Przerwane dzieciństwo

Podczas strzelaniny, która się przy tym wywiązała, ranny został porucznik, dowódca kompanii. Miał przestrzelone płuca. Leżał około 15 metrów ode mnie. W pewnym momencie nadjechał na koniu rosyjski oficer – Co ty? Ranny jesteś? No to się nie męcz – powiedział, po czym wyjął nagana i dobił go. Tych, których nie zabito w strzelaninie, a którzy się poddali, Rosjanie przekazali nacjonalistom ukraińskim, mówiąc – Róbcie z nimi, co chcecie. To jest pańskie wojsko. – Chłopi ukraińscy rozebrali tych młodych żołnierzy do naga. Pokładli na wozy drabiniaste, jak snopki siana i zakłuli widłami. Potem ciała ich wywieźli i potopili w jamach torfowych.

Zygmunt Mogiła-Lisowski zapamiętał wiele szczegółów ze swego szczęśliwego, wołyńskiego dzieciństwa. – Któregoś dnia zasnąłem na sianie, na strychu nad oborą-wspomina. – Podłoga była jeszcze prowizoryczna, coś się obsunęło i spadłem wprost na byka, którego to bardziej przeraziło niż mnie. Ponieważ uderzyłem się dość mocno, na chwilę straciłem przytomność. Pracownicy ojca, którzy to widzieli, narobili alarmu. Było to lato i akurat wypoczywało u nas sporo ciotek. Słysząc, co się stało, każda z nich złapała garnuszek z wodą i biegła w moim kierunku. Ja szybko odzyskałem przytomność i widząc sznurek ciotek biegnących w moją stronę, każda z kubkiem wody, zacząłem się okropnie śmiać. Nigdy nie zapomnę ich widoku… Oczywiście mój śmiech ogromnie je rozzłościł, a moja siostra cioteczna do dziś mi ten śmiech wypomina. W naszym domu zgodnie z kresową tradycją, mieszkali też tzw. rezydenci. Jedną z nich była siostra mojej matki Aniela Maciejewska z córeczką urodzoną w 1936 r. Ciotka Aniela pomagała mojej matce w gospodarstwie, ale często wyjeżdżała do rodziny w Warszawie oraz uzdrowisk takich jak Krynica, traktując Romanówkę jako gniazdo rodzinne. Nasz dom był bardzo gościnny, w wakacje zjeżdżała się rodzina z dziećmi z różnych stron Polski.

Kury w karecie

Słuchając Zygmunta Mogiły-Lisowskiego można się też dowiedzieć, jak wyglądało ziemiańskie obejście. – Pamiętam, że w naszym obejściu była też studnia z długim, chyba 20-metrowym korytem do pojenia koni- wspomina. – Mieliśmy też w drewnianym budynku owczarnię na tysiąc owiec i piętrową chlewnię. Na dole były świnie, a na górze magazyn zboża. Kolejny budynek to kuźnia, stolarnia i rymarzownia. Pracował w niej Leon Iwanicki, inwalida z I wojny światowej, złota rączka, który wszystko potrafił zrobić. Były tam też dwa pokoje parobków. Obok znajdował się 6-hektarowy sad, który ojciec wydzierżawił rodzinie żydowskiej. W budynku starej chlewni stała stara kareta. Za moich czasów przesiadywały w niej kury, ale pamiętała jeszcze czasy dawnej świetności, gdy woziła naszą rodzinę Rodziewiczów. Wiązała się z nią anegdota z czasów powstania styczniowego o mojej prababci, która pod krynoliną przewiozła powstańca przez carski kordon. Zdarzenie to stało się potem źródłem wielu żartów na temat. Mimo swego ziemiańskiego pochodzenia, Zygmunt Mogiła-Lisowski był bardzo zżyty ze swym środowiskiem.

Z synami fornali

– Cały dzień biegałem po polach i zabudowaniach, wszędzie mnie było pełno – wspomina. – Bawiłem się z chłopcami w moim wieku – synami fornali, z końmi i psami, nigdy się nie nudziłem. Kiedy podrosłem, chodziłem na polowania po polach, łąkach i lasach. Ciągle brakowało mi czasu na naukę i ojciec musiał mnie do niej naganiać. Od małego jeździłem konno, najpierw zresztą wchodziłem na konia po jego nodze. Trochę poduczał mnie jeden z dońskich kozaków, który przeszedł na stronę polską ze swoim oddziałem w wojnie bolszewickiej. W rezultacie jeździłem świetnie i kiedy tylko się dało, przyprawiając matkę o przerażenie. Przy tej zabawie z rówieśnikami nauczyłem się mówić po ukraińsku i po niemiecku. Niemiecką rodzinę Gaigerów sprowadził mój pradziad Mikołaj, przydzielając im ziemię. Była to liczna rodzina związana z majątkami Niemir i Romanówka. Pierwotne zasiedlenie zwane potocznie „gaigerówka” zostało zniszczone w trakcie I wojny światowej, ponieważ znalazło się w strefie działania frontu. Po wojnie dwie rodziny Alberta Gaigera i Oskara Gaigera bardzo związały się z Romanówką i naszą rodziną. Albert był ekonomem, natomiast Oskar człowiekiem do wszystkiego: stangretem, rzeźnikiem (robił doskonałe wędliny), opiekunem dzieci, doglądał inwentarza. Jednym słowem człowiek niezastąpiony. Wybuch wojny w 1939 r. mocno wrył się w pamięć Zygmunta Mogiły-Lisowskiego.

Wyruszył bronić ojczyzny

– W 1939 r. ojciec został powołany do wojska i wyruszył bronić ojczyzny, a my w majątku zostaliśmy sami z matką -wspomina. – Przeżyliśmy wtedy wstrząsające zdarzenie. 17 września wycofująca się kompania Wojska Polskiego, prawdopodobnie akademicka, składająca się z młodych chłopców, zatrzymała się w Romanówce na noc. Tego samego dnia Rosjanie przekroczyli naszą granicę. Okazało się, że oprócz wroga z zewnątrz mamy drugiego, wewnętrznego – nacjonalistów i komunistów ukraińskich – wtedy kolaborujących przeciwko Polakom. Nacjonaliści ukraińscy zawarli z Niemcami porozumienie, że gdy wybuchnie wojna polsko-niemiecka, to na Wołyniu i w Galicji zorganizują powstanie przeciwko Polakom. Po wkroczeniu Rosjan nie miało ono sensu. Nacjonaliści mieli wolną rękę w mordowaniu wycofujących się żołnierzy i polskich uciekinierów z zachodniej Polski, którzy zatrzymywali się na noc w stodołach u chłopów. Rabowali wszystko, a następnie mordowali. Jedna z ich grup zażądała, żeby nocujący w Romanówce żołnierze poddali się. Nasi chłopcy kategorycznie odmówili i stwierdzili, że mogą się poddać najwyżej regularnej armii.

Zbrodnia na polskich żołnierzach

– Moja mama namawiała ich, żeby uciekali, gdyż wiedzieliśmy już, co im grozi. Część posłuchała, ale 50, czy 60 żołnierzy zostało. Najpierw zostali rozbrojeni przez wojsko rosyjskie, jadące traktem do Kisielina. Podczas strzelaniny, która się przy tym wywiązała, ranny został porucznik, dowódca kompanii. Miał przestrzelone płuca. Leżał około 15 metrów ode mnie. W pewnym momencie nadjechał na koniu rosyjski oficer – Co ty? Ranny jesteś? No to się nie męcz – powiedział, po czym wyjął nagana i dobił go. Tych, których nie zabito w strzelaninie, a którzy się poddali, Rosjanie przekazali nacjonalistom ukraińskim, mówiąc – Róbcie z nimi, co chcecie. To jest pańskie wojsko. – Chłopi ukraińscy rozebrali tych młodych żołnierzy do naga. Pokładali na wozy drabiniaste, jak snopki siana i zakłuli widłami. Potem ciała ich wywieźli i potopili w jamach torfowych. Wszystkich wymordowali, a zdarzenie to, ze szczegółami, wryło się boleśnie w moją pamięć na zawsze. Po latach już w wolnej Polsce starałem się zwrócić uwagę polskim władzom na to miejsce mordu polskich żołnierzy. Powinno ono zostać upamiętnione. Przecież to był mały Katyń na Wołyniu. Rozmawiałem o tym m.in. z nieżyjącym już ś. p. Andrzejem Przewoźnikiem z Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, ale sprawa po dziś dzień nie została załatwiona. Szkoda, bo za parę lat umrą ostatni ludzie, pamiętający tą tragedię.

Z czerwonymi opaskami

– Ja do końca życia nie zapomnę twarzy ukraińskiego chłopa, który ściągał wtedy buty z nóg mordowanych polskich żołnierzy. Nieopodal Romanówki były dwie ukraińskie wsie, Tychotyn i Niemir. Pierwsza z nich zachowała się lojalnie w stosunku do nas i nie bardzo się angażowała w ten mord. Druga wieś natomiast była absolutnie opanowana przez nacjonalistów ukraińskich, którzy nazywali siebie Komunistyczną Partią Ukrainy. Odznaczali się czerwonymi opaskami na przedramieniu. 19 września 1939 r. chłopi z Niemira przyszli do naszego majątku. Wyciągnęli nas na zewnątrz. Postawili pod ścianą i zamierzali wszystkich rozstrzelać, tak jak ziemian w innych majątkach. Matkę zaciągnęli do domu, rzekomo szukając broni. Gdy ciotka Aniela spytała, dlaczego nas tam trzymają, jeden z pilnujących nas chłopów odpowiedział – Jak tylko przyprowadzą z powrotem Lisowską, to razem was wszystkich rozstrzelamy. – Nagle coś zawarczało, zahuczało i przez gazon, na którym rosły lipy i kasztany zajechał przed dom rosyjski czołg. Siedział w nim oficer rosyjski w skórzanej kurtce. Wyszedł, patrzy, a my tak stoimy pod ścianą: moja siostra cioteczna (mała, 4,5-letnia dziewczynka), moja starsza siostra i ja. Oficer spytał, dlaczego tu stoimy.

Uratowani przez Rosjanina

-To pamieszcziki, my ich zaraz rozstrzelamy- odpowiedział Ukrainiec.

-I te dzieci też – zapytał oficer.

– No, to szto, eto pamieszcziki – rzucił krótko chłop.

– W tym momencie oficer złapał go za kark , wyjął nagan, kopnął w tyłek Ukraińca, który nas pilnował i powiedział, ze jesteśmy wolni. Następnie wezwał do siebie któregoś z tych ukraińskich przywódców i powiedział, że jeśli będą tu ludzi mordowali, to sam ich wszystkich rozstrzela. – Wy nie macie prawa bez sudu. Od tego sowieckaja włast. – Trochę się przestraszyli, a myśmy się uratowali. W tym samym 1939 r. zastrzelili naszego zarządcę. Maksymilian Kowalski z Poznania był po studiach rolniczych i przez lata pomagał ojcu w gospodarce. Ci, co go zamordowali, chwalili się potem w okolicy, że błagał ich o życie, klęcząc na kolanach. Opowiadali to zdarzenie, jak dobry kawał. Niedługo potem zachorowałem na szkarlatynę.

Uciekajcie, bo was wykończą

Felczer, który do mnie przyjechał powiedział do matki – Proszę pani, wy stąd uciekajcie, bo was wykończą. – W nocy przyszli nas pilnować Ukraińcy. Nie wiadomo, czy żebyśmy nie uciekli, czy przed mieszkańcami Niemiru, żeby nas nie wymordowali. A jednocześnie bardzo się bali mojego ojca. Wiedzieli, że gdyby nam się coś stało, to by im nie darował. Ktoś ciągle powtarzał plotki, ze wiedzieli Lisowskiego to tu, to tam.

W końcu którejś nocy przyjechały wozy zaprzyjaźnionych Ukraińców z Tychotyna. Powiedzieli matce, że już dłużej nas ochraniać nie mogą i wywieźli nas drogą do Łucka, gdzie trafiłem do szpitala, a po wyzdrowieniu zacząłem uczęszczać do szkoły. Jednak pamięć o zdarzeniach w Romanówce nie dawała mi spokoju. Bardzo się bałem milicji sowieckiej i żołnierzy. Ten lęk pozostawał we mnie przez dłuższy czas.

Cdn.

Marek A. Koprowski



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz