Czy mamy prawo zabijać Polaków?

Zapytałem kiedyś dziewczynkę ze wsi Huta w rejonie Równe, co wie o wydarzeniach z 1943 roku, o konflikcie z miejscowymi Polakami. „A to u nas tutaj byli Polacy?” – zdziwiła się.

Właśnie, ta odpowiedź bardzo dobrze ilustruje świadomość młodego pokolenia Wołynian na temat wydarzeń, które w sąsiedniej Polsce są wątpliwą „wizytówką” Wołynia.

Największe natężenie tych wydarzeń przypada na lato 1943 roku.

Więc teraz akurat jest czas, aby pomyśleć: co wtedy się wydarzyło i kto temu jest winien. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że wielu czytelników natychmiast uzna moje rozważania za zdradę. Zgodnie z ich logiką, prawda jest tylko jedna: Polacy – to okupanci – ciemiężyciele, Ukraińcy – to niewinne ofiary, które miały prawo do obrony.

Jakiekolwiek odchylenie, na milimetr w lewo lub w prawo od tej bezapelacyjnej prawdy – to „pełzanie przed polskimi sponsorami” i „narodowe samobiczowanie”. Ach tak, jeszcze „tolerastja”. Termin ten, ukuty przez rosyjskich szowinistów, nasi „patrioci” najbardziej ukochali i używają przy każdej okazji.

Myślę, że z takimi nie ma sensu dyskutować. Zalecam tej kategorii czytelników zaprzestanie czytania w tym momencie.

A wszystkich pozostałych chcę poinformować, że nie jestem historykiem, więc nie usiłuję dokonywać jakichś precyzyjnych naukowych wniosków. To po prostu rozmyślania człowieka, który stara się zrozumieć historię ubiegłego wieku – ponieważ akurat ta historia ma bezpośredni wpływ na naszą współczesność.

Więc zacznijmy od tego, skąd w ogóle wzięli się Polacy na Wołyniu.

Najprościej jest założyć, że od stuleci pomiędzy Chełmem a Lublinem istniała swego rodzaju „granica etniczna”, na wschód od której mieszkali Ukraińcy, a na zachód – Polacy. Następnie polscy ciemiężyciele naruszyli tę granicę, wtargnęli na ukraińskie ziemie etniczne, gdzie przez wiele stuleci – aż do 1943 roku – uciskali biednych chłopów ukraińskich.

Tu pojawia się jednak pytanie: kim są Ukraińcy i Polacy?

To narody słowiańskie, które ukształtowały się z różnych plemion. Tym, co je zasadniczo różniło, była, oczywiście, religia: prawosławna i katolicka. Wynika stąd, że przez wieki na terenach wpływów Rusi, Polski, Litwy, Imperium Rosyjskiego relacje pomiędzy katolikami i prawosławnymi zmieniały się pod wpływem okoliczności zewnętrznych: ludzie przyjmując chrzest według tej lub innej religii, uznawali się albo za „Polaków”, albo za Rusinów.

Dlatego jestem gotów zaryzykować przypuszczenie, że znaczna część wołyńskich Polaków nigdy nie miała innej ojczyzny poza Wołyniem, a ich przodkowie byli kiedyś wyznawcami prawosławia, a jeszcze dawniej – miejscowymi poganami.

Oczywiście, jest jeszcze temat osadników.

Kim byli osadnicy? To osiedleńcy, którym władze państwa Rzeczpospolita Polska (RP) przydzielała ziemię na Wołyniu.

Osadnicy dzielili się na dwie kategorie: wojskowi i cywilni. Pierwsi – to weterani wojenni z lat wojny 1918-21, którzy mieli prawo do noszenia broni i byli traktowani przez władze Polski jak filar polskiej państwowości na ziemiach ukraińskich. Właśnie osadnicy wojskowi byli podstawą polskich organizacji patriotycznych, aktywnie uczestniczyli w „pacyfikacji” i w największym stopniu dali się we znaki Ukraińcom.

Pacyfikacja wsi ukraińskiej w 1934 roku. Zdjęcie z tekstu „Polska okupacja Zachodniej Ukrainy w latach 1918-1939. Jak było”

Ale oni stali się ofiarami represji sowieckich po „złotym wrześniu”, ponieważ polskich nacjonalistów Stalin „kochał” nie mniej niż nacjonalistów ukraińskich. „Tylko w okresie sześciu miesięcy, od października 1939 do kwietnia 1940 roku, na Zachodniej Ukrainie poddano represjom 1.120.137 osób” – to zdanie w różnych wariantach często lubią powtarzać nasi miłośnicy historii.

Więc nie zapominajmy, że znaczną część tych represjonowanych stanowili polscy osadnicy-pacyfikatorzy i ich rodziny, a także polska policja, byli wojskowi, harcerze i inni.

To oznacza, że w 1943 roku na Wołyniu nie zostało już tak wielu polskich nacjonalistycznych aktywistów.

Czy polski rząd emigracyjny wykorzystywał ich w celu utrzymania Wołynia w granicach Państwa Polskiego? – Bezsprzecznie – wykorzystywał. Czy brali oni udział w likwidowaniu działaczy ukraińskich organizacji nacjonalistycznych? – Bezsprzecznie – brali.

Czy można było na podstawie ich działalności podejmować decyzję o likwidacji całej ludności polskiej jako „okupantów” Wołynia? – A, tu już niech każdy rozsądzi sam.

Oczywiście, możemy twierdzić, że nikt Polaków nie likwidował, tylko zaproponowano im, by zabierali się do Polski. Ale nie zapominajmy, że drogi w tym czasie były kontrolowane przez hitlerowców, a lasy – przez banderowców. I skutecznego przemieszczenia Polaków z pod Równego do Lublina nikt zabezpieczał ani nie gwarantował, wręcz przeciwnie: szanse były znikome.

Dlatego propozycja „zabierajcie się do Polski” była z góry niewykonalna.

Niektórzy próbowali ukryć się w miasteczkach, ale i tu nie było gwarancji bezpieczeństwa.

Po pierwsze, głód, przecież hitlerowcy nie zaopatrywali miejscowej ludności w zbyt wielkie ilości żywności. Po drugie, hitlerowcy nie bardzo starali się chronić ludność polską, zwłaszcza w mniejszych miasteczkach.

11 lipca 1943 roku oddział UPA całkowicie zniszczył miasteczko Poryck, z którego pozostała tylko ukraińska dzielnica Pawliwka. Właśnie tam znajduje się znany pomnik, pod którym złożyli kwiaty Kuczma i Kwaśniewski.

W tym miasteczku wiele osób zginęło podczas mszy w miejscowym Kościele, ponieważ właśnie wtedy przypadał dzień świętych Piotra i Pawła: obrzucili ich granatami, następnie dobili rannych. Nie jestem ekspertem od chrześcijaństwa, ale wątpię, aby chrześcijanin mógł na poważnie uznać taki postępek za „walkę z przeklętymi ciemięzcami”.

Nawiasem mówiąc, dwa lata przedtem w taki sam sposób likwidowali „wrogów” w łuckim więzieniu inni „bojownicy o szczęście ludu pracującego” – eNKaWuDziści.

Cel uświęca środki?!…

Komiks o historii UPA z 1953 roku (przy okazji, „Historyczna Prawda” przygotowuje jego opublikowanie w dziale „Artefakty”). Za winnych masakry na Wołyniu zostali uznani Niemcy.

Tak, chciałbym jeszcze wspomnieć, że wiem o symetrycznych działaniach polskich formacji paramilitarnych w stosunku do ludności ukraińskiej. I wiem, że wszystkie debaty na ten temat sprowadzają się do dyskusji, kto pierwszy zaczął, kto więcej ludzi zamordował, i kto powinien prosić o wybaczenie.

Ja nie chcę nikogo przepraszać i nie domagam się przeprosin od nikogo: zresztą, to nie wskrzesi umarłych.

Po prostu jestem przekonany, że prawda o historii naszego Wołynia w pierwszej kolejności potrzebna jest nam, nie Polsce, Rosji czy Watykanowi. To – nasza ziemia. I jesteśmy wystarczająco silni, aby nie zniekształcać jej historii w stylu sowieckiej propagandy.

Spróbujmy nie myśleć szablonowo, nazywajmy rzeczy po imieniu.

Nie kreślmy obrazu sąsiednich narodów jako burżujów w cylindrach, panów z nahajkami, katów z bałałajkami i tym podobnych. Nie wyobrażajmy sobie wszystkich ukraińskich organizacji, partii i instytucji wojskowych jako takich sobie niedoścignionych, idealnych rycerzy – bohaterów. Dostrzegajmy błędy zarówno w naszej przeszłości, jak i w naszej współczesności.

Może wtedy w końcu nauczymy się wyciągać prawidłowe wniosek. I zdobędziemy prawo do ludzkiej przyszłości.

Pawło Zubjuk, środa, 8 czerwca 2011

Artykuł ukazał się na ukraińskim portalu „Ukrainska Prawda”, w dodatku historycznym „Historyczna Prawda”:

[link=http://www.istpravda.com.ua/columns/2011/06/8/41972/]

Tłumaczenie: Wiesław Tokarczuk

0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz