Przez rzeki i morze, czyli jak kawaleria radziła sobie w wodzie

„Goniliśmy Tatarów bijąc po przeprawach, gdyż orda tak sromotnie uciekała, aż kulbaki spod siebie wyrzucali uciekając. Goniliśmy ich aż pod Skibińce, miasteczko nad Bohem leżące, bo przez Boh uciekali i my wpław za niemi…”

Europa pocięta rzekami

Dla kawalerii umiejętność forsowania rzek wpław była niezwykle przydatna. Europę przecina gęsta sieć rzeczna. Szacuje się, że w centralnej, zachodniej i północnej jej części, przemieszczające się wojsko napotyka przeszkody wodne o szerokości ponad 6 metrów średnio co 20 kilometrów. Co 33 – 60 km napotyka na rzekę o szerokości do 100 m. Co 100 – 150 km staje mu w poprzek rzeka o szerokości 100 – 300 m. A co 250 – 300 km wojsko to trafia na przeszkodę o szerokości ponad 300 m.

Każdy z tych cieków wodnych jest wystarczający by powstrzymać marsz artylerii. Ta potrzebowała i wciąż potrzebuje mostów do przekraczania rzek. Temu samemu ograniczeniu podlegały wozy taborowe. Nieco, ale tylko nieco mniej wymagająca była piechota. Ale i ona zwykle potrzebowała mostów, łodzi, czy innych środków przeprawowych. Jedynie kawaleria i to też nie każda, potrafiła uporać się z przeszkodami wodnymi, forsując je wpław. Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnęli Tatarzy.

Nawet herosi mają słabe strony

Polscy szwoleżerowie gwardii cesarza Napoleona Bonaparte byli elitą kawalerii. To właśnie oni wsławili się pod Somosierrą, forsując „niemożliwy do zdobycia” wąwóz, którego broniło i 16 dział, i około sześćdziesiąt razy liczniejsza od szarżujących Polaków armia hiszpańską. Czynem tym zdobyli nieśmiertelna sławę.

Polscy szwoleżerowie gwardii Napoleona w bitwie pod Somosierrą 1808 roku (malował Jerzy Kossak).

Wydawałoby się, że dla takiej kawalerii nie było zbyt trudnych zadań. A jednak i oni mieli swoje słabe strony. Choć uważali się za kontynuatorów tradycji siedemnastowiecznych lisowczyków, choć pod pewnymi względami ich przewyższali, nie doścignęli jednak swojego pierwowzoru w jednej, bardzo istotnej dla kawalerii umiejętności. Jakiej? Słabo pływali.

Choć i polskim szwoleżerom gwardii Napoleona zdarzało się przepływać mniejsze rzeki, to jednak w obliczu poważniejszej przeszkody wodnej byli bezsilni.

Polscy szwoleżerowie gwardii Napoleona. Rys. Lucien Rousselot.

Jeden taki przypadek opisał Józef Załuski, który w 1809 roku był porucznikiem 1 klasy owej kawalerii:

„Dnia 20 maja [1809 roku] przeszliśmy Dunaj, to jest dwa główne koryta, a stanęliśmy na wsławionej wyspie Lobau, którą oddziela od lewego brzegu koryto mniej więcej 60 sążni [niecałe 120 metrów] szerokie. Cesarz stał nad nim, niecierpliwy przeprawy. Skoro się dowiedział o przybyciu oddziału polskich szwoleżerów, kazał sobie przedstawić szwadron świeżo z Polski przybyły. Było to – jak już powiedziano – sto koni wyborowych z pułków Księstwa Warszawskiego pod dowództwem kapitana Kozickiego i rozdzielonych pomiędzy osiem kompanii naszego pułku. Dano rozkaz, kapitan Kozicki uszykował swój oddział i poprowadził do Napoleona, stojącego nad brzegiem ostatniego koryta Dunaju. Napoleon kazał natychmiast temu szwadronowi przeprawić się wpław. Kozicki zabiera się do stosownej komendy, lecz nie wiem kto? może pułkownik Krasiński, zaufany w łasce, jaką miał u cesarza, ośmielił się przedstawić, że to być nie może!

– Jak to! – zawołał Napoleon. – Ja wiem dowodnie, że za Sobieskiego Tatarzy przebywali Dunaj wpław.

Przedstawiono mu, że wówczas rynsztunek był całkiem inny, że Tatarzy nie mieli ciężkiego okulbaczenia, jak my teraz na wzór jazdy francuskiej, że ich konie były wprawne do przebywania rzek wpław itp. Te uwagi zdawały się Napoleonowi nie podobać, a obracając się do plutonu szaserów swoich w eskorcie będącego, zapytał, czy nie ma między nimi którego umiejącego dobrze pływać, co by podjął się to ramię Dunaju przebyć wpław na swoim koniu?

Wyjeżdża z szeregu stary wiarus i rzuca się w Dunaj, lecz bystrość wody unosi jego konia i sam Napoleon woła na niego, żeby wrócił.”

Nie taką to prostą sprawą było sforsowanie szeroko rozlanej rzeki. Tymczasem w poprzednich wiekach Tatarzy robili to wielokrotnie.

Tatarzy

W XVI wieku nuncjusz papieski Juliusz Ruggieri pisał o Tatarach perekopskich:

„Pływają także doskonale, równie jak ich konie, tak iż wpław przebywają Dniepr, Dniestr i Dunaj, trzy bardzo szerokie rzeki.”

W jaki sposób to robili? W połowie XVII wieku opisał to francuski inżynier w służbie polskiego króla Władysława IV Wazy, Guillaume Beauplan:

„Powiedzmy teraz, jak Tatarzy przepływają tamtejsze rzeki, większe od największych w Europie. Wszystkie ich konie potrafią pływać, szczególnie dobrze dając sobie radę w tym zimnym kraju […]

A oto co przedsiębiorą, gdy armia zamierza przekroczyć Borystenes [Dniepr], który jest największą rzeką w tym kraju. Szukają miejsc, gdzie brzegi są dostępne z obydwu stron, następnie każdy zaopatruje się w trzcinę, zależnie od tego, na jaką natrafi, czyniąc z niej małe wiązki, każda 3 stóp długości i 10 do 12 palców grubości. Oddalone jedne od drugich na jedną stopę spojone są trzema drążkami. Jeden koniec powroza przywiązują do tych wiązek, drugi do końskiego ogona. Wówczas na te tratewki kładzie Tatar siodło swego konia. Rozbiera się z ubrania, które kładzie na siodle, następnie następnie kładzie nań łuk, kołczan i szablę, i wszystko to dobrze przymocowawszy, nago z batem w ręku wchodzi do wody. Pogania swego konia z uzdą na szyi, trzymając się wszakże uzdy jedną ręką bądź też chwytając za grzywę, i tak popędzając konia każe mu płynąć. Sa, płynie tylko o jednej ręce, drugą trzymając za grzywę i uzdę, i tak oto prowadzi konia, nakłaniając do również biczem do rychlejszego posuwania się, gdy już przejdą rzekę. A gdy koń postawi już kopyto na drugim brzegu i woda sięga mu zaledwie do brzucha, Tatarzyn zatrzymuje się, odwiązuje wspomnianą tratewkę od końskiego ogona i kładzie ją na ziemi. W tym samym czasie i tym samym sposobem nadciągają pozostali, gdyż posuwają się oni z nurtem rzeki wzdłuż jednej linii, długości 1/2 mili. Podobnie też przeprawia się wszystkie zwierzęta.”

W podobny sposób można było przeprawić także pojmany na wyprawie jasyr. Świadczy o tym Marcin Paszkowski, który spisał wspomnienia Jakuba Kimikowskiego z tatarskiej i tureckiej niewoli:

„A kiedy się przez którą rzekę przeprawiają

Z zdobyczą (bo tam inszych przewozów nie mają)

Wnet na koniach dwa snopy trzciny uwiązawszy

A głowy i ogony ich posworowawszy

Z jednę stronę na trzcinę rzeczy swe przywiąże

A z drugą niewiast dzieci nabranych nawiąże

A sam jedną się ręką ogona trzymając

A drugą zsforowane konie poganiając

Przeprawia się pohaniec do domu swojego.”

Luigi Marsigli, będąc w 1683 roku jeńcem tatarskim, naszkicował sposób w jaki ci przeprawili się z jasyrem przez rzekę. Sam znajdował się w grupie oznaczonej literą C.

Jazda staropolska

Choć Tatarzy bez wątpienia byli mistrzami w przepływaniu rzek, to i Polacy w XVI i XVII wieku umiejętność tę opanowali w stopniu co najmniej zadowalającym. Celowała w tym lekka kawaleria, a wśród niej – lisowczycy.

„Lisowczycy nad Renem” Juliusza Kossaka.

31 lipca 1622 roku, nad Renem, popisywali się przed sojusznikami. Wówczas to, jak pisał ich kapelan Wojciech Dembołęcki:

„niemało wpław się od wyspy do wyspy puszczając przebywało [rzekę], a niemal wszystkie konie (wyborniejsze tylko wyjąwszy) podle promów pławiono. Między którymi wpław przebywającymi znalazł się jeden, który stojąc na koniu Ren przepłynął. A drugi konia, za którym płynął (ogona się wedle zwyczaju trzymając) chcący, w pół Renu upuściwszy, a sam nurkiem za nim aż blisko brzegu płynąwszy – naprzód żal i wzdychanie z mniemanego utopienia, a potym wielki śmiech ukazaniem się pobudził. Różni różnych kunsztów dokazywali, ale między inszemi i to piękna była, że się ich kilka obrało, którzy z pół Renu wystrzeliwali się z łuków po kilka razy wprzód i w zad do dwu celów po obudwu brzegach ukazanych.

Trudno opisać z jakim afektem arcyksiążę co raz wracał się do Renu patrzyć na one nigdy nie widane obyczaje […]”

Lisowczycy nie byli wyjątkiem. Wiele polskich pamiętników wspominało o przeprawach wpław przez mniejsze i większe rzeki. Na przykład Aleksander Dionizy Skorobohaty pisał:

„wpław pod Gołębiem [wojsko] feliciter [szcześliwie] przepłynęło”

Czy też:

„Wojsko szło wpław przez Dniestr rzekę.”

U Jakuba Łosia, który był towarzyszem chorągwi pancernej, czytamy:

„przyszliśmy pod Warkę; tam zastawszy most na Pilicy zrzucony, wpław wszystko wojsko poszło”

Mikołaj Jemiołowski również wspominał o przeprawie wpław przez Pilicę „rzekę dość nieszeroką, ale głęboką i klijowatą”. Z kolei Jan Florian Drobysz Tuszyński opisał pogoń za Tatarami podczas której przebyto wpław Boh:

„goniliśmy Tatarów bijąc po przeprawach, gdyż orda tak sromotnie uciekała, aż kulbaki spod siebie wyrzucali uciekając. Goniliśmy ich aż pod Skibińce, miasteczko nad Bohem leżące, mil dwie za Ładyżynem, dziedzictwo panów Horaimów, bo przez Boh uciekali i my wpław za niemi”

W stepie szerokim” – polska lekka kawaleria w pogoni za Tatarami (malował Marian Zakrzewski).

Innym razem opisał przejście przez Prut:

„bośmy Prut rzykę prześli w bród nie bez szkody. Kto miał konia słabego, to się napił tej wody, bo rzyka okrutnie bystra i to ma do siebie, kto się napił wody z Prutu, nie trzeba gdańskich pigułek do purgowania [na przeczyszczenie]”

Samuel Maskiewicz pisał o wielokrotnym przepływaniu rzeki Moskwy:

„Pod te trzy zamki rzeka Moskwa idzie, ma miejscami brody, ale jednak lgnąca bardzo i przetoż woleli nasi płynąć niż brodem iść”

„Ci jako przyjechali nad rzekę się pławić, z malusieńkiej chmurki deszcz tak okrutny spadł, że człowieka przed sobą nie widać było i w tym zaburzeniu przeprawiwszy się 9, bo jeden koń nie chciał iść wpław żadną miarą”

„wpław zaraz do nas przez rzekę się puścili”

Powyższe przykłady to tylko niewielka próbka umiejętności polskiego rycerstwa w XVII wieku. Przepływało ono nie tylko rzeki. Sławną stała się przeprawa kawalerii Stefana Czarnieckiego przez morską odnogę w Dani, na zajętą przez Szwedów wyspę Alsen. Jan Chryzostom Pasek, uczestnik wyprawy do Danii, tak ją opisał:

„Było pływać jako na Pragę z Warszawy, ale w pojśrodku tej odnogi [morskiej] było miejsce takie, gdzie koń zgruntował i mógł odpocząć, bo było takiego miejsca z pół stajania. Sam tedy, przeżegnawszy się, Wojewoda [Stefan Czarniecki] wprzód w wodę, pułki za nim, bo jeno trzy były, nie całe wojsko, kożdy za kołnierzem zatchnąwszy pistolety, a ładownicę uwiązawszy u szyje. Skoro przepłynął na środek, stanął i kazał kożdej chorągwi odpocząć, a potem dalej [płynąć]. Konie już były do pływania próbowane; który źle pływał, to go między dwóch dobrych mieszano, nie dali mu tonąć. Dzień na to szczęście był cichy, ciepły i bez mrozu; już była trochę i rezolucyja [śmiałość] poczęła następować, ale zaś potem zima tęgo ujęła. Żadna tedy chorągiew nie była jeszcze u lądu, kiedy Szwedzi przypadli. Strzelać tedy poczęli; chorągiew też, która wyszła z wody, to zaraz na nieprzyjaciela skoczy. Szwedzi widząc, że choć dopiero z wody, a przecie strzelba nie zmokła, ale strzela i zabija, w nogi; owych też, co ich przybywało na pomoc, przerznęli końmi, a dopieroż w nich jak w dym. Powiedali zaś więźniowie, ‚żeśmy rozumieli na was, żeście dyjabli, nie ludzie’.”

Inny przypadek, również z wyprawy do Danii, opisał Jakub Łoś:

„Tamże pod Harusen towarzysz pan Krzysztof Szepeliwski w poście przed Wielką Nocą kanał przepłynął na koniu tak daleko, jako by z działka trzechfuntowego donieść może, a mieli prawie za cud jeden duńscy [Duńczycy] i w kroniki to wpisano.”

Moim zdaniem najciekawsze jednak było to, czego dokonali noszący pełne zbroje polscy rycerze w w bitwie pod Orszą 1514 roku. Gdy artylerię przeprawiano mostem pontonowym, to oni rzucili się wpław przez Dniepr! I przebyli go w obliczu gotowego do walki nieprzyjaciela!

Husarze (w górnej części obrazu) i kopijnicy polscy przeprawiający się przez Dniepr w bitwie pod Orszą 1514 roku. Fragment obrazu nieznanego artysty z około 1520 roku (Fot. Radosław Szleszyński).

dr Radosław Sikora



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz