Polesie: W zimowej szacie (3)

Toteż w życiu Poleszuka wojna z wilkiem stanowi nieodzowny jego kanon. Tępi drapieżnego rabusia, jak może i jak umie, szcze­gólnie zaś, gdy pierwsze mrozy wytkną już drogi twarde do niedo­stępnych gniazd wilczych po matecznikach bagiennych.

Panował tu niegdyś lodowiec. Jakgdyby zwartą ciżbę wojow­ników, jakgdyby jednolitą drużynę, stłoczoną i zbitą w hufiec opance­rzony, — daleka skandynawska ma­cierz lodu i mrozu rzucała swe za­gony ku południowi. Sunęły one nieprzerwanym potokiem, leniwe po­zornie, a przez długi łańcuch wie­ków niezwalczone w swym ruchu i uporze. Zmieniały one oblicze tej ziemi, burząc wszelkie przeszkody i tamy, druzgocąc i niszcząc wszystko, co ponad zamarzłą pustynię, skutą już nielitościwym podmuchem północy, śmiało podnieść czoło, — czy była to skała granitowa, czy nadmuch żyznego „loessu”, czy też jałowe wydmy piaszczyste. Unoszonemi w swem cielsku złomami granitu wygładzały lodowce po­wierzchnię ziemi, a piachem i miałem, tysiące razy przetartym, wypełniały i przysypywały wąwozy, łożyska rzek, kotliny jeziorne i — całe doliny. Trudnoż się dzisiaj przebić przez te zasypiska.

Setki tysięcy wieków panował tu martwotą ziejący lodowiec. Kraj, usidlony teraz w gęstej sieci Prypeci i jej dopływów, na­wykł był do swego lodowatego pancerza, a gdy ożywiające wszystko słońce roztopiło go na piersi ziemi, — choć zwolniony, tęsknił snadź za ciszą lodowego grobu. Tęsknił, bo ciszę przechował w naturze swej, w powolnym biegu rzek, w obumarłej duszy swego ludu, co tu przywędrował, gdy od lodowca nic nie pozostało, oprócz głazów, lecz ciszę wziął z natury samej i umiłował ją na zawsze.

Tęsknił, bo do dziś dnia całą piersią, wilgotną nieustannie od nad­miaru wyziewów bagiennych i własnego potu, oddycha wtedy tylko, gdy rzeki, „rieczyszcza”, jeziora i „kałuhy”, „plosa” i błota zetnie srogi mróz, powlecze je lodem i narzuci na cały świat niezmierzona i jednostajną grubą, białą płachtę śniegów wysokich.

Zima bowiem wyzwała mieszkańców Polesia z przepotężnej władzy trzęsawisk, topieli wodnej i nieustannej, mozolnej pracy.

Jak okiem sięgnąć, rozpiera się tam na cztery — pięć mie­sięcy biała równina — jedna wielka, bezkresna i bezpieczna droga!

Od „chwozdka” do „chwozdka”, od „rozświetli” do „rozświetli”, od chutoru do wsi i dalej — do miasteczka i miasta sanie poleskie na płozach jesionowych przetną niebawem zimowy szlak. Pobiegnie on czarnem pasmem poprzez zamarzłe jeziora, niedostępne mo­kradła, koryta rzek i to zniknie w mroku borów i puszczy, to znów wypadnie na zaśnieżone „hała” i podstępne, zdradne „biele”.

Nawet poprzez ciemny las i gęste zarośla łóz, „talników”, wiklin i zwarzonych mrozem szuwarów rozbiegną się wkrąg i pokrzyżują ze sobą wąskie ścieżyny. Wydepcą je kopyta końskie, postoły — łapcie łykowe i krótkie, bieżne płozy nart — i na długo ustalą.

Zdobne w puszystą sadź szronu, nieruchome, ośnieżone tkwią krzaki, jakgdyby podsłuchując, o czem szemrzą i szeleszczą obu­marłe sitowia i uschłe tataraki na pobliskich „nietrach”.

Tam i sam coś się kurzy nad po pławami, mszarnikiem i bagnami… To nigdy nie zamarzające „wyżary”, wykroty na oparzeliskach, gdzie się srożyły niewidzialne pożary torfowe; one to odgradzają się od świata, od słońca i zimy obło­kami ciepłej pary, wałczą, nie chcą ulec mrozom najtęższym. Pod osłoną oparzeliska, za sczerniałą ścianą oczeretów i pędów łóz, to tam, to sam rozlegnie się ostroż­ny, trwożny pokrzyk dzikich ka­czek. Pozostają tu na zimowe leże słabe ptaki lub spóźnione nie­opatrznie, które zima osaczyła tu nagle. Przez śnieg i ukryte pod nim mchy i trawy biegną ku wyżarom ścieżki wąskie, zawiłe, kluczące. To — „tropy” zwierzęce — wilcze, lisie, kunie, a tuż — tuż nad dymiącą wodą — ślady wydry, co się tu osiedliła dla łowów karasi i wijunów — mieszkańców niezamarzłych oparzelisk. Na hałach, pławach i łęgach tkwią stogi siana — tego największego bogactwa poleskiego chłopa.

Lubuje się on w swem niepokaźnem, szczeciniastem i brudnem zawsze bydle, bo stanowi ono najcenniejszy jego „towar”, toteż Poleszuk troszczy się najwięcej o siano, szuka go wszędzie, nie szczę­dząc swej pracy, narażając nawet życie, gdy z kosą i grabiami wdziera się do rozwidlin rzecznych, nad brzegi w haszczach zatajonych je­zior bezimiennych, gdzie czyha na życie kosiarza „bezdenne okno”, ukryte wśród mchów, traw i sita, a w pobliżu — przepaścista topiel trzęsawiska. Po nocach, po śnieżnej pokrywie, śmigają, szukając żeru, zające — północny bielak i nasz szarak pospolity. Za niemi, ni to cień złowieszczy, pęta się lis rudy, na załomach zaś i skrzyżowa­niach tropów czai się gdzieniegdzie, coprawda bardzo rzadko — gronostaj, znacząc się na bieli śnieżnej czarnym końcem drgającego chciwie ogonka. W zaroślach łóz i w oczeretach odzywa się ponure wycie, zapalają się i gasną gorące ogniki. To „lampy” wilcze — pło­nące ich ślepia, jakgdyby wici napadu rychłego i niespodziewanego.

Wraża to siła dla pasterzy poleskich — wróg to odwieczny!

Żadne uroczyszcze, żadna najbardziej zapadła tajnia w szuwarach lub w olosach, — żadna pustać, broniona przez bagna, nie ochroni zszerszeniałej, łaciastej krowy przed zuchwałym drapieżcą.

Wszystko wywęszy: wszędzie się prześlizgnie; wszędzie coś urwie.

Toteż w życiu Poleszuka wojna z wilkiem stanowi nieodzowny jego kanon. Tępi drapieżnego rabusia, jak może i jak umie, szcze­gólnie zaś, gdy pierwsze mrozy wytkną już drogi twarde do niedo­stępnych gniazd wilczych po matecznikach bagiennych.

Puszczają tedy „pał”. Ogniem nawiedzają wilcze lęgi, w łozach ukryte, zatajone w szuwarach, w sitowiach i wiszach, szczeciną ciemną okrywających biel ustyni i rdzawiska bagnistych zapaści. Po nocach niby rozwiewne płachty — krwawe i złote, niby szkarłatne sztandary, biegną te ognie i miotają się po zarzecznych „pię­trach” i grzęzawiskach przepastnych. Chwilami wdzierają się w gąszcz suchych trzcin i w radości rozszalałej płomieniem buchają po­pod czarny pułap nawisłych dymów, ścinając, rwąc i zgarniając zmarniałą na mrozie czerń roślinną, ciskając wokół gorejące żagwie i sypiąc w mrok snopy skier czerwonych.

Tam znów, pożarłszy łup bogaty, przypadają te ognie dzikie do ziemi i płaszczą się na niej, pełznąc powoli ognistemi strumykami, cienkiemi, jak rozżarzony do czerwieni drut stalowy; żywią się tu wystającemi ponad śnieg kępami mchu, rzadkiemi źdźbłami kamie­nicy i dziatłowiny, narzutami szarych, martwych „żabr” i suchemi pędami wierzby, aż dociekną do dalekiej ściany bajorów, do jakiegoś matecznika martwej porośli, aby znów rozszaleć w rozradowaniu złem, albo, dobiegłszy kresu, — przywrzeć do ziemi i sczeznąć. . .

Szlaki na śniegu, przerżniętym płozami, i przeprawy przez lód rzeczny czernieją coraz bardziej, czernieją i wcinają się głębiej, nie­mal do samego torfowiska, do ziemi, do piachów, do lodu nawierzchni.

Coraz więcej sani przebywa te drogi zimowe. Chłopi wiozą żyto do młynów, pędzą bydło na targ, zwożą na pobliski tartak lub do chutoru pnie zwalonych w puszczy drzew, a ogień, siekiera i dłóto wy­żłobią czółno z dębu — tę jedyną więź głuchych zapadłych „ostro­wów” ze światem, gdzie słuchy tylko krążą o tym bagnisto-leśnym kraju i jego ludzie, nieufnym, milczącym, ciągle stroskanym, nawet wtedy, gdy nic nie robi, bo już uczynił wszystko, co było w jego mocy. W borze, na piachach wyrosłym, cisza panuje głucha, bo nie mąci jej świergot ptactwa drobnego, kwilenie jastrzębi i miarowe kucie dzięciołów. Zrzadka tylko z furkotem skrzydeł „pryśnie” w gąszczu podszycia jarząbek i, wpadłszy na suchą gałąź, zniknie na niej, niby widmo, w bezruchu swym do narości lub sęka podobny. Śmignie z drzewa na drzewo wiewiórka chyża; przed zachodem słońca nadleci czereda skrzydlatego drobiazgu, spłoszonego przez sójkę lub srokę, czasem — zakracze kruk lub wyda skwir przeciągły czemś nagle strwożona kania i — znowu cisza rozpiera się w borze, od serca do skraju, gdzie już so­snę wypierają brzozy, osiki, olszyny i dęby. Po nocach na zaśnie­żonych hałach i pustaciach zimne strugi pro­mieni księżyca oświet­lają swym zwodniczym blaskiem stogi, krzaki, zrzadka mały gaik, wyż­sze drzewo i wysterczającą ponad zamarłą biel szczecinę suchych „czorotów”. Bliżej brzegów rzek — w świetle mie­siąca, niby widmo nieruchome, zaczerni się porzucony „kureń”, na łęgach — nędzny szałas kosiarzy. Tu, a też — i w głębinie boru, gdzie przeciągnęły swe macki bagna okoliczne, kolumny sosen strzeliły głowicami z gęstej plątaniny wysokich zarośli krzaczastych, z grubej pokrywy traw i mchów. Tam to zapadają królewskie rody głuszców wspaniałych, czujnych i samotnych; tam też wiodą z niemi spory ich mniejsi, pospolitsi pobratymcy — „ciecieruki” czerwonobrewe, zdobne w pięknie wygięte, białe pióra ogonowe, stanowiące ozdobę cietrzewiego „wachlarza”. Pociąga je tu obfitość jagód, słodkich od mrozu przysypanych śniegiem czernic, żórawin, borówek.

Nieraz odwiedza te ostępy plamisty lampart naszych lasów — ryś. Wdrapie się na omszały wywrót i zalegnie na nim — baczny, żądny zdobyczy, znienawidzony przez wszy­stkie żywe istoty, okrutny władca kniei. Spada, jak piorun, na czarnopiórego głuszca, porywa kluczącego w borze zająca, umie runąć, jak burza, na sarnę, skradającą się ku ostrowom, skąd wiatr zanosi woń najlepszego siana „murożnego”, a, gdy głód do­kuczy nieznośnie i rozzuchwali dra­pieżcę, czając się i prychając, sunie on tropem dzików, czujnie i płochli­wie węsząc wilki — gotów w chwili każdej zarówno do napadu jak i do ucieczki. Zda się, żywej tu niema istoty. Pozorna jednak jest ta pustynność okolicy i jej cisza gnębiąco martwa! W krzakach po­łyskują trwożnemi skrami źrenice wilcze. Wypatrują one zdobyczy nieostrożnego bielaka, psa zbłąkanego, wreszcie samotnego wę­drowca. W mrocznych ostępach boru i olosów — do niedawna jeszcze często, teraz rzadko — i to zaledwie na wschodnich poła­ciach, nad Łanią, Cną, Mostwą i Stwigą, mrucząc i sapiąc, natrząsa sobie suchych gałęzi i pniaków niedźwiedź, wykrot dogodny i ta­jemny obrawszy na barłóg zimowy. Zapada tu, uśpiony na długo, ufny w opiekę rodzimej kniei i w niedostępność uroczyszcza. Nie dba o to, że nad zwalonym w nieładzie chróstem i „łomem” unosi się zdradliwa struga pary, a na zwisających nad barłogiem łapach świerkowych coraz obfitsza i cięższa narasta śnieżna sadź.

Dziwne się dzieją rzeczy w głębiach leśnych, po nocach ciemnych, gdy na nagich kujawach — „ihryszczach” baraszkują i pląsają koro­wody duchów nieznanych — lasowików, rusałek, biesów i wiedźm!

Rozlega się tam często krótki, zduszony krzyk, przeszywa ciszę ostrzem przerażenia, urywa się i przechodzi nagle w rozpaczliwy, bezładny, a coraz powolniejszy i słabszy łopot skrzydeł.

Staruchy, posłyszawszy przypadkiem te odgłosy nieznanych istot i wypadków, szepcą zaklęcia przeciw mocy Belzebuba, bo on to — książę mroku zleciał na ziemię na skrzydłach czarnych:

— Żelaznym zamkom zamykaju, żelaznym zamiotom zakidaju u noczy i u dzień, — nas rabow Twoich, Hospodzi Boże, spasi i, święty Juryj, zasieczy. Amiń!

Ale stary „strielec”, doświadczony gajowy, inaczej na tę sprawę spojrzy i, nadsłuchując, długo będzie trząsł głową, aż szepnie z przejęciem:

— Panoczku, to „kunica” (kuna) skradła się do śpiącego głuszca i, skoczywszy, wpiła mu się zębami w szyję. Po głuszczu już! Nie będzie on więcej tokował na wiosnę!

Stęknie i westchnie leśny człowiek — odwieczny łowiec, niepo­prawny kłusownik, zawistny o zdobycz innego rabusia i drapieżcy.

Nieraz rozlega się w kniei skrzypienie stwardniałego śniegu i miękki tupot mknących racic. To sarny, zwęszywszy wilki, po­mknęły w mroku, naoślep miotając się w haszczach.

Niedawne to jeszcze czasy, gdy inne słyszano tu stąpanie — po­włóczysty, rozgłośny, łosiowy chód. Lecz teraz nie roztrąca on łopatami swemi obciążonych śniegiem gałęzi, nie strzyże czujnemi „łyżkami” i nie wciąga mroźnego powietrza rozdętemi chrapami. Wytępili go Moskale i Niemcy w dobie toczących się nad Styrem, Stochodem i Prypecią bojów, a tych, co pozostały, wytropił i wy­kończył Poleszuk. Uchronili je tylko Radziwiłłowie w swoich roz­ległych włościach i z nich sczasem, być może, rozpierzchną się roz­mnożone łosie po dawnych stojankach wśród olosów, na skraju hałów i na najdalszych ostrowach.

Zima, gdy śniegiem przyprószy i okryje cały kraj, zdradza leśnych mieszkańców puszcz i borów. Największy i najmniejszy zwierz wychodzą po nocy na żer, szukając go na hałach, a nawet w pobliżu osiedli ludzkich. Toteż Poleszuk-łowiec w ciemne noce opuszcza chatę i stanąwszy koło „tynu” — ogrodzenia z zaostrzonych palów, słucha i chwyta każdy dźwięk, dobiegający od czarnej ściany lasu, aby wiedzieć, dokąd ma pójść o świcie na tropienie zdobyczy. Trwa ta noc zimowa, tajemnicza aż do godziny, gdy głucho i krótko zakracze kruk, krzykną nagle obudzone wrony, skrzeknie sroka i sójka wrzaśnie bezmyślnie.

Na wschodzie tuż nad białą, kulistą powłoką ziemi brzeszczeć zaczyna szkarłatna kreska, cienka niby nić starannej prządki. Już pies zaszczekał na chutorze… Zaryczał wół w zagrodzie i zarżał koń…

Wreszcie dobiega głuchy głos człowieka — modli się mrukliwie lub przeklina…

Świt…. [cdn.]

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Polesie, Wydawnictwo Polskie R. Wagnera, Poznań 1934.



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz