W swoim pierwszym wywiadzie dla zagranicznego czasopisma, stojący na czele skrajnie prawicowej organizacji bojowej „Prawy Sektor” Dymitr Jarosz powiedział, że on i jego antyrządowe oddziały w Kijowie są gotowe do walki zbrojnej.

Weź zapach żołnierskich koszar, dodaj tu odrobinę zapachu spalonego oleju napędowego, a otrzymasz mniej więcej wyobrażenie, jak pachnie na piątym piętrze Domu Związków Zawodowych, który stał się siedzibą sztabu ukraińskiej rewolucji. Gdy demonstranci zajęli budynek w grudniu, ich przywódcy podzielili piętra między partie polityczne i działaczy zaangażowanych w powstaniu. Od tego czasu jedynym niedostępnym dla dziennikarzy piętrem było piętro piąte, na którym mieści się zbrojne skrzydło rewolucji – „Prawy Sektor”. Jest to koalicja prawicowych radykałów, która pojawiła się na fali powstania. Ci ludzie mają wszelkie powody, aby unikać rozgłosu. Po gwałtownych starciach z policją w zeszłym miesiącu wielu z nich grożą długoletnie wyroki więzienia, jeśli tylko rządzący reżim przetrwa ten bunt.

Ale w niedzielę wieczorem lider „Prawego Sektora” Dymitr Jarosz zgodził się udzielić swojego pierwszego wywiadu do zagranicznego czasopisma. To nie był akt próżności, lecz raczej politycznego wyjścia z niebytu. Był wyraźnie zmęczony tym, że przyszło mu być anonimowym silnym człowiekiem ruchu rewolucyjnego. W ostatnich dniach zaczęły się zarysowywać możliwości politycznego rozwiązania kryzysu w drodze negocjacji, a zapotrzebowanie na zbrojne skrzydło rewolucji zmniejszyło się. Spadło także zaufanie do jego kierownictwa. Główni przywódcy opozycji, tacy jak były mistrz świata w boksie Witalij Kliczko, stoją w obliczu narastających żądań zdystansowania się od „Prawego Sektora”, który Departament Stanu USA potępił za „rozpalanie emocji na ulicach”. To spychane na margines ugrupowanie zachowuje się coraz bardziej niepokornie, a w niektórych przypadkach przejawia wręcz otwartą agresję.

W swoim wywiadzie dla TIME Jarosz, którego wojujący nacjonalizm skłania do odrzucania wszelkich zagranicznych wpływów na sprawy ukraińskie, po raz pierwszy opowiedział o tym, że „Prawy Sektor” skoncentrował w rękach cały arsenał śmiercionośnej broni. Odmówił powiedzienia dokładnie, ile mają jednostek broni. „Wystarczy, aby obronić całą Ukrainę przed wewnętrznymi okupantami” – oświadcza, mając na myśli rząd sprawujący władzę. I wystarczająco dużo, aby przeprowadzić rewolucję, jeśli negocjacje z rządem zakończą się fiaskiem.

Ale póki co rozmowy toczą się dość pomyślnie, i rozwiązanie kryzysu, jak się wydaje, nie jest odległe. We wtorek parlament przystąpił do dyskusji nad znacznymi zmianami w konstytucji, a sojusznicy prezydenta Wiktora Janukowycza po raz pierwszy zapowiedzieli, że są gotowi do rozważenia kwestii przeprowadzenia przedterminowych wyborów. Te dwa kroki są bardzo ważnymi przełomowymi osiągnięciami. Jednak Jarosz, obserwując te wydarzenia z boku w charakterze widza, zaczął wątpić, że negocjatorzy myślą o interesie ludzi.”Wszystkie te pokojowe pieśni i tańce, całe to stanie na placu i negocjacje – nie przyniosą żadnych realnych zmian” – mówi. Według Jarosza, po starciach ulicznych z milicją dwa tygodnie temu, dziesiątki jego ludzi pozostają za kratkami.

Mając to na uwadze, grupa Jarosza i jeszcze jedna organizacja zbrojna rozpoczęły w weekend równoległe negocjacje. W poniedziałek oświadczyły, że prowadzą bezpośrednie negocjacje z milicją ukraińską, domagając się uwolnienia aresztowanych demonstrantów, w tym członków „Prawego Sektora”. Liderzy głównego nurtu opozycji mówią, że nie udzielali pełnomocnictw do ich prowadzenia. Jednocześnie Jarosz domaga się dla siebie miejsca przy stole negocjacyjnym z prezydentem kraju. Ponownie spotkał się z kategoryczną odmową. Wydaje się, że ideologia tego człowieka jest zbyt toksyczna, aby było można wpuścić go do sali konferencyjnej.

Ale Kliczko razem ze swoimi politycznymi sojusznikami nie może tak łatwo zerwać więzi z „Prawym Sektorem”. Organizacja ta wypełnia bardzo ważne funkcje w trakcie powstania. Jego bojownicy przejęli kontrolę nad barykadami wzniesionymi wokół obozu rewolucyjnego w centrum stolicy Ukrainy. A kiedy milicja w celu ochrony porządku publicznego próbowała je usunąć, oni w pierwszych szeregach odpierali napór, walcząc kijami, rzucając kamienie, butelki z benzyną, a nawet miotając je za pomocą katapulty (na wzór średniowiecznych broni oblężniczych). Żołnierze „Prawego Sektora” pomagali zdobywać siedziby organów władzy w kilkunastu miastach w całym kraju.”‚Prawy Sektor” udowodnił swoje przywiązanie do ideałów wolności – mówi Jarosz. – A teraz musimy zaprezentować ten ruch jako źródło [mandat, prawo do] przywództwa”.

W drodze jakichkolwiek uczciwych wyborów dokonanie tego będzie praktycznie niemożliwe. Ideologia „Prawego Sektora” graniczy z faszyzmem, i organizacja ta cieszy się poparciem wyłącznie najbardziej zatwardziałych ukraińskich nacjonalistów, a ich siły są zbyt słabe, aby zapewnić Jaroszowi i jego grupie miejsce w parlamencie. Ale uczestniczenie w procesie demokratycznym nie mieści się w planach Jarosza. „My nie jesteśmy politykami, jesteśmy żołnierzami rewolucji narodowej” – mówi, siedząc w swoim gabinecie. Na stole przed nim leży paczka papierosów Lucky Strike i walkie-talkie, a drzwi pilnuje wartownik w czarnej narciarskiej kominiarce i kamizelce kuloodpornej. Całe swoje dorosłe życie człowiek ten spędził na oczekiwaniu takiej rewolucji, aby „poprowadzić kraj nowym kursem, który uczyni go naprawdę potężnym, nie zależnym ani od Wschodu, ani od Zachodu”.

Ten 42-letni ojciec trójki dzieci oświadcza, że przez wszystkie lata spędzone w ruchu nacjonalistycznym nie miał żadnego innego zajęcia niż działalność związana z protestem. Ten syn robotników fabrycznych urodził się i dorastał w prowincjonalnym miasteczku na wschodniej Ukrainie, a pod koniec lat 80. wstąpił do nacjonalistycznego podziemia – akurat wtedy, gdy rozpadał się Związek Sowiecki. Prawie wszystkie republiki satelickie ZSRS, od Bałtyku do Azji Środkowej, starały się wyrwać spod władzy Moskwy, i w 1988 roku Jarosz został członkiem jednej z najbardziej radykalnych organizacji walczącej o niepodległość Ukrainy.

Następnej jesieni, kilka miesięcy po wycofaniu wojsk sowieckich z Afganistanu, Jarosz został powołany do służby w Armii Czerwonej, która była w tym czasie powszechnie stosowaną formą kary za działalność polityczną. Krótko służył na Białorusi, po co został zesłany na Syberię, gdzie strzegł stanowisk startowych rakiet strategicznych. Sowiecka doktryna jedności Rosji i Ukrainy nie zmiękczyła jego światopoglądu. „Jeśli chcesz wiedzieć, armia jeszcze bardziej przekonała mnie o słuszności mojej drogi” – mówi Jarosz. Kiedy w 1991 roku Ukraina zadeklarowała wystąpienie z ZSRS, ogłosił strajk głodowy, domagając się przeniesienia do nowo utworzonej armii ukraińskiej. Dowódcy zignorowali jego żądanie.

W 1994 roku, kilka lat po demobilizacji i powrocie na Ukrainę, wstąpił do prawicowej organizacji o nazwie „Tryzub” i powoli zaczął wspinać się po stopniach jej drabiny hierarchicznej. W 2005 r. Jarosz został liderem „Tryzuba”. Gdy dwa miesiące temu rozpoczęło się powstanie na Ukrainie, „Tryzub” wraz z kilkoma innymi skrajnie prawicowymi organizacjami stworzył fundament „Prawego Sektora”. Jego głównym wrogiem była zawsze Rosja, chociaż zachodnich wpływów na Ukrainie „Tryzub” także nie toleruje. „W ciągu tych wszystkich lat ukraińskiej niepodległości Rosja systematycznie i świadomie prowadzi politykę zniewolenia Ukrainy – mówi Jarosz. – Dlatego, oczywiście, my przygotujemy się do konfliktu z Rosją.” Takie przygotowanie wydaje się szczególnie konieczne po niedawnym najeździe Rosji na terytorium innego byłego satelity – Gruzji. „Jeśli oni przylezą tutaj, jak to miało miejsce w Gruzji w 2008 r., to dostaną po zębach.”

Na razie jego wypowiedzi pod adresem liderów ukraińskiej opozycji także nie różnią się ostrością od tych powyżej. Jarosz oskarża ich o próżność i brak skuteczności, ale przestrzega ogłoszonego przez nich dziesięć dni temu rozejmu w celu prowadzenia negocjacji. „Od tego czasu nie rzucono ani jednego koktajlu Mołotowa – ogłosił z dumą. – Rozejm to rozejm. Chcą prowadzić rozmowy, niech je prowadzą.” Jednak Jarosz ma świadomość, że od ich wyniku w dużej mierze zależy jego los, a także los jego ludzi.

Jeżeli rządzący reżim utrzyma się przy władzy, „Prawy Sektor” może zostać zmuszony do wzięcia na siebie odpowiedzialności za przemoc, w rezultacie której dziesiątki milicjantów dwa tygodnie temu znalazły się w szpitalach.”Wszystkie te zarzuty czekają na swoją kolej w prokuraturze” – mówi Jarosz. Z drugiej strony, jeśli opozycja utworzy nowy rząd, jest mało prawdopodobne, że znajdzie się miejsce w korytarzach władzy dla Jarosza i jego organizacji. Dlatego nie jest czymś zaskakującym, że on sam zaczął wykazywać pewną inicjatywę polityczną.

Przez ostatnie dwadzieścia lat czekał i przygotowywał się do rozpoczęcia „rewolucji narodowej”, a teraz, gdy znalazł się na czele jej zbrojnego skrzydła, Jarosz nie chce, aby ta okazja wymknęła mu się po prostu z rak. Jako program minimum zamierza dyktować warunki. „Ludzie ze wszystkich zakątków całego kraju kontaktują się z nami i mówią: „Chłopaki, nie zawiedźcie nas. Prowadźcie nas do zwycięstwa, do niepodległości, bo inni liderzy nie są do tego zdolni”- powiedział szef „Prawego Sektora”. – Tak więc, jeśli nadszedł czas czynnej walki, jestem gotów prowadzić ją do końca. Nie boję się wziąć na siebie tej odpowiedzialności. Nie mam powodu, aby ukrywać swoją twarz.”

Simon Shuster

„Time”

Tłumaczenie: Wiesław Tokarczuk

tytuł pochodzi od redakcji KRESY.PL



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz