Polesie: W rozlewie wód (4)

Rzeki poleskie — duże dopływy Prypeci, tak samo jak małe, powolne są, nieufne w swych przejawach, niby się wahające w za­mierzeniach. Zdać się może, że same nie wiedzą, dokąd mają skierować obfitość wody, czy nieść ją ku żółtym wybrzeżom słowiań­skiego Bałtyku, czy ku ciemnym, ciepłym falom turecko-tatarskiego Czarnego Morza?

Za dawnych, może drewlańskich jeszcze czasów, gdy poczucie budzących się potęg na­tury było ostrzejsze, — wiosnę przepowiadały dziewczyny wiej­skie od prababek zapożyczonem „klikaniem”. Zbierały się dzie­wuchy całą gromadą koło par­kanów, nad brzegiem rzeki i, patrząc na siniejący, coraz bar­dziej pęczniejący lód na prze­prawach i na porowatą powierz­chnię śniegu, śpiewały głosami o przeraźliwych tonach zawodzeń żałosnych; niosła się pieśń z wezbranej tęsknotą dziewczęcej piersi:

Oj, wiesna krasna!

Da sztoż ty nam uniosła?

Oj, uniosła, uniosła

Try koryści u radości:

Pierwaja koryść — bortniczkom,

a druhaja i oratajom

a treciaja — pastuszkom!

Wiosna rychło odpowiadała dziewczęcemu „klikaniu”.

Posyłała wiatry ciepłe i deszcze nagłe, co przesiąkały śnieg, i nic go już obronić nie mogło, ani pod­muchy srogie od północy, ani śnie­życe wściekłe, ani nawet ostre przy­mrozki poranne. Wkrótce też spod grubego pokładu śniegu, ściemnia­łego i zleżałego, sączyć się zaczy­nały najpierw małe, jak gdyby wylękłe strumyki, a potem większe, z pluskiem spływające na lodo­wą powłokę rzeki i żłobiące w jej brze­gach spadziste roz­łogi, a gdzie, jak na Horyniu, środkowej Prypeci i Słuczy, ku prądowi się kłonią strome a spadziste spychy nadbrzeżne, strumienie wiosenne ryły jary głębokie. Nic się od pradawnych czasów nie zmieniło! Woda topniejących śniegów tak samo wpada do rzek i jezior, wypełnia je ponad miarę, aż zaczynają podnosić krępującą lodową pokrywę i łamią ją. Nie jest to jednak groźna walka żywiołu, gdy prąd z rykiem, pluskiem i zgiełkiem zrywa i kruszy lód, olbrzymie tafle kry ciskając na spychy i łachy.

Rzeki poleskie — duże dopływy Prypeci, tak samo jak małe, powolne są, nieufne w swych przejawach, niby się wahające w za­mierzeniach. Zdać się może, że same nie wiedzą, dokąd mają skierować obfitość wody, czy nieść ją ku żółtym wybrzeżom słowiań­skiego Bałtyku, czy ku ciemnym, ciepłym falom turecko-tatarskiego Czarnego Morza? To też mimo, że wypełnione już po brzegi, — wzbierają powolnie, nie wiedzieć gdzie i jak ujmując całą powódź, i bez pośpiechu, bez syku wirów i warkotu fal, płyną leniwe a groźne – przyjmie je granitem słane koryto Dniepru.

Jednak wiosna, „naklikana” przez dziewuchy chutorowe i wiej­skie, nie śpi — raz zbudzona jęła się wielkich prac.

Roztapia ona coraz to nowe zaspy, połacie i wydmy śnieżne, zgarnia białe czapy z łapiastych świerków i szron z nagich gałęzi dębów, sokorów, brzóz, grabów, jesionów i wierzb z nad Mozyrza, Łani, Jasiodły i Bobryka, wyciska wodę z zamarzniętych bagien, trzęsawisk i nietr Zarzecza, Czortowa, Lutycy, Wargany, Moroczna, błot Hryczyńskich, Kaczajskich, Petrykowskich, z każdego hała, bieli i błonia, aż przesiąknie je i okryje zimna jeszcze, obfita „nieciecz”. Budzą się, zbierają, ruszają długo zastygłe wody.

Wtedy wzbierać zaczyna, ni to zdyszana, ni to spiesząca się Prypeć, a z nią razem — najmniejsze jej odnogi i każde rieczyszcze. Unoszą one kry przeogromne, przepasane czarnemi drogami, że­lazem kół pocięte i nawozem końskim powalane; porywają szałasy i kurenie nadbrzeżne, czasem dach z podmytej chaty, smętne krzyże „pohostów” – cmentarzy, drzewa zdarte z brzegów i z łach.

Woda przybywa coraz szybciej i wyżej — piętrzy się groźna.

Prypeć, Jasiołda i Szczara wylałyby ją do Dniepru, Bugu i Niemna, lecz na drodze tej natura i ludzie nagromadzili przeszkód bez liku, a szczególnie — Dniepr. Przegrodził się on mocarnemi porohami z twardego granitu i wsparł wodę, mknącą z błot poleskich.

Wtedy zrozpaczona, cię­żarna nadmiarem wody, mułu i iłu Prypeć z bolesnem westchnieniem wystę­puje z brzegów i zalewać zaczyna niskie torfowiska, mszarniki, hała i kotlinne olosy, aż hen! — na dzie­siątki mil wkrąg rozeprze się wszechwładnie przeo­gromne jezioro — wspom­nienie tego, co tu przele­wało się falami, być może wtedy, gdy człowiek stopą swoją nie dotknął jeszcze tej niegościnnej ziemi.

Znikają pod wodą łęgi i co wyżej położone błonia przybrzeżne, najniższe os­trowy, grzędy pełne jałow­ców i wrzosowisk, zarośla łóz, szuwarów suchych i łamliwych; płyną wyrwane z korzeniami drzewa i pogmatwana „na­noś” krzaków, których się czepiają szare „żabry” oczeretów i sitowia, gnijące już i spróchniałe; tam i sam nad rozlewiskiem pręży nagie konary dąb, dzika grusza lub pokraczna rozmierzwiona wierzba.

Zalane wodą do półpionów stoją skrawki, niedobitki dawnej puszczy; czernieją posępne olszyńce, a nawet na krawędzie, na skrzydła borów wdziera się woda, zaganiając tam ciżbę zwierzęcą.

Lis nie skrada się teraz do szaraka, tchórz i kuna zapominają o krwawych napadach; ryś wdrapuje się na gałąź rosochatej sosny dziuplastej i, rozpłaszczony na niej, nic już nie widzi poza bezkresem rozpętanego potopu; wilki zalegają lękliwie w najgęstszych kępach podszycia leśnego i ostrożnie poruszają chrapami, węsząc wodę i wystraszone dziki, które w haszczach kołują wpobliżu.

Ptactwo też zlatuje się tu gromadnie, szukając ratunku na naj­wyższych gałęziach sosen strzelistych, wiekowych. Zapada tu głuszec z ciężkim łopotem skrzydeł, nadlatuje stadko cietrzewi, furkają jarząbki beztroskie i przelatuje z drzewa na drzewo mnogi drobiazg pierzasty. Na ostrowach pustych roi się od bielaków, kuropatw, wylękłych śmiertelnie, oszalałych z przerażenia myszy i wężów, pełznących dalej i dalej od wody, liżącej chciwie grząski brzeg i wdzierającej się na jego wąski, błotnisty strąd.

Sieć rzeczna i jeziorna, połączywszy swe skrzydła, otoczyła już ostrowy zaludnione, woda zawładnęła uliczkami wsi i miasteczek, gdzie ludzie w „duszehubkach” i „obijanikach”, popychanych drą­gami, pływają od domu do domu, łapią porwane przez prąd, niewiedzieć skąd zniesione sprzęty, czółna, całe strzechy, kryte czarną od starości trzciną, i inny dobytek. Rzeki i strumienie uniosły z „hałów” tkwiące tam stogi siana, rozrzuciły je po brzegach ostrowów i za­wieruszyły w pogmatwanym gąszczu wystających z wody łóz.

Sędziwi starcy, pykając fajki, siedzą na dnie przewróconych „szuhalej” i „dubów”, w skupieniu patrzą na żółtą, rdzawą lub czarną nawet wodę, badają niebo i słońce, myślą uporczywie i tros­kają się bezwiednie.

Wieszczby, wróżby czynią — takie, jakie zapewne sprawowali niegdyś pogańscy kapłani i starcy po osiedlach dawnych przodków drewlańskich. — Stosunek człowieka do przyrody nie uległ zmianie.

Słońce przypieka coraz goręcej, coraz żywiej.

Z parnej, ogrzanej ziemi, głęboko rozmiękłej, wyjrzała już pierwsza ruń traw i niepokaźne, wstydliwe „kraski”. Z niemi razem wyfru­nęły białe i żółte motylki — najzwyklejsze „babki” poleskie, te same, które spotkać można od Szpicbergu do Przylądka Dobrej Nadziei i Hornu, od Azorów i Labradoru — do Tasmanji.

Starcy wiedzą dokładnie, że gdy pofrunie wpierw biała „babka” — mleczny będzie rok, jeżeli żółta — miodowego spodziewać się należy.

Tam znów szczupak długo miota się na jednem miejscu, mącąc i rozrzucając wodę, — żegna się wtedy pobożnie stary rybak o zie­mistej, pooranej zmarszczkami twarzy i mruczy do sąsiada:

— Szczuka swaryćsa — ryby nie iduć od moria…

Ale gdy drapieżnik nie ciska się już w przybrzeżnych zielskach i sitach, lecz pruje wodę grzbietem, śmigając z prądem, — Poleszuki wiedzą, że „ryby iduć”, a z ruchów szczupaka wmig poznają „chód” okoni, sandaczy, jerszy, ścierni, miętusów, jazi, leszczy i karpi. — Przyszedł pożądany czas.

— Swietyj Martyn, pomohaj w imię Boże! — szepcą rybacy i za­bierają się do smolenia łodzi, naprawy sieci, robienia spławików z kory brzozowej i topolowej, cięcia prętów i palów na zbrodnicze, podstępne jazy, przegradzające bieg rzeki, aby zatrzymać ryby, a potem schwytać je w więcieize i kosze, ustawione za zdradliwem przejściem w „hatach”. Młodzież sporządza już wędy, ostrzy haki i szuka narybku dla przynęty; kobiety się krzątają, oporządzając i zaopatrując rybaków w żywność przed wyprawą. Razem z pierwszą trawą i skromnemi „kraskami” ożywa roślinność wodna. „Ajer” ku radości czeredy dziecięcej wypuszcza już zielone brzeszczoty swych liści wonnych. Młode trzo­ny jego pędów uważane są tu za przysmak — „sołodkij koreń”. To samo się dzieje z innemi roślinami. Korze­nie białych nenufarów i żółtych grążeli stanowią łakomy dodatek do jedno­stajnej kuchni poleszuckiej, opartej na ziemnia­kach, kaszy jaglanej i rybach. Szerokie, połyskliwe, jakgdyby z zie­lonej blachy wycięte liście białych lilij wodnych wypływają już na mętną powierzchnię powodzi i ciągną, prężą swe wężowe pędy, aby nadążyć za jej rozlewem, aby coraz chciwiej chłonąć ciekłe złoto słońca, którego odblaski drgają na zmarszczonych wodach.

Wychudłe i oszerszeniałe bydło stoi nad wodą i porykuje smętnie i rzewnie. Jak okiem sięgnąć, wszędzie jedno wiel­kie, bure i mętne, niosące ił i muł mo­rze. Wokół ni skraw­ka zielonych hałów, ani śladu łęgów i błoni trawiastych. Na krętych zało­mach i zygzakach łożysk rzecznych — burzące się wiry, jakiś niespokojny, obcy odwiecznej ciszy tej ziemi plusk wartu, unoszącego drzewa., krzaki, słomę i żabry zeszłorocznych czorotów i sitów. A jednak słońce praży i z ziemi wypiera różny „wisz” — chwasty i trawy — świeże, młode i wonne; huczą w powietrzu pszczoły, trzmiele, bąki i muchy, a żółte i białe „babki” fruwają już całemi chmarami.

Poleszucy spoglądają na niebo.

— Nie leciać białonosy… — pomrukują w zadumie.

Ale przyleciały wreszcie pierwsze zasięgi gawronów i obsiadły drzewa okoliczne, wrzeszcząc i swarząc się zaciekle, — znużone lotem i wynędzniałe na tej pustyni wodnej.

— Wiesna, wiesna krasna! — klaszcząc w dłonie, pokrzykuje dziatwa, baraszkując po zapłociach, gramoląc się na zręby chat i „kleci”, jakby wyglądając dalszych cudów tej „wiesny”.

Ostateczne przyjście jej otrąbią wreszcie klucze żórawi, łabędzi, lecących ku brzegom Oceanu Północnego, i sznury gęsi, wiszących wysoko pod obłokami; rozniosą skwapliwie wieść o niej ruchliwe, rwące się na strzępy stada dzikich kaczek.

Posłyszawszy te opowieści, nadlecą bociany i czaple, bąki, kuliki wszelkie i jękliwe czajki, ale przed niemi nadążą, o kilka dni wcze­śniej rybitwy — duże, szaro-białe, krzykliwe, i — małe, czarniawe, milczące… Powietrze napełnia się życiem.

Z ich przybyciem Prypeć zgarnie nadmiar wód poleskich, wtło­czy je w koryto Dniepru i przekaże mu, aby wyplusnął ciemny wart swój do głębokiego lazuru dalekiego morza.

Obnażają się wtedy niskie ostrowy, wydmy poszarpane i roz­myte, hała zamulone i łęgi, wynurzają się zatopione zarosłe łóz, wiklin i rokit, a na moczarach, mszarnikach i w olosach świeci się i połyskuje już tylko „nieciecz”, która nie znika prawie nigdy; lśnią się szerokie smugi wody, stojącej na bagnach, chociaż ktoś nieświadom Polesia przyjmie je niekiedy za strumień, rzekę lub jeziorko, — pod takiem zwierciadłem wody toń groźniejsza od wodnej.

Z piachów i próchnicy ostrowów i borów, z grzęzawisk na halach, bielach i łąkach dobywają się z ziemi trawy, trzciny i pędy drzew. Miodowe pariło, wełnianka, osoka, szczaw, borodacznik, krwawnica, wszelkie najnędzniejsze ziele zrywa się do życia, rozrostu, rozkwitu.

Czoroty, ajery, sity i grzybienie opasują brzegi jezior i ślepych roztok rzecznych, wyrastając nietylko na mule dennym, lecz nawet na zatopionej warstwie roślin zeszłorocznych. Szerzy się niepowstrzy­manie ta opaska zielona, przerastają ją łozy, rokity i wierzby i tak — z roku na rok, aż kiedyś zniknie w ich uścisku ciemne zwier­ciadło lub połyskliwa wstęga wody, resztki jej zasłonią szerokie liście lilij, a rzęsa i mchy narzucą swój pokrowiec zielony i wypiją.

Tak znikały i znikają jeziora i ślepe „plosa”, pozostawiając po sobie grząski, ruchomy pokład torfu z wyzierającemi tu i ówdzie błyszczącemi w słońcu „oknami”; ni to oczy, jeszcze mgłą śmierci nie zasnute, rzucają te głębie zdradliwe ostatnie spojrzenie na świat, spojrzenie rozpaczliwe, przerażone, a w rozpaczy swej i w przerażeniu mściwe i złe. Lecz naprzekór temu ponuremu obrazowi śmierci nad prądem rzek odbywa się istna orgja zielonych zjaw.

Sokory, graby, wierzby i różny krzew drobniejszy dopadają brze­gów, rozrastają się szybko i bujnie, tworzą wąskie przejścia, zwod­niczą, zawiłą sieć rozstajnych labiryntów, wypełnionych mrokiem, przerzucają się poprzez prąd, tworząc fantastyczne arkady, bramy i mosty wiszące, ze szmaragdów, malachitu, chryzoprazów, wzno­szone ręką nieznanego budowniczego, opętanego milczącym szałem potęg ziemi, płomieniem twórczym i władną żądzą piękna.

Wśród zielonych szpalerów, pod zwisającemi gałęziami zrzadka burzy się wstęga rzeki, pluska falą i wiruje, spotkawszy przeszkodę niewidzialną. To — kłoda skamieniała, odwieczna, przegrodziła koryto, wsparta na kilku konarach, głęboko w mule ugrzęzłych. Na dziwacznych, pokracznych cielskach starodawnych „wywro­tów” usadowiły się już grążele i kępki sitowia, a wśród nich, gdzie rzeka złożyła namuł i odłamki, „żabry” czorotów i „pyreju”, kulik udeptał sobie gniazdo i piszczy, stęskniony do miłości.

Białe, blade listki wiosenne na dębach, wiązach, klonach i kru­szynach ciemnieją; już nie odcinają się na czarnych łapach świer­kowych młode, jasnozielone świeczki żywiczne; już zapadły do gąszczu oczeretów i sitowia dzikie kaczki; na hałach, w pobliżu jeziorek i kałuż zagnieździły się czajki jękliwe i chybotliwe w locie; wszelki zwierz i ptak, zaznawszy porywów miłosnych, poczuł uko­jenie i troskę o potomstwo; już rzeki powróciły do dawnego łożyska, a ponad wszystkiem, na skrzydłach, rozpartych szeroko i drapieżnie, zawisły pod jasnem niebem orły, sokoły i jastrzębie.

W cichych „zawodziach” rzecznych, przy łachach piaszczystych porosłych zielenią „plosach” wyskakują z toni ryby, wyrzucając bryzgi, kreśląc rozbiegające się koła na wodzie, błyskają srebrną łuską i łukiem jasnym wpadają w chłodną toń.

Przez rzekę ku przeciwległym łąkom płynie stado krów, a konie, stojąc po szyję w wodzie, parskają radośnie. Pluska wiosło rybaka.

Dobiegają z wioski głośne rozhowory oraczy, gotowych już wy­ruszyć w pole; kłócą się z siewcą baby, wydając mu len i rajcując po swojemu swarliwie i bezładnie. Niosą się dziecięce pokrzyki.

Bartnicy, milczący i tajemniczy, pełni guseł i pogańskich ob­rządków, usiłują odgadnąć — gdzie i jakie „pczoły zawieduć paszniu”, w jakim borze „bohato” roić się będą i kiedy je najlepiej do nowych barci wabić; ostrzą piesznie i sprawdzają stare „leziwa”, czy aby zdzierżą „czołowika”, kiedy po gładkim pionie sosny ku pszczołom po owoc ich pracy wdrapywać się zacznie.

A gdy o świcie dnia tylko najsędziwszym starcom znanego — drewniana, straszliwie długa „truba” (trąba) pastucha wiejskiego, siwego, kołtuniastego i dziobatego dziada, rozbrzmi rozgłośnie po raz pierwszy, bo nastał czas wypasać bydło po hałach, gdy bocian, stojący w gnieździe, zarzuci głowę na grzbiet z klekotem i sykiem radosnego upojenia, — wszyscy wiedzą już, że „wiesna krasna”, co radość życia na ziemię sprowadziła — minęła.

Przyszło lato, czas Jariły — słońca.

Szepcą przeto stare Poleszuki prasłowiańskie zaklęcie:

— Jariło, zrij na trawu, na żyto, na proso, na babij lon!

Tak z nawyku modlą się do bożka pogańskiego polescy „orataje” – rolnicy i kosiarze.

Inni — rybacy, łowcy, bartnicy, pasterze i baby, o len stroskane nieustannie, mają własne tajemne modły, zaklęcia i wieszczby, a jakie — tego nikt nie zbadał, nikt nie podsłuchał i nie podpatrzył.

Znają je staruchy stuletnie, zgrzybiałe, mądre mądrością ziemi bagiennej i uczą tej sztuki tajemnej młoduchy i dziewczyny, aby nie umarły, nie zniknęły sędziwe zabobony i gusła, bo, jak święcie w to wierzą, wraz z niemi zapadnie się nazawsze kraj Swarożyca. [cdn.]

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Polesie, Wydawnictwo Polskie R. Wagnera, Poznań 1934.



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz