Cień ponurego wschodu: Szamani i wróżbici (2)

Żaden chyba naród nie przywiązywał tyle wagi do znaczenia wróżby, co naród rosyjski. Nie tylko dzika i ciemna wieś, lecz mieszczaństwo, warstwy robotnicze, którym ich przywódcy wszczepiali pseudo-kulturę, oraz wyższe klasy społeczeństwa rosyjskiego często w bardzo poważnych wypadkach życiowych uciekały się do wróżbiarzy.

Kult demoniczny czyli szamaństwo jest całkiem zrozumiały na strasznej pustyni północy, gdzie natura włada całymi chórami różnych, a straszliwych głosów, gdzie wichry, dmące od Lodowatego Oceanu, łakną śmierci, gdzie trzęsawiska zieją zarazą, gdzie dziki zwierz i zdziczały człowiek noszą w swych jarzących się z głodu i rozpaczy oczach — śmierć, gdzie wreszcie, ziemia i powietrze są przesycone krwią, łzami, jękami i przekleństwami tych, których carowie rosyjscy i ich inteligentna biurokracja rzuciła na pastwę samotnych mąk i śmierci za jedno tylko dążenie do wolności… dając im wolność bezgranicznej pustyni śnieżnej, na której jak kamienie w otchłani oceanu zginęły bez śladu setki i tysiące mogił tych męczenników.

Dla tych przeklętych przez Boga i ludzi miejscowości odpowiedniem wydaje się ponure szamaństwo, rozpowszechnione śród wymierających, dzikich plemion koczowniczych. Lecz przecież w samej Rosji, tuż pod stolicą, można było spotkać swojskich szamanów.

Znałem dwóch takich…

Byłem wtedy jeszcze uczniem gimnazjum. Spędzałem letnie wakacje z moim przyjacielem doktorem na półwyspie Kolskim. Przejeżdżaliśmy przez gub. ołoniecką i w odległości kilkunastu kilometrów od miasta Pietrozawodska, wypadło nam pozostać na nocleg w dużej wsi.

Zatrzymaliśmy się w miejscowym zajeździe — brudnej, wstrętnej budzie, przesyconej zapachem wilgoci i wódki.

Po kolacji udaliśmy się do swego pokoju, aby sporządzić więcej nabojów do naszych dubeltówek gdyż, jadąc konno w tych słabo zaludnionych miejscowościach, dużo polowaliśmy.

Gdyśmy już zaczęli swoją robotę, ktoś cicho i ostrożnie zapukał do drzwi. Po chwili wszedł mały człowiek wychudzony, blady w obcisłem, długiem czarnem ubraniu. Był podobny do służki klasztornego. Jednak twarz tego człowieka zwracała na siebie uwagę z powodu ogromnych, pałających i przenikliwych oczu.

Żywo pamiętam, że mimowoli uczułem strach przed tym człowiekiem, tak ostro świrującym nas swym gorejącym wzrokiem.

— Czego sobie życzycie? — zapytał doktór, wsypując do gilzy miarkę prochu i nie podnosząc na gościa oczu.

— Przyszedłem wywołać wam duchy! — poważnie odparł mały człowiek.

Miarka wypadła z rąk mego przyjaciela, który patrzył przez okulary zdumionym wzrokiem na mówiącego.

— Duchy? — zapytał podnosząc ramiona.

— Tak jest — duchy. — spokojnie odezwał się gość.

— Więc kim jesteście? — dalej rozpytywał doktór.

— Jestem „kołdunem”, szamanem! — brzmiała obojętna odpowiedź. — Wywiozłem tę wiedzę z tundry Małej Ziemi, gdzie koczujące plemiona posiadają tajemnicę obcowania ze zmarłemi i duchami.

— Bardzo ciekawe! — zawołał doktór. — Lecz tu przecież nie możecie wywoływać dusz zmarłych lub jakichś duchów?

— Mogę! Mogę chociażby natychmiast. — uśmiechnął się szaman. — Kosztuje to tylko trzy ruble, panowie!

W oczach jego zamigotało błaganie i obawa, że nie przyjmiemy oferty.

— Dam trzy ruble! — zgodził się doktór.— Proszę przystąpić natychmiast…

— Odrazu, natychmiast! —ucieszył się szaman, skwapliwie chowając podane mu papierowe banknoty. — Proszę siąść wgłębi pokoju i zgasić światło!

Zdążyłem zauważyć, ze wyjął z kieszeni małą, cienką deseczkę i przyłożył ją do ust.

Siedzieliśmy w milczeniu i ciemności. Tylko blade światło naftowej lampki, posyłało z przeciwległej chaty skąpe promienie. Pozwalało to nam widzieć czarną postać szamana, stojącego nieruchomie w pobliżu drzwi. Nagle rozległ się cichy, ledwie dosłyszalny dźwięk podobny do brzęku skrzydeł muchy, która wpadła w pajęczą sieć.

Dźwięk ten pomału stawał się głośniejszy, aż nareszcie wydało mi się, że wypełnił cały pokój, że rozbił się na dziesiątki, setki nut, które tłukły się o szyby okna, o brudny sufit, oklejony papierem, o ściany; dźwięki drżące, piskliwe lub huczące i basowe nosiły się w szalonym wirze po izbie, zbliżały się do samych uszu, to znowu biegły gdzieś daleko, daleko, aż milkły prawie, jakiś dziwny niepokój ogarniał mię, jakieś niezrozumiałe przeczucia dręczyły duszę, w której ciążyło coś chorobliwego i ponurego.

Czarna postać szamana, słabo rysująca się w ciemnościach, zaczęła się słaniać i wąchać. Narazie powolnie, metodycznie, później szybciej i namiętniej, aż ruchy przeszły w szybkie, i prawie nieuchwytne skoki, skręty, rzuty. Szaman zaczął się obracać na jednej nodze coraz szybciej, aż po kilku minutach upadł znużony i zdyszany, urywanym głosem krzycząc przeraźliwie.

— Przyszli!… przyszli!….

Całe tłumy dźwięków po dawnemu tłukły się i ganiały po ciemnej izbie, zmieniając się w jakiś wicher, burzę i zamęt, odczuwany z fizycznym prawie bólem. Jakieś podmuchy wiatru przenosiły się po pokoju, czułem jak wichrzyły mi włosy na głowie i poruszały papier, leżący na stole. Jak długo to trwało — nie zdawałem sobie sprawy. Wiem tylko, że ręce stały się lodowate, a na czoło występowały mi krople potu. Wzrok stał się nadzwyczaj ostry. Już zupełnie wyraźnie widziałem leżącą na ziemi postać szamana, odróżniałem jego bladą, prawie świecącą się twarz i szeroko rozwarte, pałające źrenice. Trzymał w ręku tę samą deseczkę i wodził po niej ustami, wydobywając z niej dźwięki.

Nagle w różnych miejscach pokoju w ciemności na jedno mgnienie oka zabłysły zielonawe, fosforyczne ogniki i zgasły. Jeszcze raz … jeszcze.. Dźwięki raptownie zamarły w powietrzu… dmący w twarz wiatr wzmógł się na sekundę, błysnęło kilka płomyków pod sufitem i wszystko zgasło, umilkło, uspokoiło się, jak gdyby spadła jakaś ciężka, czarna zasłona. Szaman nie dawał znaków życia i nie odpowiadał na zapytania doktora, czy można zapalić lampę.

Gdy światło zabłysło w pokoju, zbliżyliśmy się do szamana. Leżał z zamkniętymi oczyma i mocno ściśniętymi ustami. Z nosa wypływała cienka struga krwi, a około ust głębiej się zarysowały zmarszczki bólu.

Podnieśliśmy go i poradziliśmy na kanapie. Podniósł powieki i wyszeptał:

Wódki!

Doktór nalał mu duży kieliszek wódki z myśliwskiej flaszki. Szaman, szczękając zębami o szkło, wypił, przeciągnął się i wstał.

— Dziś źle się udało. Przyszły lecz zatrzymały się z daleka i nie chciały zbliżyć się.

Po chwili wyszedł.

Moi przyjaciel doktór poklepał mit po ramieniu i rzekł:

— Daleko zdrowszą rozrywką jest strzelanie do dzikich kaczek i cietrzewi, niż wzywanie duchów. Lecz uspokój się mały! To nie są czary. Monotonne dźwięki również jak jednostajny ruch są doskonałym środkiem dla zahypnotyzowania. Ale musimy spieszyć się z robieniem nabojów! Rozwiązuj worek ze śrutem Nr. 3.

To było pierwsze moje spotkanie z szamanem— „kołdunem”.

Drugie było w kilkanaście lat później na brzegach Pacyfiku.

Było to na początku mojej naukowej karjery, gdy studjowałem genezę kamiennych węgli Dalekiego Wschodu. Działo się to nad rzeką Tudagou w kraju Usuryjskim.

Rozbiliśmy namioty w dębowym i orzechowym lesie, nic nie podejrzewając, przygotowywaliśmy swój obóz na dłuższy tu pobyt, gdy naraz przybyło do nas dwóch konnych „Oroczonów” [1] ). Oznajmili, że tu nie możemy zostać, gdyż jest to cmentarz oroczoński. Widząc moje zdziwienie, tubylcy, wyprowadzili mię na niewielką polanę i wskazali na wierzchołki drzew. Zauważyłem kilkanaście długich. czarnych przedmiotów, wiszących na gałęziach drzew.

Były to ciała zmarłych. Oroczonowie owijają swoich nieboszczyków w jelenie skóry, obkładają kawałami dębowe; kory i mocno obwiązują rzemieniem, poczem zawieszają na gałęziach wysoko ponad ziemią.

Widząc, że nie chcę porzucać swojego obozu. Oroczonowie zaproponowali mi uraczyć ich wódką, za co podjęli się przywieść szamana, który miał wezwać dusze wiszących nieboszczyków i zapytać je o pozwolenie koczowania w obrębie ich posiadłości.

Wieczorem przybył szaman. Był to młody chłop o twarzy zczerniałej i pooranej przez ospę. Ubranie miał z różnobarwnych łachmanów, ze zwierającymi się do ziemi paskami wymalowanej na czerwono i żółto skóry. Miał olbrzymi bęben i długi drag z wiszącymi na nim dzwonkami i piszczałką, zrobioną z kości jelenia.

Odrazu przystąpił do czynności. Zaczął zawzięcie bić w bęben, grać na piszczałce i potrząsać dzwoneczkami. Wkrótce pozostał tytko przy piszczałce, zaczął skakać i kręcić się, wysoko podrzucając nogi. Przeraźliwe nuty piszczałki coraz częściej przerywały się wysokimi falcetowymi krzykami i jękami szamana. Kręcił się z szaloną szybkością, twarz mu nabrzmiała, usta rozdęły się, oczy nalały krwią, z poza zaciśniętych kurczowo zębów płynęła piana.

Padł nareszcie na ziemię i długo drgał, jakgdyby konał, a chociaż nie wydawał już żadnych dźwięków, jednak w powietrzu huczał jeszcze bęben, dźwięczały dzwonki i piszczałka i rozlegały się przeraźliwe i jękliwe głosy, powtarzane przez echo leśne i przez tę głęboką ciszę. które znają tylko ciepłe, znużone od skwaru słońca, rozmarzone. rozkołysane noce lipcowe…

Gdy szaman powstał, zapytaliśmy go, czy możemy pozostać Odparł potakująco i, wziąwszy trochę soli i mięsa, rzucił to na cztery strony świata, przynosząc ofiary gościnnym dla nas duszom zmarłych Oroczonów.

Ważną rolę w życiu wieśniaków rosyjskich odgrywa sztuka wróżbiarska. Twierdzę, że w ojczyźnie wróżbiarstwa — Tybecie i Mongolji, nie widziałem takiego rozpowszechnienia tych praktyk, które zresztą mają tam charakter kultu religijnego, gdy w Rosji wróżbiarstwo jest nauką „czarną, idącą od złych duchów. Z tego to powodu kryje się w odosobnionych chatach, a wychodzi na jaw tylko w noce ciemne i burzliwe, tylko w porze spóźnionej, gdy wszelkie „złe siły” grasują po ziemi, zaglądając do ciemnych chat jeszcze bardziej ciemnych chłopów, których duszy nikt nie poznał.

Żaden chyba naród nie przywiązywał tyle wagi do znaczenia wróżby, co naród rosyjski. Nie tylko dzika i ciemna wieś, lecz mieszczaństwo, warstwy robotnicze, którym ich przywódcy wszczepiali pseudo-kulturę, oraz wyższe klasy społeczeństwa rosyjskiego często w bardzo poważnych wypadkach życiowych uciekały się do wróżbiarzy.

Jeżeli w Zachodniej Europie, oraz w Stanach Zjednoczonych rolę, którą odgrywają chiromanci, jasnowidzący i wróżbiarze, objaśnić można szczególnie w dobie wielkiej wojny światowej pewnem dążeniem do mistycyzmu, w Rosji jest to objawem żywiołowym i atawistycznym par excellence.

Cygańska sztuka wróżby z kart, siedmiu lub trzynastu kamyków, bobów lub kości miała duże powodzenie i wielu bardzo wprawnych praktyków-wróżbiarzy. Każda stara kobieta wiejska, każdy starzec ze wsi posiadał tę sztukę, uprawiały ją także z większem lub mniejszem powodzeniem wszystkie kobiety wiejskie. W miastach zdarzało się to samo, i można twierdzić z pewnością, że w takich miastach jak Petersburg lub Moskwa nie było ulicy, gdzie nie moglibyśmy odnaleść jednego lub kilku najbardziej dzielnych wróżbiarzy lub wróżbiarek mających dużą klijentelę i stały, a znaczny zarobek. Oprócz tego w tychże miastach cieszyli się rozgłosem specjalni, szczególnie wprawni wróżbiarze, w których lokalach, ozdobionych jaskrawymi wschodnimi draperjami i kobiercami, wypchanymi sowami i jaszczurkami oraz oszklonymi pudełkami z wysuszonymi nietoperzami, ropuchami i żmijami, zdarzało się spotkać prostą babę z pospólstwa, tłustego mieszczucha-rzeźnika, bladego robotnika z bojówki rewolucyjnej, podejrzaną damę z półświatka obok nawskroś „uduchowionej” i eleganckiej przedstawicielki najlepszego high-life’u.

Była to manja, choroba, zboczenie, lecz przyczyny tego leżą głęboko w duszy człowieka rosyjskiego.

Arabskie wróżbiarstwo z fusów od kawy posiada też dużo zwolenników szczególnie w Moskwie, a w pałacu hr. Klejnmichelów ta sztuka podczas upadku dynastji uprawianą była w szerokim zakresie, gdyż na powierzchni gęstej, czarnej kawy chciano koniecznie odczytać losy „ubóstwianych” Romanowych oraz tych, których dobrobyt i wspaniałość całkowicie od łaski tronu zależały.

Raz jeden byłem świadkiem wróżby tego rodzaju w domu pewnego wysokiego urzędnika, którego żona, pochodząca z arystokracji, często się uciekała do wróżby. Czyniła to znana wróżbiarka Irma Galesko.

W półmroku buduaru, oświetlonego jedną tylko lampką o dość ciemnym abażurze, Rumunka długo rozpatrywała czarną powierzchnię kawy i fusów, podanych w trzech filiżankach. Patrzyła na to z góry i pod światło, czasem z lekka dmuchając na zawartość filiżanek, lub dotykając ich zręcznym ruchem długiego czarnego pióra. Najgłówniejszą częścią operacji było ustawiczne szeptanie niezrozumiałych wyrazów zaklęć. Po długiem badaniu zawartości filiżanek, Rumunka wysłała całą kawę do białej płaskiej wazy, rzuciła do niej szczyptę ziółek i znowu zaczęła dmuchać na kawę i dotykać jej czarodziejskiem piórem.

Nareszcie zaczęła mówić, jak gdyby widząc coś na nieruchomej powierzchni fusów lub czytając jakieś pismo, napisane na nich. Uważnie patrzyłem na zawartość wazy, lecz nic nie dojrzałem i rozumiałem, że cała ta operacja z przelewaniem kawy, z piórem, dmuchaniem i zaklęciami była prostą dekoracją, na tle której wróżka snuła swoje przepowiednie, sprytnie analizując charakter domu i życzenia swej klijentki.

W narodzie rosyjskim największe powodzenie mają te formy wróżbiarstwa które początek swój biorą w wiekach pogaństwa. Są to wróżby z krwi wody. Wszystkie te postacie wróżb widziałem w guberni pskowskiej, najbardziej zapewne zacofanej i przechowującej zazdrośnie wśród swoich bagnistych obszarów, w gęstych lasach lub pośród piaszczystych wydm na rzece Wielkiej i na posępnych wybrzeżach pskowskiego jeziora, owianego ponurymi legendami z eposu iście pogańskiego.

Nieraz będę wracał do guberni pskowskiej, odległej od stolicy Rosji o 4 godziny jazdy koleją, jako bardzo typowej dla całego narodu rosyjskiego

Było to we wsi Załużje, otoczonej całą siecią bagnistych jezior i rzeczułek. W okolicach tej wsi grasowała cholera, unosząca coraz więcej istnień ludzkich. Trzeba było dowiedzieć się, kto sprowadził epidemję do tego zapomnianego przez Boga i ludzi kąta. Uczynić to mógł tylko wróżbiarz. Przywieziono jakiegoś omal że nie stuletniego starca, którego umieszczono w osobnej izbie tuż pod lasem na brzegu zarośniętego sitowiem jeziorka. Po zachodzie słońca zaprowadzono do chaty czarnego barana i przywieziono stary młyński kamień.

W nocy gdy zaczęły po raz pierwszy piać koguty, wróżbiarz wyprowadził z chaty barana z uwiązanymi do rogów i szyi pękami traw i ziół, przerżnął mu gardło krwią zbroczył młyński kamień, poczem rozpalił ognisko, coś szepcząc i wykrzykując. Gdy na dnie ogniska zaczęły się tworzyć większe ilości węgla, wyjmował go palcami wrzucał na kamień. Krew się zwarzyła wkrótce, i utworzyła dużo większych i mniejszych zczerniałych kawałków. Nad kamieniem podniosła się para i dym, a wróżbiarz, wichrząc na sobie włosy i brodę i szeroko roztwierając wyblakłe od starości oczy, jął krzyczeć przeraźliwym i urywanym głosem.

— Widzę w dymie krwawym i w oparach czerwonych… mogiły i bladą straszną śmierć… Przed nią idą ludzie, nie znam ich, nie są z naszych okolic… Idą i wrzucają do wody rzek i studni, do obór, do spichrzów ziarna choroby, co niszczy i zabija nasz lud… krwią, tylko krwią należy zwalczyć śmierć.. Widzę, widzę to w czerwonych, krwawych oparach i dymie…

Chłopi stali, ponuro milcząc, głęboko zamyśleni. Umilkł wróżbita, i słychać było tylko ciche syczenie płomienia ogniska, lekki trzask spalonych kawałków zważonej krwi, przyspieszony oddech tłumu i szum sitowia nad jeziorem. Zdaleka dochodziły krzyki nocujących na jeziorze dzikich kaczek, głuchy ryk zbłąkanej krowy i ujadanie psów. Czerwcowa noc była pełna tajemnicy, zaczajona, gotowa ukryć wszelką zbrodnię wszelki przejaw pierwotnej żywiołowej natury ludzkiej, i, zdawało się, że słuchała niewypowiedzianych myśli tego ciemnego tłumu, zalanego krwawymi blaskami ogniska. Mimowoli przeniosłem się myślą do tych prastarych czasów, gdy być może, na tem samem miejscu stał drewniany posąg boga Perkuna, a kapłani w białych, płóciennych szatach i w wieńcach na głowie, nożam ofiarnymi przelewali krew poświęconych zwierząt ogniem płonącym na ołtarzu, tak samo, jak teraz, były wtedy oświecone przerażone tłumy, wydające się zbiorowiskiem krwawo-szkarłatnych widm.

Tak się odbywała wróżba, a w parę dni później tłum chłopów schwycił lekarza i felczera, przysłanych z miasta dla walki z epidemią, zabił ich drągami, a ciała wrzucił do bagnistej rzeki. Zaczęły się dochodzenia, sądy i wyroki, po których na Syberję i do więzienia poszły nowe tłumy ponurych chłopów, których jedyną zbrodnią była ciemnota duchowa.

Innym znów razem już w pobliźu Piotrogrodu, w mieście Gdowie, widziałem wróżbę na wodzie.

Wróżka nalała do szklanej misy wodę i zwróciła się do swej klijentki z prośbą o obrączkę ślubną.

Chodziło o dowiedzenie się o losie jej męża który wyjechał był w długą podróż i nie dawał znaków życia.

Kobieta wręczyła wróżce obrączkę, którą ta opuściła z zaklęciem na dno misy i schyliła się nad naczyniem. Wróżka, mrucząc jakieś słowa, dmuchała na wodę, której powierzchnia marszczyła się i drgała. Długo nic nie widzieliśmy. Aż nareszcie wydało mi się, że otwór obrączki jest jakby małym okienkiem w ściance, za którą mieści się duży pokój. Zauważyłem bardzo szczegółowo umeblowanie i ogólny plan pokoju, gdy naraz wszedł niemłody mężczyzna o spokojnej i uśmiechniętej twarzy. Widziałem wyraźnie każdy szczegół jego oblicza i ubrania. Naraz mężczyzna zbladł, złapał się za pierś i upadł na ziemię. Nad leżącym nagle zaczął zapadać zmrok. Obrączka wydała mi się wtedy utworem przebitym w dnie naczynia. Wróżka i jej ktijentka były blade i wzruszone. Wróżka rozpaczliwie trzęsła głową i szeptała:

— Zła wróżba, bardzo zła!.. Umrze… nie! umarł raczej… Niezawodnie.

Dziwny wypadek chciał, żeby się wróżba spełniła. Nazajutrz przyszedł telegram, że mąż mojej znajomej nagle umarł wskutek ataku sercowego, chociaż pomyślnie zakończył swoje sprawy i miał tego dnia wyjechać z powrotem do domu.

Antoni Ferdynand Ossendowski

Fragment książki Cień ponurego wschodu: za kulisami życia rosyjskiego, Wydawnictwo Biblioteki Dzieł Wyborowych, Warszawa 1923.


[1] Oroczony są to koczownicy, myśliwi z plemienia mongolskiego, które już prawie wymarło



0 odpowiedzi

Zostaw odpowiedź

Chcesz przyłączyć się do dyskusji?
Nie krępuj się!

Dodaj komentarz