Cień ponurego wschodu: W mroku pałaców (10)

Zajrzyjmy teraz po zwiedzeniu kresów, półdzikich wsi i siół rosyjskich do wspaniałych, częstokroć historycznych pałaców.

Pałac Carskosielski, gdzie przebywała chora carowa Aleksandra Heska, pałace księżniczki Jurjewskiej, hrabiów Sumarokowych—Elstonów, ksią­żąt Orłowych, hrabiny Ignatjewej, hrabiny Kleinmichek, książąt Golicynych, księcia Putiatina, książąt Biełosielskich—Biełozierskich, nawet pałace niektórych wielkich książąt kryły poza swymi grubymi murami i wspaniałymi kryształowymi oknami dużo ciekawych i niezupełnie zwykłych wypadków.

Tłumy nikomu nieznanych osobników, często o kryminalnej przeszłości miały tam wolny wstęp. Włóczędzy—mnisi i mniszki z dalekich klasztorów przynosili do pokazania i modłów jakieś cudowne relikwie, w rodzaju „kawałka drabiny”, którą Jakób we śnie widział, jak twierdzi anegdota z czasów Pawła I, lub „nogę świętych męczęnników Borysa i Gleba”; opowiadali o cudach, które miały miejsce na grobach różnych niekanonizowanych świętych odprawiali nabożeństwa podług nieznanego rytuału, być może, nigdy nie istniejących klasztorów i świątyń. Epileptycy i histeryczki, którzy podczas ataku swej choroby wygłaszali przepowiednie i dawali polityczne przestrogi, jak czyniła to znakomi­ta „klikusza[1]” Darjuszka, która z ramienia Rasputi­na, księcia Putiatina i komendanta cesarskiej kwa­tery generała Wojejkowa przestrzegała carową przed ministrem oświaty, hrabią Ignatjewym, przeciwni­kiem polityki niemieckiej i przeciwko słynnej damie dworskiej pani Wasilczykowej, autorce znanego listu do carowej, przypominającego księż­niczce heskiej, iż jest ona… carową Rosji.

Opasły siwobrody, łysy mnich „Iwanuszka Bosy” o czerwonych nogach, których palce były zawsze starannie odrobione przez „pedikurzystę”, dziwił i szykanował inteligentną publiczność Piotrotrogrodu, gdy go widziano bosego w czarnej su­tannie, z pastorałem, ozdobionym złotą gałką z dro­gimi kamieniami, gdy wolno i majestatycznie kro­czącego Newskim Prospektem, o głowę przewyższającego tłum i dziwiącego wszystkich szerokimi barami atlety i szyją byka.

Lecz gdy gruchnęła wieść, że Iwanuszka jest częstym gościem carowej, i że jest bardzo bliski domu hrabiny Kleinmichel, gdzie się odbywają jakieś tajemnicze nabożeństwa nocne, podczas, któ­rych „zjawia się Chrystus” — prawdziwe oburzenie zapanowało w stolicy, a opasły mnich był zmuszo­ny opuścić gościnne dla niego brzegi Newy.

W Piotrogrodzie w r. 1910 zjawiła się na przedmieściu stolicy jakaś stara rozpustna kobieta, która za pomocą bardzo zręcznie zorganizowanej reklamy, ogłosiła się jako „wcielona bogarodzica”, która ma męża Józefa i syna Jezusa. Tłumy ludzi garnęły się do „bogarodzicy”, a ta leczyła i pocieszała chorych i strapionych, albo wodą newską, albo też dotknięciem dłoni. Ludzie całowali jej nogi i ubranie, składali hojne ofiary, a „Bogarodzica” skrzętnie ciułała grosz, nabywając gdzieś na prowincji domy i ziemię.

Kler i pewna część prasy rozpoczęła kampan­ię przeciwko tej „Madonnie”, lecz naraz wszystko umilkło. Policja, cenzura i najświętobliwszy Synod oznajmili najbardziej gorliwym popom, oraz reda­ktorom dzienników, że atak na „Bogarodzicę” jest niestosowny, ponieważ ta…. była zaszczycona audiencją u cesarzowej w czyjemś prywatnem mieszkaniu.

Kilka lat potem panowała „Madonna” bezkar­nie aż w jej mieszkaniu kogoś okradziono. Śledztwo wykryło, że „błogosławiąca” dłoń „Bogarodzicy” brała w tem czynny udział wraz z mężem „starcem Józefem”. Do sądu sprawy nie dopusz­czono, lecz ta religijna spepulantka zmuszona była zniknąć z horyzontu.

Nadzwyczaj pouczający przykład przedstawiał proboszcz katedry prawosławnej w Kronsztacie. Iwan, syn Sergjusza Iljin, znany jako „Iwan Kronsztackij”. Spotykałem go parę razy.

Był to bardzo sprytny, nerwowy, wrażliwy pop, który umiał porywać tłumy swą modlitwą i kazaniami, działać słowem i wejrzeniem na ludzi zwracających się do niego po radę, wprost hypnotyzować, sugestjonować i poddawać swej woli poszczególne jednostki i całe tłumy.

Gdyby się nic nie stało, pozostałby sobie do­brym „duchownym ojcem” i gorliwym popem. Lecz zobaczyła go stara dewotka, bogata kupcowa Gulajewa, zaprzyjaźniona z Pobiedonoscewym i z kilku urzędnikami dworu cesarskiego.

Zobaczywszy, potrafiła zainteresować osobą młodego natenczas popa możnych arystokratów z kamarylli dworskiej i wreszcie zaproponowała „Iwanowi Kronsztackiemu” aferę. Gulajewa miała zostać „imperssario”, Iwan — bezwiednym, może aktorem, który miał wykorzystać i eksploatować swoje zdolności, jako kapłan i kaznodzieja, ona — wykorzystać i wyeksploatować publiczność.

Przedsiębiorstwo rozpoczęło się i szło bardzo pomyślnie. Po roku już zaczęto dużo mówić o „cudownych uzdrowieniach”, jasnowidzeniach, przepowiedniach i „wskrzeszeniach” umarłych przez Iwana Kronsztackiego.

Pieniądze, zaszczyty, stosunki i wpływy stały się codziennym zjawiskiem. Powstawały wspaniałe świątynie, szkoły i szpitale, ale także zjawiały się własne domy, majątki i pokaźny rachunek w bankach.

— Iwan — święty! Iwan — prorok Boży! — mó­wiono głośno.

To się nie podobało kierowi, lecz car Aleksander III czcił Iwana Kronsztackiego, a gdy umierał jego tylko zawezwał do swego łoża i po błogosławieństwie ręce mu całował w pobożnej ekstazie.

Po śmierci cara Aleksandra III, „impressario” Gulajewa chciała dobić interes do końca i ogłosiła przez tajnych pomocników afery, że Iwan jest „Mesjaszem”, powtórnie zjawiającym się na ziemi.

Tego było już za wiele! Kler i nawet oberprokurator Synodu wystąpili przeciw takiemu oszus­twu i, zawdzięczając tylko obronie Carowej—Wdowy, Iwan wyszedł cało i był zmuszony zająć się jedy­nie sprawami katedry Kronsztackiej, nie czynić cudów i nie ubiegać się o pokrewieństwo z Bogiem.

Wkrótce potym Iwan Kronsztacki umarł, a nie­strudzona Gulajewa reklamowała cuda, odbywające się na grobie zmarłego. Trwało to aż do października 1917 r. gdy bolszewicy popsuli ten interes Gulajewej, zburzywszy mogiłę cudotworcy i wrzuciwszy jego szczątki do morza.

W pałacach arystokracji rosyjskiej uważano za honor przyjmować u siebie „świętego ojca”. Za taką przyjemność płacono 500 rub. złotych pani Gulajewoj, czasami miesiącami czekając, aż przyjdzie kolej na tę szczęśliwą i błogą chwilę.

Taki był „chrześcijański mistycyzm” w ro­syjskim guście. Obok odbywała się uczta „biesów”.

Było to przejęcie się okultyzmem, jakiś cho­robliwy zapał do „białej i czarnej magji”. A nie było to bynajmniej niewinne zajęcie lub naukowe zainteresowanie się temi tajemniczemi praktykami. W to wszystko była zamieszana zawsze najrealniej­sza polityka, najżywotniejsza intryga na wielką skalę, lub przeżytki pogańskiej ideologji.

Już wspomniałem raz, że udzielałem lekcji sy­nowi urzędnika z pałacu książąt Leuchtenberskich, kuzynów cara.

Poznałem tam wielu dygnitarzy z pałacu carskiego i byłem do jednego z nich zaproszony na wieczór, na którym miała być świeżo przybyła z Paryża znakomitość. Był nią słynny król okultystyczny — „profesor” Papus.

Seans w domu urzędnika nie udał się wcale. Jakieś niewyraźne zjawiska świetlane, jakieś szmery i stuki, jakteś zimne dotknięcia. — to było wszystko, co mógł osiągnąć ten „indyjski mahatma”. Widziałem wiele bardziej ciekawych zjawisk w kołach mistycznych i okultystycznych w Pary­żu, a później w Azji Centralnej.

Lecz po kilku dniach dowiedziałem się sensacyjnych rzeczy.

W pałacu jednego z najbardziej wpływowych wielkich książąt Papus w obecności cara i caro­wej wywołał zjawienie się ducha któregoś z umar­łych carów, który rozkazał carowi zacząć wrogą względem Niemiec politykę, doprowadzić ją aż do wojny z Berlinem i strzec się polityki hr. Wittego i wpływów „nieznanej”, lecz potężnej i pięknej kobiety, w której wszyscy obecni widzieli… księ­żniczkę heską — carową rosyjską.

Papus po tej lapidarnej, nawet na rosyjskie stosunki za bardzo przejrzystej intrydze, był zmu­szony nagle wyjechać z Rosji… bez prawa powro­tu. Po nim przyjechali inni „buddyjsko—massońscy” ajenci i w mniejszej, a bardziej oględnej skali pro­wadzili politykę swego „mistrza”.

Mniej wpływowym, lecz niemniej tajemniczym od Papusa, był niejaki Onore, niegdyś skromny urzędnik syberyjski.

Ten nieznany nikomu osobnik przez kilka lat swojej służby na Syberji studjował szamaństwo tu­bylców ałtajskich i nareszcie zaczął swoje własne praktyki, polegające wyłącznie na hypnotyzmie masowym i personalnym. Wkrótce wieść o jego „cudownem” leczeniu w różnych wypadkach cho­rób nerwowych dotarła do wielkich miast sybe­ryjskich, i liczne zastępy pacjentów zaczęły przybywać do Onore. Wkrótce Onore zrozumiał, że mu zaciasno na Syberji i przybył do Piotrogrodu, gdzie na początku leczył najbiedniejszych zupeł­nie bezinteresownie, utrwalając swoją sławę już w stolicy. Po pewnym czasie zaczął przyjmować bogatych pacjentów, biorąc duże honorarja, lecz wtedy Rada medyczna zajrzała do jego gabinetu i na podstawie tego, że hypnotysta nie był lekarzem z wykształceniem, zabroniła mu praktyki. Trwało to jednak nie długo i praktyka, coraz bar­dziej obszerna i zyskowna trwała dalej, a żadne władze nie mogły już jej przeszkodzić, chociaż w gabinecie Onore miały miejsce wypadki niebezpieczne dla życia i zdrowia wielu pacjentów.

Stała się zwykła rzecz. Jakieś dworskie koła, które zawsze eksploatowały zainteresowanie się carowej mistycyzmem i naukami tajemniczemi, za­angażowały Onore tak samo jak zaangażowały przed nim Rasputina, Papusa, Darjuszkę—„Klikuszę”, Iwana Bosego i innych „bożych ludzi”.

Onore został wprowadzony do „grupy” Raspu­tina, której kierowniczką była Ignatjewa, a prze­wodnikiem do apartamentu pałacu Carskosielskiego był niestrudzony „specjalista od świętych i bie­sów” książę Putiatin.

Od tej chwili Onore stał się gościem w najbardziej reakcyjnych salonach w Carskiem Siole, gdzie hypnotyzował carową i pomagał jej podczas ataków nerwowych.

W Petersburgu i Moskwie wymieniono kilka mion, uprawiających w roli kapłanów i kapłanek „djabolizm”. Śród tych imion spotykały się naz­wiska dwóch prawosławnych popów, paru literatów, trzy artystki kabaretowe i niejaki generał Szulman. O ohydzie „czarnej mszy”, o rozpuście towarzy­szącej tym djaboticznym „orgjom”, o niemoralnem podnieceniu „szatanistów” rozpowiadano niemniej niż o orgjach „klubu 69 pań”, o poufnych rendez—vous pań i panów w nieparzyste czwartki o „po­niedziałkach niewinnych”, o całym szeregu różnych psychologicznych i fizycznych grupach, klubach, sto­warzyszeniach, zebraniach.

Opjumizm, haszyzm, kokainizm, wyrafinowany alkoholizm — wszystko to było uprawiane z nabo­żeństwem, podniesione do stopnia niezdrowego kultu z epoki upadku narodów i mocarstw.

Szalona „uczta podczas dżumy” odbywała się w tajemnicy wspaniałych pałaców i majątków ary­stokratów i bogaczy rosyjskich, a z każdym rokiem stawało się coraz bardziej jasnem, że powinna nastą­pić i wybuchnąć jakaś straszna katastrofa. Przyszła ona 17 października 1917 r., gdy uliczna tłuszcza, żołdactwo i cudzoziemscy agenci zaczęli toczyc krew i rozbijać mózgi arystokracji, a szał tłumu i jego nienawiść przeniosły się na inteligencję, która zginęła bez śladu, osieracając do reszty naród rosyjski i pozostawiając go bez moralnego kie­rownictwa. (cdn.)

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Cień ponurego wschodu: za kulisami życia rosyjskiego, Wydawnictwo Biblioteki Dzieł Wyborowych, Warszawa 1923.


[1] Epileptyczka



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz