Groźnem echem rozległa się przed kilkunastu laty w Rosji wieść o ponurej sekcie, „samopodpalaczy”. Na jej czele stali przybyli z Bałkanów sekciarze bracia Rakitskije. Pracując w granicach południowej Rosji, szczególnie zaś w guberni Jekaterynosławskiej, bracia potrafili zgromadzić wkoło siebie znaczną, bo przekraczającą 300 ludzi, sektę „samopodpalaczy”.

Idea tej sekty była taka. Na ziemię przyszedł Antychryst i sieje ziarna grzechu. Ten siew z każdym rokiem daje większy i coraz straszliwszy plon. Ludność tonie w bagnie grzechów. Nic jej uratować nie może oprócz dobrowolnie oddawanej, przez ludzi własnej krwi ofiarnej. Mówiąc językiem zwykłym, ludzie powinni kończyć życie samobójstwem dla dobra innych.

Długo, w ciągu szeregu lat, trwała ta niezdrowa propaganda. Władze nic o niej nie wiedziały aż kiedyś kilkunastu ludzi z jednym z Rakitskich na czele, śpiewając pieśni nabożne, podpaliło chatę, w której byli zebrani i zginęło w ogniu.

Rozpoczęły się dochodzenia sądowe i wtedy to wykryto ślady całej dość już szeroko rozgałęzionej sekty „samopodpalaczy”. Bracia Rakitskije byli uwięzieni i zesłani na Sachalin na ciężkie roboty, lecz jeden z nich, będąc w więzieniu, polał się naftą z lampki i podpalił się, poczem umarł w szpitalu więziennym.

W tym rodzaju i na tym samym podłożu religijnym istniała sekta Stefana Koleśnikowa, z którą miałem możność osobiście się zapoznać.

Koleśnikow w gubernji permskiej założył sektę samobójców. Wierni podczas modłów przerzynali sobie gardła. Po pierwszych samobójstwach Koleśnikow był schwytany, osądzony i zesłany na wyspę Sachalin. Udało mu się jednak stamtąd zbiec i, skrywając się przed władzami, mieszkać w gubernji tomskiej, wędrując z miejsca na miejsce.

Podczas swoich naukowych podróży po Syberji, zwiedzałem południową część gubernji tomskiej. Mieszkając we wsi Skokowo, robiłem rekonesanse geologiczne w różne strony. Pewnej niedzieli, błąkałem się po lesie ze strzelbą, szukając zwierzyny. Naraz zauważyłem, że ścieżką leśną ciągną chłopi, oglądając się trwożnie; niektórzy z nich nawet kryli się w krzakach. Gdy przeszli podążyłem za nimi i wkrótce zobaczyłem dość duży dom, z krzyżem na dachu. Zrozumiałem, że był to jakiś sekciarski kościół, potajemnie tu wzniesiony. Było to w roku 1901, gdy walka z sekciarzami już prawie ustała w Rosji. Więc pytałem siebie — kto i poco się tu kryje?

Niepostrzeżenie wszedłem do domu i wsunąłem się do najciemniejszego kąta.

Około trzydziestu chłopów miejscowych, wysokich, barczystych myśliwych, o czarnych włosach i oczach zgromadziło się w półciemnej izbie. W kącie wisiał wielki obraz Chrystusa w wieńcu cierniowym, prawie czarny od starości. Przed nim paliło się kilka cienkich świeczek z wosku. Chłopi cicho szeptali pomiędzy sobą i nabożnie kładli znaki krzyża na piersiach, z trwogą patrząc na wysoką, chudą, ruchliwą postać człowieka o bladej, zmizerowanej twarzy i pałających oczach Był ubrany w długą sutannę mniszą, przepasany szerokim skórzanym pasem, miał powichrzone, już siwiejące włosy i niewielką czarną brodę.

Zwrócił się do obecnych i szepnął dobitnie ostro:

– Proście, aby Bóg nawiedził nas!

Wszyscy zaczęli modlić się, rzucać się na kolana, bić pokłony, patrząc załzawionemi oczami w czarną surową twarz Chrystusa.

Wysoki, chudy mnich ukląkł, rozłożył ręce i wbił swoje pałające oczy w obraz, coś szepcąc blademi ustami i groźnie ściągając brwi.

Naraz zerwał się i wybiegł z chaty.

Wszyscy zamilkli i nie ruszali się. Cisza grobowa zapanowała w izbie. Słychać było oddech ludzi i iekki trzask palących się świeczek. Z po za ścian i przez jedyne małe okienko dochodził głuchy szum puszczy leśnej. — groźny, ponury głos… Podnosił się wiatr, gdyż po niebie sunęła czarna obiecująca burzę i ulewę chmura.

Naraz doleciał nas zdaleka pełen zachwytu głos mnicha:

– Oto przyszedłeś, Panie, do oczekujących na Ciebie sług gotowych oddać swą krew ofiarną za grzechy ziemi!… Panie łaskawy, miłosierny, wszechmocny!…

Głos mnicha zbliżał się do chaty, to potęgując się do krzyku triumfalnego, to znów zniżając się do tajemniczego szeptu, pełnego ekstazy, zachwytu i trwogi.

Widziałem, jak zebrani zaczęli dygotać, szczękać zębami i nerwowo zaciskać ręce.

– Biada nam, biada!… szeptali drżącemi ustami i opuszczali powieki, by nie widzieć oblicza przybywającego Boga.

Las zaczął huczeć pod uderzeniami wichru, który wył i gwizdał Wpadające do izby fale jego podmuchów, zmuszały płomyki świec do kołysania się w różne strony, przyczem to gasły, to znowu się rozpalały. Od tej gry światła przez ciemne oblicze Chrystusa przebiegały i miotały się po niem cienie, ożywiając oczy i usta. Zdawało się, że Chrystus patrzy i oczekuje chwili, aby przemówić.

Mimo woli odczułem dreszcze, biegnące po całem ciele. Przeczuwałem coś strasznego…

Naraz tuz przy drzwiach rozległ się poważny, natchniony, drgający od wzruszenia głos mnicha.

– Wstąp. Panie wszechwładny, i przyjm ofiarę dzieci twoich!

Ujrzałem mnicha. Na kolanach, schylony do samej ziemi, z wyciągniętemi błagalnie rękami, czołgał się tyłem do izby, jak gdyby widząc kogoś przed sobą i wskazując mu drogę.

Naraz porwał się na nogi i przeraźliwym, zrozpaczonym głosem, drżącym od bólu i zgrozy, zaczął wykrzykiwać:

– Nie odchodź. Panie! Wielki Boże, zostań z nami Czas ofiary naszej przyszedł…

Błyskawicznym rzutem odwrócił się do zgromadzonych objął ich płomieniem swoich oczu i, chwytając się za głowę blademi rękoma, jął wyrzucać chrapliwe pełne rozkazu i siły woli słowa.

– Odchodzi, odchodzi… przed nami znowu męki, grzech, katusze! Proście, proście Wielkiego, aby powrócił! Krwią swoją proście!.. Prędzej!… Natychmiast!.. Śpieszcie się!… Śpieszcie!…

Jakiś młody o czarnych, skośnych oczach chłop krzyknął przeraźliwie, a cienko, jak dziecko rzucił się naprzód. W ręku na moment błysnął szeroki myśliwski nóż, a po chwili z głuchem charczeniem człowiek padł na ziemię… Z poderżniętego gardła płynęła struga krwi, a na ustach zbierało się coraz więcej krwawej piany.

Mnich rzucił się na kolana przy konającym, położył mu ręce na głowie i szeptał modlitwę… Gdy samobójca skonał, mnich wstał. Twarz jego jaśniała natchnieniem i zachwytem. Wyciągnął ręce w stronę drzwi i krzyknął triumfująco.

Padajcie na twarz, bo oto przyszedł Bóg!

Rozległ się ogłuszający, wstrząsający całą ziemią łoskot pioruna. Gdy nareszcie olśnione błyskawicą oczy były w stanie rozejrzeć wnętrze izby, zobaczyłem, że wszyscy chłopi leżeli na podłodze twarzami, wyciągnięci na ziemi i drżący z przerażenia.

Mnich stał przed obrazem z rozkrzyżowanemi rękoma i modlił się gorąco, z natchnieniem, a łzy mu płynęły z olbrzymich szeroko rozwartych, błędnych oczu.

Był to Stefan Koleśnikow; — znalazłem przypadkowo misterjum sekty „samobójców”. W ciągu tego lata około 18 chłopów z zakończyło w taki sposób swoje życie pod wpływem hypnozy Koleśnikowa i pierwotnego, żywiołowego strachu przed objawami natury, co tak umiejętnie potrafił wykorzystać zbrodniczy mnich…

Najprostszy z „bogów”

Wszystkie te sekty mają, bądź co bądź, pewne historyczne lub kanoniczne podłoże. Lecz istnieje na północy Rosji sekta, której pochodzenia nie można objaśnić, temi przyczynami.

Spotkałem tę sektę na północy permskjej gubernji.

Widziałem wielkie zgromadzenie wieśniaków ciemnych, półdzikich niepiśmiennych, wycieńczonych walką z surową naturą. Stali leniwie i apatycznie wpatrzeni w ścianę z nieociosanych belek przekładanych mchem. Pewnie o niczem nie myśleli, chyba że o chlebie i wódce. Ale po pewnym czasie do ściany podszedł jeden z chłopów i zaczął wiercić dziurę w belce. Przewiercił belkę i pomału, ostrożnie, z nabożeństwem zaczął wyciągać z niej świder.

Wyciągnął padł wraz z innymi na kolana i przeraźliwym głosem jął wyć.

– Dziuro nasza dziuro święta, pomagaj nam!

Te modły do dziury w belce trwają godzinami.

Kto pierwszy wynalazł tego najprostszego z bogów — dziurę w ścianie? Kto był założycielem tej sekty dzikiej, idjotycznej, strasznej w swym obłędzie i ciemnocie?

Nikt nigdy nie badał tej kwestji, a teraz gdy już przeszło wiele lat, wydaje mi się, że być może, znajduję klucz do rozwiązania tej zagadki.

Północne obszary Rosji, kilkomiesięczna noc zimowa zniknięcie słońca, zimno, beznadziejność, tęsknota… Ciemne chaty, o oknach zaciągniętych zastępującym szkło pęcherzem, zasnutym skorupą lodową i przysypanych śniegiem, aż pod strzechę. Przez wywierconą dziurę w ścianie do ciemnej izby wpada snop promieni księżycowych, czy wprost zaledwie wyczuwalnych blasków tego światła, którem jest zawsze przepojona cała natura, a więc lód, śnieg, obłoki, kamienie…

Czy tym więźniom mroźnej, nieskończenie długiej nocy ta dziura w ścianie i ten snop ledwie dostrzegalnych promieni nie przypominają chwili zjawienia się słońca?

Narodziny słońca! Myt słoneczny… Myt w pierwotnej, ponurej, jak noc podbiegunowa, formie… Lecz i ludzie tam inni. Jest to kraj zapomnianych przez Boga i ludzi plemion.

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Cień ponurego wschodu: za kulisami życia rosyjskiego, Wydawnictwo Biblioteki Dzieł Wyborowych, Warszawa 1923.



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz