy jakąś tam Kłajpedę. Majdan rozpętało USA, to obecny agresor, jest tu nie trudny do wskazania. Nie interesuje mnie siła ruskich, ani amerykanów, bo jednym i drugim zależy, żeby w razie konfliktu, polem bitewnym była Polska.

        • zan :

          Zawsze lepiej jest wiedzieć niż nie wiedzieć. Tylko mając rzetelną wiedzę możesz podejmować racjonalne decyzje. Jeśli np. Rosja jest mega potężna i planuje podbić Europę i stworzyć na jej terenie mega gułag, to w naszym interesie leży jedność sojuszu pod wodzą USA. Jeśli jest odwrotnie i to USA chcą napaść na Rosję (wysatwiając w ten sposób Polskę na rosyjski opór zaporowy taktycznej broni jądrowej), to w naszym interesie leży opór przeciwko amerykańskiej polityce. Pamiętajmy, że strona strona silniejsza zwykle posiada inicjatywę w rozpętywaniu wojny, ponieważ liczy na owoce zwycięstwa, a agresor przed atakiem zalewa swoje społeczeństwo falą zidiociałej propagandy. Społeczeństwo dysponujące rzetelną wiedzą staje się odporne na propagandę.

          • zan :

            …no więc gdy ktoś zna potencjał lotnictwa Rosji vs NATO, zaczyna wyczuwać, że atak Rosji na Zachód (Polskę, Rumunię, Skandynawię…) byłby spektakularnym samobójem, ponieważ wojska rosyjskie musiałyby nacierać mając nad głową dominację powietrzną USA. Rosja to nie przyciśnięta blokadą Japonia z 1941, nie musi wykonywać desperackich ruchów w celu zapewnienia sobie zaopatrzenia. Jasne, że Amerykanie nie będą umierać za Warszawę, ale za dominację USA owszem. Problem w tym, że Polacy za to też będą umierać.